Reklama Unicum

Nie zżymajcie się na mnie za kolejną reklamę alkoholu, ale nie da się ukryć, że są one tutaj po prostu dobre. Samo Unicum to klasyk węgierskiej branży reklamowej, a ich najnowsza reklama niewątpliwie znajdzie sobie poczesne miejsce wśród wcześniejszych reklamowych dokonań Zwacka.

Warto również obejrzeć jej poprzedniczki. Po prostu esencja węgierskości.

Palinka w roli głównej

Od kilku lat moją uwagę zwracają plakaty z festiwali palinki, które odbywają się w Budapeszcie w maju i w październiku. Te majowe tematycznie poświęcone są konkretntym owocom. I tak mieliśmy festiwal palinki morelowej, wiśniowej, gruszkowej i jabłkowej. Te jesienne na Zamku to już format międzynarodowy, gdzie węgierska palinka spotyka się z innymi spirytualiami z całego świata, a alkoholom towarzyszy też prezentacja kiełbasy. Włoska grappa, meksykańska tequila, kojarzona z Rosją wódka, kubański rum, irlandzka i szkocka whisk(e)y i tegoroczny angielski gin – to przewodnie tematy plakatów z kolejnych edycji festiwalu.

Plakaty są kwieciście kolorowe, co sprawia że zawsze kiedy pojawiają się w przestrzeni publicznej robi się jakoś weselej i nawet trzecią linią metra jakoś mniej strach jechać.

Trzeba przyznać, że nikt tu się nie oburza na treść plakatów, nie próbuje odmierzać ich odległości od kościołów i szkół, nie demonizuje się tu alkoholu. I jakoś nie widać na Węgrzech tylu zalanych w trupa obywateli, czego nie można powiedzieć o krajach prowadzących intensywną politykę antyalkoholową. Nie chodzi mi tu tylko o Polskę, ale np. kraje skandynawskie czy Rosję za czasów Gorbaczowa. Pozostaje mieć nadzieję, że to się nie zmieni kiedy ktoś wpadnie na pomysł wprowadzenia nemzeti italboltów. Festiwal na Zamku trwa jeszcze dziś do godz. 22.00.

Ważna jest jakość

Kiedy w Polsce pada hasło „salami” to zawsze znajdzie się wujek „żartowniś” lub ciotka „erudytka” którzy raczą wszystkich wiadomością, że salami to przecież kiełbasa z osła. Oczywiście potem wszyscy wyjaśniają, że to tylko miejska legenda, a ciotkę lub wujka napomina się aby nie opowiadali takich historii niestworzonych, bo przecież wszyscy wiemy że osłów się nie jada. Spotykając się na Węgrzech z Polakami nie raz musiałam dementować te sensacje, tłumacząc że węgierskie salami robi się z mięsa wieprzowego (choć co ciekawe jego najsłynniejszy wytwórca, pan Pick był religijnym Żydem), a salami z osła jest jego nietypową wariacją znaną jako salame di asino i dostępne jest we Włoszech. W tym momencie niby wszyscy deklarowali, że czują się uspokojeni tymi wyjaśnieniami, ale czuć było, że emocje opadały – gdyby taki turysta mógł pokosztować tak egzotycznej kiełbasy, to jego wycieczka stałaby się nagle egzotyczną wyprawą!

Z dzisiejszego spaceru przyniosłam trochę wędlin z nowo otwartego w mojej okolicy sklepu Őshonos Delikát. Wybór może nie jest ogromny, ale każda z propozycji to prawdziwy skarb.

Salami z mięsa mangalicy z dodatkiem szürkemarha (mięso z szarych węgierskich krów). Nie ocieka tłuszczem co by świadczyło, że jest jeszcze „niedojrzałe”, ale też nie jest go zupełnie pozbawione. Ma wspaniałą, zwartą konsystencję i nie kruszy się tak jak wiele tego typu kiełbas. Salami z dodatkiem kaparów i suszonych pomidorów, również na bazie mieszanki mięsa mangalicy i szarego bydła, sporządzone według receptury stworzonej przez właściciela sklepu. To mój zdecydowany faworyt. Kiełbasa z dziczyzny, konkretnie z sarniny – szarvas kolbász z dodatkiem borówek i jałowca (áfonya, boróka) – jakże odmienny to smak jałowca od tego, który przenika polskie kiełbasy wraz z dymem wędzarniczym. Delikatny, owocowy, kojarzy się bardziej z ginem a dopełniony zostaje słodką nutą borówek. Nawet wątrobianka zachwyca. Szelőmájas z większymi kawałkami mięsa – żona właściciela porównała go do popularnego przed laty bácskai májas, można go kroić w plastry dzięki temu, że jest twardszy od klasycznego, gładkiego májas nadającego się do smarowania pieczywa. No i w końcu gwóźdź programu. Jak widać wujek i ciotka mieli rację – salami z osła (szamár szalámi). Spróbowałam, jest naprawdę smaczne, lekko pikantne. Ceny tych wyrobów średnio w okolicach 3000-5000 Ft za kg, dziczyzna nieco droższa.

Őshonos Delikát istnieje od 3 miesięcy, jest przedsięwzięciem rodzinnym, a oferowane produkty oparte są na domowych recepturach i dobrych jakościowo składnikach, nie znajdziecie w nich wypełniacza w postaci soi czy różnych sztucznych konserwantów. W zasadzie większość sprzedawanych tu wędlin powstała na bazie mięsa z szarych krów, do którego dodaje się tłustszego mięsa z mangalicy, tak by produkt nie był za bardzo suchy. Właściciel, Sándor Kerekes pracował przez wiele lat jako szef kuchni (obecnie nie ma już czasu na gotowanie i jedynie nadzoruje kucharzy) i część wędlin powstała wg. jego własnych receptur, dzięki zdobytemu doświadczeniu. W sklepie można też kupić pięknie wydaną książkę jego autorstwa z przepisami na potrawy z mięsa szarych krów.

Sklep oferuje jednak nie tylko mięso. Właściciele współpracują z kilkoma zaprzyjaźnionymi producentami serów, olejów, miodów, makaronów i innej zdrowej żywności. Zwróciłam uwagę na półkę z octem winnym i balsamicznym z Tokaju, jest z czego wybierać, co mnie bardzo ucieszyło, bo używam dużo i często do sałatek. W sklepie znajdziemy też spory wybór win reprezentujących praktycznie wszystkie rejony winiarskie Węgier oraz niezły wybór destylatów. Choć wszystkie produkty pochodzą od lokalnych węgierskich producentów, właściciele nie chcą obnosić się jakoś bardzo z tą węgierskością. Jak mi powiedziała właścicielka, produkty same obronią się swoją jakością, bez potrzeby pakowania wszystkiego w narodową flagę (choć na wielu etykietach nie sposób nie dostrzec kolorów piros-fehér-zöld :) Spodobał mi się też prosty wystrój sklepu, na jednej ze ścian zawieszono szynki i podsuszane kiełbasy, wszystkie produkty ładnie wyeksponowano, jest bardzo czysto. Na pewno jeszcze nie raz tam wrócę, bo już narobiłam sobie smaku na kolejne specjały, których akurat teraz nie dostałam, gdyż zostały wykupione. W następnym podejściu będzie to na pewno salami o smaku orzechów i tokaju aszú (!).

www.oshonosdelikat.hu (1137 Budapest, Radnóti Miklós u.22, pon-pt 10.00-19.00, sob 9.00-13.00)

Festiwal mangalicy w Budapeszcie

Miłości Węgrów do wyrobów z mangalicy można było doświadczyć w czasie trwającego w ten weekend Festiwalu Mangalicy. Świnkę tę darzą oni uczuciem zaiste wielkim, co uwidaczniał tłum zainteresowanych tubylców przelewający się pomiędzy stoiskami z kiełbasami, słoniną, skwarkami i innymi produktami z mangalicy. Skusiłam się i ja, nabywając próbki kilku specjałów, w tym pyszny pasztet (z dodatkiem papryki), salami, kiełbasy: paraszt kolbasz, csemege lekko nakminkowaną i csipos, kawałek csaszar szalonna obtoczony w czerwonej papryce i kawałek wędzonej polędwicy. Warto było, bo smak tych wyrobów jest na pewno inny od tych sklepowych, domowy i wyrazisty (choć to może nie zasługa samego mięsa ale raczej sposobu jego przetwarzania). Jeśli będziecie kiedyś na Węgrzech, spróbujcie sami – ale po trochu, bo należy te specjały traktować raczej jak małe przekąski, coś w rodzaju hiszpańskich tapas.

Oprócz mangalicy dostępne były wyroby z mięsa charakterystycznych na Węgrzech szarych krów, mnogość serów wszelakich, miodów, wypieków, nie zabrakło tez palinki i grzanego wina, no i naturalnie ludowych zespołów, które jak to zwykle bywa na takich imprezach zabawiają odwiedzających muzyką i tańcem.

W zagrodzie za stoiskami można było obejrzeć sobie różne odmiany mangalicy (np. ruda, blond, jaskółcza). Jak się okazuje zwierzęta te wcale nie przywędrowały tu z praojczyzny Węgrów. Po wyniszczeniu stad, które nastąpiło w czasach okupacji tureckiej (z wiadomych względów Turcy wieprzowiny nie uznawali) starano się uzupełnić braki przepędzając zwierzęta z Serbii i Chorwacji (tamtejsza odmiana była bardziej ceniona ze względu na większą zawartość tłuszczu a ich mięso było smaczniejsze), część zwierząt uciekała po drodze krzyżując się z miejscowymi i dzikimi świniami i dając początek nowemu gatunkowi. A zatem o początkach hodowli tej odmiany możemy mówić od XIX wieku. Naukowcy próbują obalić kolejny mit dotyczący niższej zawartości cholesterolu, ale odnoszę wrażenie, że bez powodzenia, bo tutaj wszyscy jednak głęboko wierzą w to, że mięso mangalicy jest zdrowsze i smaczniejsze.

Na zakończenie nabyłam jeszcze od siedmiogrodzkiej staruszki z Szék (to całkiem duża miejscowość w okolicach Kolozsvár) ozdobną poszewkę na poduszkę z ręcznie wyszywanym wzorem (írásos párna), zapewne przepłacając, ale tak mnie jakoś zagadała, że nie mogłam się oprzeć. Przy tym skorzystałam z okazji by pogawędzić z nią chwilę, potwierdzając jednocześnie autentyczność wyrobu. Nie raz słyszałam że siedmiogrodzkie babcie, które często można zobaczyć w ludowych strojach na ulicach Budapesztu bywają podrabiane, w tym sensie, że pochodzą z innych rejonów Węgier czy wręcz są mieszkankami Budapesztu. I tak, nie będąc jakąś wielką miłośniczką kiełbas ani sztuki ludowej wylądowałam w domu z jednym i drugim, a miałam przecież zrobić tylko parę zdjęć – taki los cepra :), niezależnie w jakim kraju się znajdzie.

Zapowiedzi 05.02.2015

12-17 lutego: Mohácsi Busójárás 2015. Prawdziwe hungarikum, żywa folklorystyczna legenda. Obchody końca karnawału na południowym krańcu Węgier, wywodzące się z tradycji  zamieszkujących te tereny Šokci (ludność pochodzenia chorwackiego). Busó to ludzie ubrani w charakterystyczne maski. Legenda mówi, że w czasie gdy tereny te najechali Turcy, ludność Mohacza uciekła z miasta i schroniła się w pobliskich lasach i bagnach. Pewnego razu, gdy siedzieli przy ognisku znikąd wyłonił się starzec, który powiedział, żeby się nie bali, bo ich życie wróci niedługo do ładu. Tymczasem mają przygotowywać z drewna różnoraką broń i straszne maski dla siebie oraz czekać na burzliwą noc, gdy zamaskowany rycerz przyjdzie po nich. Po tych słowach starzec zniknął. Po kilku dniach, rzeczywiście w noc burzową zjawił się rycerz. Poprowadził przebranych w maski mieszkańców z powrotem do Mohacza i tam nakazał im robić jak najwięcej hałasu. Przerażeni strasznymi maskami i piorunami Turcy uznali, że atakują ich demony i uciekli zanim wstało słońce. Na pamiątkę tych wydarzeń postał zwyczaj pochodów zamaskowanych Busó, który obecnie stanowi okazję do prezentacji tradycji, ludowej muzyki i tańców. Wg. innej legendy Busó mieli odstraszać nie Turków tylko zimę. Te tradycyjne uroczystości zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO w 2009 r. W obchodach biorą również udział grupy przebierańców z Serbii i z Polski, a podobny zwyczaj znany jest także w Bułgarii czy Szwajcarii. Główne obchody mają miejsce w niedzielę. Tu szczegółowy program.

6-8 lutego: VIII. Mangalica Budapest Festival na Szabadság tér. Choć główną bohaterką będzie endemiczna węgierska włochata świnka – czyli mangalica, to organizatorzy zapowiadają prezentacje różnorakiej oferty małych lokalnych producentów (sery, olej, syropy, miód, dżemy, przyprawy itp.) Mangalica obecnie wraca do łask, bo jej mięso jest nie tylko smaczne, ale ponoć bardziej zdrowe od klasycznej wieprzowiny. Popyt na mięso mangalicy jest tak duży, że wcale nierzadko zdarzają się próby jej fałszowania. Na festiwalu produkty mają być prezentowane pod kontrolą Narodowego Stowarzyszenia Hodowców Mangalicy, tak aby wszyscy mogli poznać jej prawdziwy smak.

5-8 lutego: Miskolc stanie się węgierską stolicą zimnych nóżek (kocsonya). Aby to podkreślić ma tam powstać największa galareta na Węgrzech. W ramach kilkudniowej imprezy wystąpi mnóstwo węgierskich gwiazd muzyki sponsorowanych przez Becherovkę – co trochę mi się kłóci z moją wizją alkoholu podawanego do „meduzy”. Wstęp na wszystkie koncerty bezpłatny.

 7-8 lutego: Międzynarodowa Wystawa Kotów w Lurdy Ház w Budapeszcie. Będzie można nie tylko obejrzeć te najpiękniejsze i egzotyczne, ale również skorzystać z porad weterynaryjnych, nabyć kocie gadżety, a na najmłodszych czekają specjalne programy z kotami w roli głównej. Co ciekawe w ramach wystawy zaprezentowane zostaną również mniejsze zwierzęta takie jak karłowate króliki, fretki czy inne hodowane w domach gryzonie – pozostaje mieć nadzieję, że koty ich nie pozjadają.

6-7 lutego: Festiwal wsparcia dla Food Not Bombs. Dwudniowa impreza w trakcie której będą zbierane środki na realizację tej społecznej inicjatywy. Polega ona na rozdawaniu ciepłych, wegańskich lub wegetariańskich posiłków ludziom biednym, bezdomnym i bezrobotnym. Akcji towarzyszy przekaz antyrządowy i antywojenny, a jej ideą przewodnią jest pokazanie, że pieniądze marnowane są na zbrojenia, podczas gdy wielu ludzi umiera z głodu. 6 lutego w Durerkert o 20.00 zagrają alternatywne zespoły Ricsárdgír, Sonya , Giant, ZUP. 7 lutego w Limo Café (V dzielnica, Belgrád rkp. 9.) o 19.00 zagrają HC/punkowe zespoły: Tumo, Diskobra, Wasted Struggle, Cvlt of Grace, Mudpie, Exterminating Angel, Crippled Fox, Hanoi, Wroongg!, Tango Underground, Fake Shakes – bilety minimum 1000 Ft.

Sobota 7 lutego, o godzinie 20.00 – Matt Bianco. Osobom zainteresowanym jazzem więcej nie trzeba już mówić, a jeśli ktoś nadal nie wie o co chodzi: brytyjski zespół (obecnie duet), który podbił w latach 80 listy przebojów jazzu i któremu udało się zaistnieć również w głównym nurcie popu. Wszystko to dzięki nowoczesnemu jak na tamte czasy połączeniu jazzu i bossanovy z soulem, latin popem (pod koniec lat 80 zespół współpracował z mężem Glorii Estefan jako producentem) czy wręcz muzyką dance. Dla Polaków w historii zespołu istotne jest, że to razem z nim odniosła na zachodzie sukces Basia Trzetrzelewska znana wcześniej w Polsce jako jedna z Alibabek. Wokalistka nawet po opuszczeniu zespołu pozostała wierna jego klimatom. Dość nietypowa lokalizacja koncertu – MOM Sport – Uszoda és Sportközpont, 1123 Budapeszt, Csörsz u. . 14-16

W niedzielę 8 lutego: TVP 2 o 11.35 powtórkowy program U Szeklerów z cyklu Makłowicz w podróży. „Tajemniczy lud Szeklerów zamieszkuje do dzisiaj północny Siedmiogród a ich Święta Skała góruje nad wioską Rimetea, po węgiersku zwaną Torocko. Wioska została starannie odnowiona w latach 90-tych (zdobyła laur „Europa Nostra!”), a w jej centrum stoi zbór unitariański. Udziela on akurat ekumenicznej gościny węgierskim katolikom, licznie przybyłym na mszę świętą… na motocyklach. Robert wyjaśnia cel ich wizyty. Nazajutrz, w miejscowym pensjonacie asystuje przy pieczeniu chleba i zjada z gospodarzem tradycyjne szeklerskie śniadanie. Na obiad kosztuje rumuńskie zupy – flaczki na kwaśno i estragonową – a własnoręcznie, pod Świętą Skałą, gotuje kapustę po szeklersku.”(fb Robert Makłowicz)

Cirque du Soleil w Budapeszcie 13-15 lutego w Papp László Budapest Sportaréna. Ceny biletów tu.

Zapowiedzi 23.07.2014

23-27 lipca: LB27 Reggae camp czyli coś dla miłośników reggae, ska, dub. Koncerty odbywają się na plaży w Hatvan (ok. 50 km od Budapesztu).

24 lipca: letni obóz z dizajnem na Bartók Béla út 20 – o godz. 18.00 rozpoczynają się mające potrwać do końca lata wspólne warsztaty dla projektantów i miłośników dizajnu zorganizowane przez Defo Labor.

24 lipca: koncert Him w Budapest Park

24-27 lipca: Rock Part – festiwal rockowy w Balatonszemes. Tu program.

24-27 lipca: na placu Március 15. tér na cztery dni stanął basen z trybunami – Vodafone Vízilabda Aréna. Na ogromnym telebimie, widocznym z całego placu kibice będą mogli obejrzeć mecze ostatnich 4 dni Mistrzostw Europy w piłce wodnej odbywających się na Wyspie Małgorzaty (do półfinałów przeszły obie węgierskie drużyny kobiet i mężczyzn, tu program). Pomiędzy wyświetlanymi relacjami z mistrzostw odwiedzający będą mogli zobaczyć liczne pokazy na zbudowanym na placu obiekcie, basen ma przezroczyste ściany. Trybuny pomieszczą 290 osób, wstęp bezpłatny. Czynne codziennie od 9.00 do 23.00 (w czwartek do 18.30).

24-27 lipca: Weekend z Hungarikum na Zamku – w ramach festiwalu prezentowana będzie węgierska kultura, węgierskie specjały, wystąpią zespoły ludowe, artyści z budapeszteńskiej operetki, 100 Osobowa Cygańska Orkiestra Symfoniczna (100 Tagú Cigányzenekar), będzie táncház, zorganizowano liczne programy rodzinne. Szczegóły (również w j. ang) tutaj.

25-27 lipca: Formuła 1 na Hungaroring. Na miejsce można dojechać tylko kolejką HÉV nr 8 w kierunku na Gödöllő, która będzie kursować z większą częstotliwością. Do 4,5,6 wejścia należy wysiąść na stacji Szilasliget, do 1,2,7,8 wejścia na stacji Mogyoród. Stamtąd można dojechać autobusem lub dojść (ok. 2.5 km). Dla posiadaczy biletów na niedzielne Grand Prix przejazd HÉV i wszystkimi 4 liniami metra będzie bezpłatny.

25-29 lipca: Festiwal Hungaricum w Balatonalmadi

25 lipca-3 sierpnia: Művészetek Völgye – słynny festiwal kultury Dolina Sztuki (przedstawienia teatralne, muzyka poważna, ludowa, etno, spotkania z literaturą, wystawy). Każdy kto przyjeżdża latem na Węgry powinien choć raz odwiedzić ten festiwal, niesamowita atmosfera, północny brzeg Balatonu i przepięknie położone w kotlinie Kali wioski (Kali medence to część Parku Narodowego Płaskowyżu Balatonu – Balaton-felvidéki Nemzeti Park), centrum wydarzeń jest Kapolcs. Szczegóły w j. ang, mapka, programy dostępne tutaj.

26 lipca: Orquesta Buena Vista Social Club na Wyspie Małgorzaty

26 lipca: drzwi otwarte podczas zorganizowanego przez Hello Wood międzynarodowego obozu dla studentów architektury w Csórompuszta (komitat Veszprém). Będą spotkania z architektami w tym również z Polski – grupa MooMoo.

26-27 lipca: jazz w Debreczynie – Debreceni Jazznapok, wystapi m.in. Joe Lovano.

27 lipca: w przeddzień 100 rocznicy wybuchu I wojny światowej znani trębacze na całym świecie zagrają jednocześnie tę samą melodię Il Silenzio. Na Węgrzech, na tarasie przed Zamkiem Budańskim odegra ją młody trębacz jazzowy Áron Koós-Hutás, solista Budapest Jazz Orchestra i trębacz w Pannonia Allstars Ska Orchestra.

29 lipca: Joss Stone w Budapest Park

29 lipca-3 sierpnia: OZORA Festival

30 lipca – 2 sierpnia: FEZEN (Fehérvári Zenei Napok) – Festiwal muzyki rockowej w Székesfehérvár, bogaty program, głównie zespoły węgierskie. Tu strona festiwalu.

30 lipca -31 sierpnia: Színes Város czyli kolorowe miasto – żegnaj szarości! Sztuka wychodzi poza galerie. Cykl programów artystycznych, 100 wydarzeń muzycznych, dyskusje o sztuce w przestrzeni publicznej, powstaną murale autorstwa krajowych i zagranicznych artystów.

Baja – wielkie gotowanie zupy rybnej

Baja to 20 tysięczna, położona nad Dunajem miejscowość na południu Węgier, która chwali się swoją zupą rybną (właściwie rybacką), a o prymat w jej przyrządzaniu walczy z Szegedem. Baja kojarzyło mi się zawsze z sennym, prowincjonalnym miasteczkiem, byłam tu kilka lat temu w drodze na południe Węgier i jakoś nie potrafiłam przywołać żadnych wyjątkowych wspomnień związanych z tym miejscem. Wybrałam się tam wtedy w nieodpowiednim czasie, bo do Baja należy przyjechać na festiwal zupy rybnej. Za sprawą wielkiego kociołkowania miasto ożywa wtedy na kilka dni. W tym roku miałam wreszcie okazję uczestniczyć w tym największym, corocznym święcie miasta.

Halászlé, czyli zupa rybna, to tak jak większość światowych klasyków kulinarnych świata danie biedaków. Rybacy po zakończonym połowie często zostawali z małymi, niewymiarowymi rybkami różnych gatunków lub z rybimi odpadkami takimi jak rybie łby czy wnętrzności lub ikra. Z tych „odpadków” zaczęli przyrządzać zupę dodając cebulę i paprykę. Zupa ta stała się z czasem daniem tak ważnym dla Węgrów, że stanowi ona główny element wieczerzy wigilijnej. Oczywiście sposobów przygotowania tej zupy jest wiele, ale jest kilka elementów wspólnych – główną rybą która w zupie podawana jest w całości jest karp (inne gatunki ryb są wygotowywane i ewentualnie przecierane), zupa musi być czerwona od papryki, musi być w niej cebula (tu nie ma konkurencji na Węgrzech dla tej z Makó) w miarę możliwości powinno się tę zupę przygotowywać w specjalnym kociołku, opalanym oczywiście drewnem.

Jak już wspomniałam o prymat stolicy halászlé na Węgrzech walczą dwie miejscowości Baja i Szeged. Każda z nich położona jest nad inna rzeką: Szeged nad bystrą, a co za tym idzie mającą piaszczyste dno Cisą, Baja nad Dunajem o bardziej mulistym dnie. W zupie z Baja nie przeciera się resztek, pływają w niej głównie kawałki karpia. Zupy różnią się również stosowaną papryką: segedyńska jest bardziej wytrawna o jaśniejszym odcieniu. W zupie z Baja spotkamy raczej miejscową lub słynną paprykę z niedalekiej Kalocsy: ciemna o pełnym aromacie jest moim zdaniem najlepszą papryką na Węgrzech, choć oczywiście wielu się ze mną nie zgodzi :) Na koniec element, który czyni zupę z Baja zupełnie wyjątkową na tle innych halászlé – wielojajeczny makaron dodawany do zupy. To element dumy mieszkańców miasta, który można kupić jako wyrób regionalny. Oczywiście, zawistni adwersarze wyśmiewają ten dodatek, ale ja uważam że bez niego zupie jednak czegoś brakuje i chleb nie zastępuje tych klusek. Zwyczaj dodawania makaronu wziął się stąd, że kiedyś oprócz zapłaty pracownikom nadrzecznych młynów podawano tu również talerz zupy. Praca była ciężka, mąki pod dostatkiem więc młynarzowa zagniatała makaron by zupa stała się od niego bardziej pożywna.

W walce o prymat swej zupy mieszkańcy Baja zaczęli organizować konkurs zbiorowego gotowania zupy w kociołkach, co ułatwia i fakt, że posiadają przepiękny rynek wprost jakby stworzony dla tej imprezy. Plac Św. Trójcy, którego nazwa odnosi się do pomnika stojącego na środku rynku, to wielka powierzchnia zabudowana z trzech stron barokowymi budowlami z wybijającym się ratuszem – dawnym pałacem Grassalkovicha (tego od Gödöllő) – byłego właściciela miasta. Rynek od strony przeciwnej do ratusza jest niezabudowany, bo znajduje się tam brzeg skarpy, schodzącej do odnogi Dunaju. Z miejsca tego każdy ma piękny widok na rzekę i znajdującą się po drugiej stronie wyspę. Cały rynek jest porządnie wybrukowany i od razu na myśl przychodzi, że miejscowość ta musiała być ważnym centrum handlowym, co jest zgodne z prawdą bo był to po Peszcie drugi port przeładunkowy Dunaju.

Od wczesnego popołudnia dostęp do ścisłego centrum zostaje zablokowany przez policję. Służby w czasie imprezy działają bardzo profesjonalnie i są niezwykle przyjaźnie nastawione pomagając w tworzeniu miłej atmosfery lokalnego święta. Strażacy chwalą się, że nigdy nie doszło do pożaru, ale czuwają. W powietrzu czuć już lekki zapach palonego drewna, który później tak nas przesiąknie, że będziemy go wspominać jeszcze przez kilka dni. Na razie dociera on z sąsiedniej wyspy gdzie gotuje dziś Robert Bede, węgierski celebryta kulinarny. Po kilku latach organizowania festiwalu uczestników jest tak wielu, że stoły biesiadne nie mieszczą się już tylko na rynku, ale wylewają się na przyległe uliczki i nabrzeże. Na olbrzymiej ilości rozłożonych stołów leżą przygotowane: zapas drewna do opalania kociołka (zabezpieczony folią bo meteorolodzy ostrzegali przed możliwymi opadami) oraz stalowe paleniska tak aby nie robić ognisk na bruku i nie niszczyć go. Przy każdym takim zestawie kartka z nazwiskiem i numerem uczestnika oraz informacjami organizacyjnymi. Pierwsi uczestnicy pojawiają się już na rynku ok. 14.00 niespiesznie rozkładając stojaki z kociołkami (jest okazja do podziwiania innowacji wprowadzonych w typowych konstrukcjach kociołkowych), rąbiąc drewna na idealne szczapy, zastawiając stoły często piękną ludową zastawą, a wreszcie próbując palinki i wina przywiezionych w ogromnych ilościach. Większość zna się wzajemnie, a jeśli nawet nie to już po chwili są jak starzy przyjaciele. Są również grupy przyjezdnych, czasami koledzy np. z pracy; z zagranicy głównie reprezentanci pobliskiej Serbii i Chorwacji, ale spotkałam również bardzo miłego pana z Niemiec. Grupy często ubrane w stroje zespołowe, inni starają się o coś zabawnego jak np. sympatyczna koszulka z Gustawem z dawnej węgierskiej kreskówki, a często ubiór choćby częściowo jest nawiązaniem do folkloru  i tradycji. Drewna ułożone pod kociołkami , w kociołkach jest już posiekana cebula, czasem nawet zalana już wodą, ale nikt jeszcze nie rozpala ognia. Start o 18.00, mamy więc czas na powłóczenie się po miejscowości, czy chwilę odpoczynku na placu zabaw w miejscowym parku (w parku tym w dość ciekawy sposób rozwiązano kwestię pomnika radzieckich „wyzwolicieli”, zasłaniając go olbrzymim obeliskiem ku czci ofiar I wojny światowej). Na scenie przed ratuszem pokazy lokalnych talentów głównie tanecznych.

W końcu o 18.00 orkiestra wojskowa odgrywa hymn Węgier i burmistrz po krótkiej laudacji na temat zupy z Baja, jej prostych składników daje znać, że można rozpalić ogień. Od tego momentu rynek zasnuwa dym kojarzący się z oblężeniem Częstochowy przez Szwedów, choć daniom kuchni szwedzkiej daleko do zapachów, które z wolna zaczynają przedzierać się przez dym. Przy kotle najczęściej ojciec rodziny czy najpostawniejszy w zespole, wspomagany przez resztę, w umiejętny sposób kręci bográcsem. Właśnie tak, bo w kociołku można co najwyżej zamieszać szklącą się cebulę, ale przewalanie większej ilości kociołkowego dobra chochlą skończyłoby się niechybnie tragedią kulinarną. Choć na głównej scenie pod ratuszem trwają interesujące występy (świetny zespół ludowy, tańczący typowo węgierskie  tańce, w pięknych strojach – co w panującym upale musiało być nie lada wyzwaniem), to obok kociołków zaczynają muzykować sami uczestnicy. Szczególnie spodobała mi się muzyka chłopaków z Serbii, która przywoływała skojarzenia z włoską tarantelą, również w zakresie ich strojów. Zupa z Baja nie potrzebuje wielogodzinnego gotowania charakterystycznego np. dla tej przygotowywanej na Wigilię (na taką zupę najpierw należy ugotować rodzaj przecieru rybnego, którego gotowanie zajmuje cały wigilijny poranek), po godzinie zaczyna się konsumpcja. Gotujący wymieniają się swoimi zupami (to jest najważniejsza ocena, dużo bardziej istotna od oficjalnego jury zgromadzonego w namiocie dla VIPów). Najedzą się również i ci, którzy wcześniej umilali gotującym czas np. muzyką albo rozmową lub wkradli się w ich łaski. Można również wcześniej umówić się z niektórymi gotującymi, że w zamian za drobną opłatą podzielą się zawartością swego kociołka. W ostateczności pozostaje oferta restauracji, ale ta jest niezwykle droga bo miseczka zupy z 1-2 kawałkami karpia to wydatek 1600-1800 Ft.

Później zabawa trwała jeszcze długo po zapadnięciu zmroku. Ja niestety musiałam jak ten Kopciuszek wymknąć się z balu, bo moi mali rycerze postanowili wybrać się na turniej do Wyszehradu następnego dnia i trzeba było wypocząć. Na noc zatrzymaliśmy się na świetnym kempingu w Kiskőrös (w tej miejscowości urodził się Sándor Petőfi). Po drodze do Kiskőrös mijaliśmy liczne czardy rybackie i bocianie gniazda. Ptaki te upodobały sobie szczególnie te podmokłe tereny ze względu na obfitość ryb i żab występujących w okolicy Dunaju.

Przepis na zupę rybną z Baja – bajai halászlé

Duża łyżka dobrego nastroju, szczypta humoru i duża dawka serca. Po takim wstępie możemy zaczynać gotowanie.
Składniki na zupę dla 5 osób:
-3 kg ryb, z czego ¾ stanowić ma karp
-3 duże cebule (1 cebula na kg ryby)
-3 czubate łyżki stołowe słodkiej papryki (édes-nemes őrölt piros paprika)
-sól
-4-5 sztuk ostrej papryki czereśniowej (cseresznyepaprika) lub pasty paprykowej Erős Pista (ostry Stefek)
-makaron typu gyufatészta (o grubości zapałki), najlepiej ten z Baja – bajai halászlé tészta

Rybę należy oczyścić, usunąć tzw. gorzki ząb (gruczoł przy głowie), odkroić głowę i ogon, odłożyć mlecz i ikrę (nie solić). Tułów pokroić w dzwonka, posolić, odłożyć na godzinę. Cebulę pokroić w drobną kostkę. Po godzinie na dnie bogracza układamy kawałki ryby, dodajemy cebulę, zalewamy wodą. Ilość wody zależy od ilości ryby: 1,1-1,2 litra wody na kilogram ryby. Rozpalamy ogień pod kociołkiem. Aromatyczna zupa za chwilę będzie bulgotać w bograczu, a my co jakiś czas zaglądamy i jeśli zauważymy, że na powierzchni powstała piana, dosypujemy papryki. Wtedy już na pewno poczujemy charakterystyczny aromat halászlé i możemy liczyć na odwiedziny zwabionych zapachem gości. Po 15-20 minutach gotowania dodajemy odłożoną wcześniej ikrę i paprykę czereśniową, dzięki której zupa stanie się pikantna. Można teraz spróbować i doprawić do smaku. W międzyczasie w osobnym garnku gotujemy makaron.
Zupa będzie gotowa w ok. pół godziny od zagotowania. Podajemy ją z makaronem i kawałkami ryby (które można również podawać oddzielnie). Przenikające się zapachy i delikatny aromat papryki sprawiają, że mało kto może oprzeć się węgierskiej halászlé z Baja.
(Przepis pochodzi ze strony festiwalu).