Szorty czyli krótko 12.11.2014

Uber – system znany z innych krajów jako „koszmar taksówkarzy” już w Budapeszcie. Pozwala on na uczynienie z prawie każdego kierowcy „taksówkarza”. Twórcy systemu oparli go na założeniu, że przeciętny samochód używany jest w ciągu doby tylko przez godzinę, a przez resztę czasu stoi niewykorzystany. Dzięki systemowi posiadacz smartfona wyposażonego w odpowiednią aplikację może skontaktować się z kierowcą zarejestrowanym w systemie i ten przewiezie go niemalże niczym normalna taksówka. Różnica jest taka, że po zakończonym przejeździe klient nie płaci bezpośrednio kierowcy, ale system obciąża jego kartę kredytową, 80% należnej kwoty trafia do kierowcy, a 20% do Uber. System identyfikuje samochody po ich numerze rejestracyjnym i ocenia kierowców (grzeczny czy niegrzeczny). W ramach systemu oceniają się zarówno kierowca jak i klient. W niektórych krajach taksówkarze próbowali doprowadzić do jego zakazu, ale im się to nie udało. Jak będzie na Węgrzech gdzie rząd przeprowadził stosunkowo niedawno reformę rynku taksówkowego? Taksówkarze, którzy ponieśli dość znaczne koszty w związku z tą reformą (ujednolicenie koloru pojazdów, wprowadzenie maksymalnego wieku samochodu itd.) a jednocześnie zostali pozbawieni możliwości konkurowania stawkami za przewóz, bo te zgodnie z reformą zostały wprowadzone dla wszystkich takie same, raczej nie odpuszczą tak łatwo. Należy podejrzewać też, że rząd również nie będzie zachwycony mieszaniem w jego reformie i tak oto po raz kolejny będzie miał okazję stanąć na drodze rozwoju Internetu. Z kolei użytkownicy sieci z pewnością będą zainteresowani nowym systemem, bo wg. wstępnych wyliczeń koszt przejechanego kilometra może być o połowę tańszy niż w zwykłej taksówce.

Czy na Węgrzech ubezpieczenie dla rowerzystów będzie obowiązkowe? Jak na razie formalnie taki postulat się jeszcze nie pojawił, ale nie należy go wykluczać. Okazuje się, że zajmujący się statystką Eurostat wykazał, że wśród 25 badanych europejskich krajów po Holandii (31%) to właśnie Węgry są na drugim miejscu jako kraj gdzie rower stanowi podstawowy środek transportu (19,1%). Węgierski Klub Cyklistów szacuje, że za kilka lat może to być nawet 40%! Takie prognozy od razu zainteresowały rynek ubezpieczeniowy, którego przedstawiciele stwierdzili że konieczne jest poważne zajęcie się wypadkami spowodowanymi przez rowerzystów w aspekcie ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej. Jak na razie ubezpieczyciele proponują dobrowolne, odrębne ubezpieczenia dla rowerzystów lub jak Genertel w formie dodatkowej opcji do obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej dla posiadaczy pojazdów mechanicznych. Jeśli kierować się tą logiką to należałoby przede wszystkim pomyśleć o obowiązkowym ubezpieczeniu dla pieszych. Biorąc dowolną statystykę z pewnością okaże się, że pieszych w ruchu uczestniczy więcej, a także powodują więcej wypadków. Mam wrażenie, że właśnie pojawił się kolejny obszar lobbingu, który będzie trzeba uważnie śledzić, by ktoś nie zrobił skoku na kasę.

W powtórzonych wyborach lokalnych w Ózd wygrał David Janiczak z nawet lepszym wynikiem niż w pierwszym podejściu, otrzymując 2/3 głosów (wybory powtórzono na wniosek poprzedniego burmistrza z Fideszu, który zgłosił nieprawidłowości w przebiegu wyborów z 12 października). Jednocześnie w związku z powtórzonymi wyborami policja otrzymała skargę tym razem od Jobbiku, że działacze Fidesz organizowali masowy transport wyborców romskich w celu poparcia ich kandydata. Pojawiły się też zarzuty rozdawania ziemniaków, jabłek czy pieniędzy. O Davidzie Janiczaku było już na blogu tutaj.

Po słynnym filmie Spokojny Amerykanin (tytuł oryginalny: „The Quiet American”) z Michaelem Cainem i Brendanem Fraserem z 2002 roku, w Budapeszcie prawdopodobnie powstaje jego kolejna część: „Dobry przyjaciel” (tytuł oryginalny: „Goodfriend”). Inni jednak podejrzewają, że to będzie druga część słynnego hitu Sofii Coppoli „Lost in Translation”. Jeżeli nie wiecie co ten tytuł oznacza, poproście o tłumacza… Dla tych, którzy nie śledzili sprawy: na filmie uwieczniono spotkanie szefowej NAV (węgierskiego urzędu podatkowego), która w asyście swojego adwokata postanowiła udać się do ambasady amerykańskiej by osobiście zapoznać się z dowodami Amerykanów dotyczącymi korupcji i zakazu wjazdu wysokich urzędników NAV do USA. Problem w tym, że amerykański charge d’affaires Andre Goodfriend nie spodziewał się gości. Na pytanie czy była umówiona, Vida nie potrafiła odpowiedzieć i poprosiła o tłumacza. Otrzymała go, ale niczego się nie dowiedziała, bo Amerykanie nie zwykli tłumaczyć się w takich sprawach. Tu można obejrzeć nagranie z tego historycznego spotkania. (Goodfriend podejrzewany jest przez sprzyjające rządowi środowiska i media, że jest agentem CIA piątego stopnia. Zapytany kiedyś przez dziennikarza o te spekulacje, nie potwierdził, nie zaprzeczył, powiedział że jest urzędnikiem ambasady amerykańskiej ale jednocześnie z uśmiechem zapytał „Dlaczego tylko piątego stopnia?”)

Nowe usługi na Węgrzech

UPC będący jednym z głównych dostawców Internetu na Węgrzech w ostatnim czasie zaczyna poszerzać swoją ofertę. Głośno o jego debiucie na rynku operatorów komórkowych, gdzie zaczyna świadczyć usługi, jako tzw. operator wirtualny, mimo nie najlepszych doświadczeń w tej materii innych firm.

Znacznie ciekawsza wydaje się oferta nazwana Wi-Free, gdzie abonenci UPC zyskają szeroki dostęp do bardzo rozbudowanej sieci hotspotów WiFi na terenie Węgier. Skąd nagle UPC zyskało tak szeroką sieć hotspotów? Okazuje się, że ktoś dość sprytnie wymyślił, że router u abonenta UPC może być nie tylko przeznaczony do dostarczania mu internetu, ale może stanowić też punkt dostępowy dla osób w jego okolicy. Z uwagi na wielką ilość takich routerów, nagle UPC stało się posiadaczem olbrzymiej sieci WiFi. Ilość tego typu routerów szacowana jest na 200 tys. Pomysł ten jest realizowany przez UPC także w innych krajach, m.in. w Polsce. Swoją drogą, ciekawe czy rzeczywiście z usługi będzie można korzystać też w innych krajach gdzie jest UPC, bo do tej pory niezbyt wiele wynikało z ponadnarodowego charakteru wielkich korporacji, jak telekomy czy banki.

Kontrowersje budzi fakt czy publiczne wykorzystanie routera nie narazi abonenta na ataki hakerów. Firma zapewnia, że prywatny kanał domowy będzie całkowicie odseparowany od kanału publicznej sieci WiFi, ale doświadczenie uczy, że wszystko jest tak długo bezpieczne jak długo ktoś nie wykaże, że jednak tak nie jest, czego świetnym przykładem był WPS. Z pewnością na Węgrzech gdzie do tej pory nie było odpowiednika polskiej usługi socjalnej w stylu Aero, ten pomysł wzbudzi zainteresowanie.

Inną ciekawą usługą, która ma wkrótce (wiosna 2015) pojawić się na Węgrzech jest system Velotrack realizowany przez tutejszego operatora telefonii komórkowej Vodafone i jego partnera w tym projekcie, firmę Hargamon sp. z o.o. Oferta skierowana jest do rowerzystów, których liczba na Węgrzech jest tak znaczna, że w roku 2010 oszacowano, że aż 19% podróży realizowano w tym kraju przy użyciu roweru.

Niestety kradzież rowerów to prawdziwa zmora węgierskich cyklistów, która jest więcej niż łyżką dziegciu w tym rowerowym raju. Powyższe firmy postanowiły wdrożyć system analogiczny do tych, jakie stosowane były do tej pory w celu monitorowania samochodów. Tzw. czarna skrzynka urządzenia GPS ma stać się elementem ramy roweru i jej usunięcie ma być niemożliwe (trudno więc powiedzieć czy będzie ten system można stosować w starych rowerach, choć widziałam kiedyś niemieckie rozwiązanie, które wbudowane było do przymocowanej na stałe lampki rowerowej).

System ma pełnić w założeniu trojaką funkcję. Po pierwsze, zabezpieczenie przed kradzieżą. Funkcja żyroskopu będzie pozwalała na poinformowanie użytkownika, że jego rower zmienił położenie a dzięki GPS trasa roweru będzie dalej śledzona. Dane o kradzieżach będą gromadzone w systemie i użytkownik będzie informowany czy miejsce w którym pozostawia rower jest bezpieczne. Po drugie, informacje o położeniu będą pozwalały na tworzenie społeczności i obserwowanie wraz ze znajomymi czy rodziną w czasie rzeczywistym gdzie znajduje się rowerzysta. Po trzecie, użytkownik będzie mógł analizować dane np. w celach treningowych lub w tym samym celu wykorzystywać je w czasie rzeczywistym, przy użyciu odpowiedniej aplikacji na współpracującym smartfonie.

Cena urządzenia i koszt jego użytkowania przez 1 rok będzie zawarta w cenie nowego roweru. Po roku użytkownik będzie decydował czy chce nadal korzystać z usługi, której miesięczny koszt ma być odpowiednikiem ceny jednego hamburgera. Niestety marketingowcy nie doprecyzowali czy chodzi o taki najtańszy, podstawowy hamburger, czy też hiper-mega Whopper ze wszystkimi dodatkami :)

źródło: hwsw.hu, sg.hu

Niedzielne zakupy

Koniec z niedzielnymi wycieczkami do hipermarketów i dyskontów? W najbliższym czasie rząd ma się zająć propozycją poprawki do ustawy zakazującej handlu w niedziele (z pewnymi wyjątkami – chodzi o sklepy poniżej 400 i funkcjonujące jako przedsiębiorstwa rodzinne). Projekt wyszedł od koalicjanta Fideszu, KDNP – partii chrześcijańskich demokratów. Ustawa miałaby zacząć obowiązywać od marca 2015 roku. Byłaby to kolejna próba przeforsowania bardzo niepopularnej zmiany. Po pierwsze, Węgrzy nie są zachwyceni faktem, że ktoś próbuje decydować kiedy mają robić zakupy na niedzielny obiad. W opinii publicznej przeważa przekonanie, że ilość czasu przeznaczonego w ciągu tygodnia dla rodziny nie zależy od dnia w którym robi się zakupy. Po drugie, propozycja pozostaje w sprzeczności z rządowym planem zwalczania bezrobocia i pobudzania gospodarki. I po trzecie: od razu pojawiły się domysły i pytania o wspomniane w propozycji wyjątki. Czyżby odnosiły się one do zaprzyjaźnionej sieci CBA?

Eger po sezonie – dzień trzeci

Drugi nocleg w Egerze to położony w samym centrum Hotel Eger & Park. Właściwie to powinnam powiedzieć, że nocleg mieliśmy w hotelu Eger, który powstał w roku 1961 obok hotelu Park. Piękny, modernistyczny projekt i tylko ktoś zapomniał o małym drobiazgu… hotel nie miał restauracji! Przez lata goście wychodzili więc przed budynek i chodniczkiem maszerowali do restauracji w położonym obok hotelu Park, co w deszczu nie musiało być już tak przyjemne, ale z drugiej strony wymuszało konieczność ubrania się do kolacji. My jednak tego problemu nie mieliśmy. Nie, żeby ktoś wybudował restaurację w hotelu Eger (może to i lepiej bo ta w hotelu Park jest po prostu śliczna a i sam hotel jest uroczy) – po prostu w 1980 roku przy okazji rozbudowy budynku wybudowano na wysokości pierwszego piętra łącznik.

Dzięki temu dziwacznemu zabiegowi architektonicznemu mieliśmy okazję do podwójnej podróży sentymentalnej. Hotel Eger to klimaty jak z Wielkiego Szu, blichtr komunizmu i jego sław i jestem prawie pewna, że Jan Nowicki, który był wtedy prywatnie mężem znanej węgierskiej reżyserki Marty Meszaros bywał tu nie raz. Trzeba jednak przyznać, że to komunistyczne dziedzictwo nie odbiło się jakoś bardzo źle na komforcie pokojów, które zostały odremontowane i wyposażone w miarę nowocześnie.

Hotel Park i jego restauracja to już bardziej klimaty z Magnata z tym samym Janem Nowickim w roli głównej. Do kolacji przygrywa pianista szlagiery w stylu Smutnej niedzieli (chyba miał już dość turystów i postanowił się ich pozbyć przy użyciu hymnu samobójców :), ale na żądanie również balatońskie przeboje, choć w stonowanej aranżacji. Niestety nasz Młodszy pobudzony całodziennymi atrakcjami i nieumieszczony w odpowiednim krzesełku dla dzieci postanowił wnieść swój wkład w świat reklam proszku. I co pan powie panie Chajzer na takie plamy na obrusie i całej odzieży wierzchniej (czy też jak go nazywają Węgrzy, Pan Tide – tak, tak, Chajzer to sława międzynarodowa i jak ładnie po węgiersku mówi :)?

Niestety to kolejny hotel, który choć dysponuje obiektem spa, to kończy jego pracę o śmiesznej porze tzn. o 20.00, a przecież to był sobotni wieczór. Trzeba jednak przyznać, że jest w tym nieco dziwacznym hotelu wyjątek, ale jak przystało równie dziwaczny – jeśli chcecie popluskać się wieczorem do 22.00 to przyjedźcie tu w… poniedziałek. Znowu więc rozpoczęłam dzień wcześnie choć to niedziela, bo chłopcy koniecznie chcą na basen. Trzeba przyznać że choć obiekt nie jest najnowszy to baseny prezentują się całkiem przyzwoicie, a brodzik dla dzieci w sumie niezły, choć krawędzie twarde. W baseniku kolorowe postaci z bajek dziecięcych, które prawdopodobnie w nieco późniejszych godzinach nabierają więcej życia tryskając wodą. Dla dorosłych basen 25 m, standardowo sauny, masaże lecznicze itp., czyli typowa węgierska oferta.

Jeszcze przed południem zameldowaliśmy się w znajdującej się na obrzeżach Egeru stadninie koni przy dworku Mátyus Udvarház, gdzie czekała na nas bryczka zaprzężona w dwa piękne lipicany, z których hodowli ta stadnina słynie. W towarzystwie przemiłego stangreta i jego młodej pomocniczki udaliśmy się na wycieczkę po pobliskich winnicach. Chłopcy byli zachwyceni, a Młodszy przez chwilę nawet przestał zwracać uwagę na przejeżdżające samochody, co zdarza mu się niezwykle rzadko. Piotruś i Śpiewak wesoło ciągnęły bryczkę a mnie zachwyciły cudowne kolory, jakie przybiera winnica o tej porze roku. Nie udało się nam niestety pokazać chłopcom samych zbiorów, bo w winnicach w pobliżu stadniny były one już zakończone, ale wciąż na krzakach znajdowały się pojedyncze grona. Nasz woźnica wyjaśnił nam, że pozostawia się je celowo nie tylko dlatego że są w jakimś trudniej dostępnym miejscu krzaka, ale dlatego, żeby ptaki mogły się nimi najeść i nie niszczyły samych roślin. Okazało się, że pomiędzy winnicami ukrywają się kolejne niespodzianki. Pierwszą z nich było małe lotnisko, z którego nagle poderwał się niewielki samolot – to ponoć pozostałość po fabryce samolotów ultralekkich, która znajdowała się w Egerze. Tutaj je testowano. Teraz służy zapaleńcom do lotów rekreacyjnych.

Druga to niezwykły bar połączony z kempingiem znajdujący się na terenie winnicy, której właścicielem jest Imre Csernus, znany z telewizji psycholog i autor kilku popularnych książek a także psycholog egerskiej drużyny piłki wodnej, a prywatnie wielki fan wina i człowiek znany w tej branży. Na szczycie wzgórza przy prostych, ale dizajnersko wysmakowanych stołach i ławach siedzi się podziwiając wspaniały widok na dolinę, popija doskonałe wino albo równie doskonałą kawę. Atrakcją miejsca jest możliwość noclegów w bardzo prostych, ale w tej prostocie pięknych bungalowach rozrzuconych po winnicy. Domki te nawiązują do typowych domków, jakie budowano w winnicach, aby ich doglądać i które zazwyczaj pozbawione były wszelkich wygód (pięknie opisywał to Kalman Mikszath). Mnie jednak skojarzyły się one jakoś ze skandynawską prostotą. Fajne miejsce.

W winnicy znajduje się też niewysoka, ale posiadająca wspaniały widok wieża widokowa, z której bardzo dobrze widać zdobiący przeciwległe wzgórze pomnik winiarzy. Obecnie jest on zrobiony z kamienia, bo  wcześniejsza wersja wykonana z metalu została po prostu ukradziona – jak widać życie na węgierskiej prowincji ma też swoje cienie. Zastanawialiśmy się czy winiarze mają swoją patronkę, tak jak sadownicy z Kecskemet, których chroni Matka Boska Brzoskwiniowa z tamtejszego kościoła. Jak się dowiedzieliśmy z lokalnego źródła (od woźnicy), tą patronka jest św. Barbara. Po powrocie postanowiłam sprawdzić tę informację i okazało się, że z patronów winiarzy na Węgrzech wymieniani są św. Wincenty (Vince), św. Urban (Orban) i św.Donat. W dobrej intencji świętych nigdy dość.

Koniki dowiozły nas w końcu z powrotem do stadniny, która okazała się mieć jeszcze wiele atrakcji. Chłopcy mogli zobaczyć duże stajnie oraz mieszkające w nich piękne konie. W stadninie są również kucyki i osiołki. Na padokach właśnie uczyły się jeździć inne dzieci. Całość w otoczeniu bujnej zieleni. Stadnina posiada bogatą kolekcję powozów użytkowych (w tym sanie i… rydwany), ale również małe muzeum wypełnione zabytkowymi pojazdami. Na miejscu jest również restauracja z barem gdzie rolę stołków barowych pełnią siodła. Jak dowiedzieliśmy się od barmana nad jedną ze stajni powstała część hotelowa gdzie nawet większa grupa znajomych może zatrzymać się w wygodnych warunkach, w ogrzewanych pokojach.

Na koniec pozostawiliśmy chłopcom główną atrakcję architektoniczną miasta – egerski zamek, w którego bramie powitał nas Gergely, jego kasztelan. Gergely z wykształcenia jest historykiem, ale od dziecka kochał to miejsce i cały czas gdzieś tu się kręcił, aż w końcu przywdział żupan, czapkę z sokolim piórem, przypasał szablę i został gospodarzem zamku. Dziś nawet jego przyjaciele śmieją się, że gdy z rzadka ubiera się w ubrania z naszej epoki to nie mogą go rozpoznać.

Historia zamku jak prawie wszystko na Węgrzech sięga czasów Św. Stefana.  Organizując swe państwo stworzył on w Egerze biskupstwo, a wzgórze na którym znajdują się obecnie ruiny twierdzy zajmował początkowo kościół. Pierwotnie w stylu romańskim, potem gotycki; na tych niespokojnych terenach musiał być odpowiednio broniony i tak powstała twierdza, która po zdobyciu Belgradu a następnie po klęsce rycerstwa węgierskiego pod Mohaczem stanęła na drodze Turkom podążającym na północny zachód.

W 1552 roku pod murami twierdzy stanęło 150 tysięcy tureckich żołnierzy, z czego 80 tysięcy stanowiło regularne wojsko i artyleria (reszta to tzw. tabory). Przeciw nim stanęło 2100 – 2300 obrońców, co daje niewyobrażalną dysproporcję sił, co najmniej 40:1. Siły węgierskie nie składały się tylko z żołnierzy, ale również z mieszczan i chłopów, o czym świadczą proste nazwiska albo przydomki na pamiątkowych tablicach umieszczonych w Sali Bohaterów (Hősök Terme) – mauzoleum ku czci obrońców zamku. Pomieszczenie podpierają monumentalne figury wyciosane z piaskowca. Jak było widać, regularnie składane są tu kwiaty ku pamięci bohaterów.

W sali tej znajduje się również nagrobek dowódcy obrony twierdzy, kapitana Istvána Dobó, a dokładnie Barona Istvána Dobó de Ruszka, urodzonego w 1502 w Seredniach na Ukrainie. Oryginalna jest tylko płyta nagrobna, która zostala przeniesiona tu z położonej dziś na Słowacji Ruská (węg. Dobóruszka). Istvanowi Dobó, będącemu konsekwentnym stronnikiem Habsburgów w dynastycznym konflikcie z Janem Zápolyą, arcyksiążę Ferdynand powierzył w 1549 roku twierdzę w Egerze (Zápolya, jako wasal sułtana tureckiego został władcą Siedmiogrodu, ale rościł sobie prawa do korony węgierskiej; sułtan turecki zajął południowe Węgry aż do Budy, a Habsburgowie północno zachodnie – arcyksiążę Ferdynand Habsburg też używał tytułu króla Węgier). Co ciekawe, za swe zasługi najpierw Dobó został wynagrodzony z gestem wartym Pana Zagłoby rozdającego Inflanty – arcyksiążę Ferdynand nadał mu dobra i tytuł w Siedmiogrodzie, którym nie władał. Po trzech latach, co prawda wynagrodził mu to nadając w zamian zamek w Lewicach w dzisiejszej Słowacji, aby w końcu oskarżyć go o zdradę i uwięzić w zamku w Pozsony (Bratysława), co zrujnowało zdrowie Dobó i doprowadziło do jego rychłej śmierci.

A skoro już wspomniałam o Panu Zagłobie, bohaterze Trylogii, to podobieństwo egerskiej historii do oblężenia Częstochowy czy Kamieńca Podolskiego jest uderzające. Nie dziwi więc że tak jak Henryk Sienkiewicz posłużył się tamtymi historiami do krzepienia serc zniewolonego narodu polskiego, tak i węgierski pisarz Geza Gardonyi sięgnął po historię oblężenia Egeru w tym samym celu, czym zasłużył sobie nie tylko na pochówek na terenie zamku, ale i na pomnik na egerskiej starówce, a jego książka stała się ulubioną lekturą Węgrów, co upamiętniono kolejnym pomnikiem. Książka Gwiazdy Egeru podobnie jak dzieło Sienkiewicza została sfilmowana i tak jak jego polski odpowiednik film stał się przebojem na wiele lat, szczególnie wśród chłopców w różnym wieku. W tej sytuacji dziwić może tylko, że książka ta od lat nie była wznawiana w Polsce i dziś jej ceny na internetowych aukcjach dochodzą do 80 złotych.

Z historycznych nazwisk warto wspomnieć jeszcze o Gergelyu Bornemissza. Był on dowódcą 250 osobowego oddziału austriackich strzelców nadesłanych przez króla jako wsparcie, ale wsławił się głównie, jako autor różnych forteli i sprytnych machin wojennych jak np. ogniste koło, czyli rodzaj wielkiej szpuli, najeżonej ostrzami i wyładowanej materiałem wybuchowym, którą to machinę można było strącić na wroga szturmującego bramy czy uliczki. Stosował też inne ogniste wynalazki przypominające słynny ogień grecki.  Syn Gergelya, Janos wraz z królem Stefanem Batorym brał udział w walkach Polaków z Rosjanami, jako dowódca polskich oddziałów. Oczywiście w masowej pamięci obraz Gergelya Bornemisszy wypełnia kreacja Istvána Kovácsa, która bardzo mi się kojarzy z rolami Daniela Olbrychskiego czy wręcz ze spaghetti westernem – piękny jest jak z obrazka :)

Dzięki naszemu niezawodnemu nosidłu dla Młodszego (niestety zrobił się tak ciężki, że po tej wyprawie nie zdołam go już chyba naprawić) mogliśmy za naszym przewodnikiem zagłębić się w podziemiach egerskiego zamku. Najpierw obejrzeliśmy panoptikum zawierające kolekcję woskowych figur inspirowaną powieścią Gardonyiego, a właściwie ww. filmem, która oczywiście bardzo podobała się maluchom, szczególnie jeśli na przykład było to dwóch obrońców polewających atakujących smołą albo coś w tym rodzaju.

Następnie udaliśmy się w miejsce gdzie niegdyś stała katedra. Obecnie pozostała jedynie podstawa jej głównej nawy i przylegającej do niej kaplicy, w której archeolodzy odnaleźli pozostałość sarkofagu pierwszego biskupa Egeru. Te pozostałości dość marnie oddają pojęcie o dawnym wyglądzie kościoła i dopiero kiedy szliśmy za Gergelyem do zamkowych podziemi to mieliśmy okazję zobaczyć wystawę szkiców jej przypuszczalnego wyglądu oraz lapidarium zawierające m.in. wspaniałe płyty nagrobne i resztki pięknie rzeźbionych detali architektonicznych.

Nasz przewodnik zabrał nas na wycieczkę po niesamowitych lochach zamkowych i nawet gdy Starszy już zaczynał narzekać, że go nóżki nie niosą, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czy może czarodziejskiego pilota) repliki dział zaczynały strzelać i odjeżdżać ze stanowiska jak po prawdziwym strzale albo spotykały nas inne niespodzianki, do których niewątpliwie należało przejście jednego z tuneli w świetle pochodni. Tunele powstały jako efekt prac saperów – w tamtych czasach sztuka zdobywania zamków zakładała, że obie strony starają się podkopać pod murami: zdobywcy – żeby podłożyć ładunek wybuchowy pod murem czy basztą, a obrońcy aby dotrzeć do podkopujących się zdobywców zanim ci odpalą ładunek i wyciąć ich w pień. Jak twierdził nasz przewodnik, obrońcy nie budowali jednak tych tuneli do jakichś wypraw poza linię wroga i mury – co zwykle opisywane jest w powieściach historycznych. Bardzo ciekawy był system ostrzegania informujący o tym, że wróg próbuje się podkopać. Obrońcy na membranie bębna umieszczali kilka ziaren grochu, które zaczynały drżeć gdy tylko rozpoczynały się prace saperskie. Na podobnej zasadzie obserwowano powierzchnię wody w porozstawianych w tunelu naczyniach.

Z tunelu wyszliśmy właśnie przy grobie autora powieści, bardzo skromnym, ale poprzez swoje usytuowanie stanowiącym niesamowity pomnik. Dowiedzieliśmy się też, że Gardonyi mieszkał w jednym z domów w sąsiedztwie zamku.

Na koniec Gergely zabrał nas do nowopowstałej atrakcji położonej pod murami zamkowymi. Po przejściu od bramy zamku, uliczkami starego miasta do Dobó Istvan utca, naszym oczom ukazał się wielki turecki namiot (nie mylić z jurtą), a w nim herbaciarnia i kawiarnia Egri Pasa Sátra. W tym nastrojowym wnętrzu można napić się prawdziwej tureckiej kawy czy herbaty albo skosztować tureckich słodkości. Do środka wchodzi się po zdjęciu obuwia i siada się na pokrywających podłogę kobiercach albo o ile pogoda na to pozwala siada się na dywanach obok namiotu, pod murami twierdzy. Prowadzący lokal Timur (przy okazji pozdrawiam obu znanych mi Timurów i ich rodziców :)) to kolejny przykład człowieka, którego życie stało się rezultatem pasji. Jego ojciec był ponoć jednym z najwybitniejszych węgierskich turkologów i znawców narodów Azji.

W tym miejscu warto wspomnieć, że po drugim oblężeniu zamku w 1596 roku Turcy zdobyli miasto i osiedli w Egerze na 90 lat, aż do czasu odsieczy wiedeńskiej. Po odbiciu Egeru przez chrześcijan większość budowli otomańskich została zniszczona, zwłaszcza meczety. Jednak jedną z głównych atrakcji miasta jest samotnie stojący minaret – najdalej na północ wysunięty zabytek turecki, na którego szczyt można wejść po licznych wąskich schodach, aby podziwiać panoramę Egeru, choć ta z murów zamku jest co najmniej równie godna polecenia. Jednak w przeciwieństwie do Budy w mieście tym nadal żyli potomkowie Turków, wzbogacając wieloetniczną mieszankę tutejszych mieszkańców.

Usiedliśmy więc przy kawie, aby jeszcze trochę odpocząć i porozmawiać z przewodnikiem, który poinformował nas, że na zamku, ale także w namiocie tureckim można organizować różne imprezy w stylu epoki. Z Gergelyem warto kontaktować się wcześniej mailowo, jeśli ktoś chciałby zwiedzić np. zamkowe podziemia, a naprawdę warto. Myślę, że powinni też kontaktować się z nim wszyscy zainteresowani uczestnictwem w rekonstrukcji odbywającej się sierpniu (Végvári Vigasságok). Jak wiadomo w obronie zamku (choć nie do końca było to zgodne z ówczesną polska polityką) brali również udział polscy rycerze i byłoby fajnie gdyby grupy rekonstruujące czasy zbliżone do potopu wzięły udział w tej imprezie (Wikingowie proszeni są u udział po stronie widzów w strojach z naszej epoki :).  Dowiedzieliśmy się również, że prace archeologiczne na zamku cały czas trwają i w zasadzie można mówić dopiero o ich początku. Wstrzymują je jedynie kwestie finansowe, które z pomocą funduszy unijnych choć w pewnym stopniu zdołano rozwiązać.

Na koniec nabyliśmy jeszcze tylko zwyczajowy miecz dla naszego Starszego (Miecz musi być. Ten był ze stempelkiem Istvana Dobó. Chyba w końcu będzie mógł sobie urządzić własną salę rycerską w swoim pokoju :) i pokręciliśmy się po zalanych jesiennym słońcem uliczkach Egeru. Kiedy ruszaliśmy w stronę domu, z tylnego siedzenia dobiegło nas chlipanie – komuś się tu naprawdę spodobało.

Eger po sezonie – dzień drugi

Na nocleg udaliśmy się do miejscowości Noszvaj położonej w odległości ok. 10 km na północny wschód od Egeru (droga na Bogács). Położona malowniczo w dolinie potoku Kánya wioska słynie z pałacu De La Motte. Pałac zbudowano w 1778 roku w stylu copf, który jest odmianą późnego baroku, a w zasadzie wraz z rokoko stanowi przejście od baroku do klasycyzmu. Kilka sal wydzielono na muzeum, w pozostałych urządzono hotel. Bramy strzegą figury jednorożców z herbu rodziny Almássych.

Nasz hotel Oxigen znajdował się z kolei poza wioską. Został stworzony pod koniec XX wieku jako przebudowa pałacu rodu Galassy z 1900 roku. Nas zainteresował głównie z uwagi na fakt, że reklamuje się jako bardzo przyjazny dzieciom. I okazało się to całkowitą prawdą. Na zewnątrz trudno dostrzec kształt starego budynku, ale jego bryła wyraźnie odcina się od prostego kształtu dobudowanego za nim kompleksu ZEN Spa – drugiej atrakcji, która nas tu ściągnęła. Obszerne pokoje i elegancka jadalnia nawiązują swym wystrojem raczej do pałacowej części, są bardzo dobrze wyposażone i wygodne. W hotelu pełno rodziców z dziećmi więc chłopcy już podczas kolacji nawiązują przyjaźnie. Fajnym pomysłem oprócz wszelkich udogodnień typu krzesełka dla malucha, czy pełnego wyboru dań dla najmłodszych, było stworzenie domku pośrodku jadalni gdzie dzieciaki po najedzeniu się lub w trakcie mogły razem z nowymi przyjaciółmi porysować (także na ścianach domku) czy też po prostu razem się pobawić, dając nam choć chwilę na skosztowanie bardzo dobrej kuchni. Trzeba pamiętać, że jak to często na Węgrzech bywa napoje nie są wliczane w cenę i nie dotyczy to tylko alkoholu – ich ceną zostaniemy obciążeni przy wymeldowywaniu się, tak jak za korzystanie z minibaru, choć nie jest to regułą i warto spytać się kelnera (w tym hotelu np. napoje wieczorem były płatne a już przy śniadaniu nie).

Kolejnym mankamentem była wczesna godzina, o jakiej zamykana była część spa – czynne do 21.00 – brakowało mi możliwości by po położeniu dzieci wreszcie spać, móc je zostawić z mężem i trochę wymoczyć się w ciepłych źródłach i wygrzać w saunach. Termy rekompensują to choć częściowo wczesną godziną otwarcia (już od 6.00 rano), tak więc nasze ranne ptaszki zostały rannymi kaczuszkami – a muszę przyznać, że również część termalna została pięknie dostosowana do potrzeb maluchów: dwa dziecięce baseny o różnej głębokości, z ciepłą wodą i miękkim wykończeniem, pełno kolorowych zabawek w równie kolorowym otoczeniu (skoro całe spa jest w stylu Zen, basen dla dzieci nawiązywał oczywiście do dziecięcej Mangi). A jeśli maluch się znudzi to na orientalnym podeście czeka już na niego stół z innymi atrakcjami. Całość jest bardzo ładnie przeszklona, z widokiem na piękny park, w którym na dzieci czekają kolejne atrakcje: plac zabaw, małpi gaj, szachy ogrodowe z dużymi figurami itp. Hotel ma też możliwość wypożyczenia rowerów na wspólne wycieczki (także z przyczepką dla dzieci), a nawet pozostawienia dzieci pod opieką wykwalifikowanego personelu w miejscowym domu zabaw.

Niestety nie mieliśmy już czasu by spróbować wszystkich atrakcji, bo w planie mieliśmy udać się do miejscowości Poroszló nad jeziorem Cisa, dokąd wyruszyliśmy zaraz po pysznym śniadaniu. Nad tą niewielką miejscowością góruje nowoczesny budynek, którego wielka wieża widoczna jest z daleka. Ktoś nieznający okolicy zapewne pomyśli, że to kolejny kościół Makovecza. To jednak „cywilny” budynek projektu nieżyjącego już architekta Laszlo Kertaiego. Swą bryłą budynek nawiązuje do wodnego ptactwa – ma wyobrażać kormorana siedzącego na wodzie z rozpostartymi skrzydłami (skrzydła budynku) i wyciągniętą ku górze szyją (wieża). Nie jest to nawiązanie przypadkowe, bo budynek należy do Tisza-tavi Ökocentrum – Centrum Ekologicznego Jeziora Cisa.

Wieża budynku jest najwyższym punktem widokowym w pobliżu jeziora i rozpościera się z niej wspaniały widok, a i męczyć się nie trzeba, bo na sam szczyt jeździ winda. Patrząc na północ widać góry Matra i góry Bukowe oraz dolinę pomiędzy nimi, w której położony jest Eger i historyczna droga do Polski. To najlepszy punkt widokowy dla tych, którzy chcieliby zobaczy tę słynną handlową drogę, którą legendarny węgrzyn trafiał do Polski. Nieco bliżej widać tereny rolne sąsiedniego komitatu Borsod-Abaúj-Zemplén rozciągające się wokół Poroszló i samą miejscowość, która należy jeszcze do komitatu Heves. Jednak to widok na południe przyciąga najbardziej i jest najważniejszy. Stąd widać jak na dłoni północną część jeziora Cisa, które nieco przypomina rozlewiska biebrzańskie. To wielka ostoja ptactwa i szczególnie w okresie migracji ważne dla nich miejsce. Taras na wieży pozwala nie tylko na podziwianie samej panoramy jeziora, ale na dokładną obserwację ptaków przez miłośników tego zajęcia. Na szczycie wieży spotkaliśmy pana, który oddawał się temu hobby. Był wyposażony w niesamowicie profesjonalnie wyglądający teleskop na trójnogu i pokazał nam kilka ptaków, które udało mu się wypatrzeć. Później się okazało, że był to miejscowy burmistrz. Taras jest na tyle duży, że można tam ustawić nawet kilka statywów dla sprzętu obserwacyjnego czy fotograficznego. Jednak eko-centrum zapewnia też inne możliwości zbliżenia się do przyrody tego unikalnego zbiornika wodnego.

Jezioro Cisa to zbiornik sztuczny powstały po wybudowaniu w latach 1968 – 1973 tamy-elektrowni na rzece Cisa w miejscowości Kisköre (stąd tez druga nazwa jeziora Kiskörei víztározó). Rzeka Cisa zawsze sprawiała Węgrom wiele problemów, ze swą nieobliczalną naturą i skłonnością do nagłych powodzi. Tama i zbiornik miały choć w części temu zapobiegać. I tak powstało największe sztuczne jezioro Węgier, drugi co do wielkości (po jeziorze Balaton) zbiornik wodny tego kraju. Początkowo pomyślałam, że tylko w państwie totalitarnym ktoś mógł podjąć decyzję o zbudowaniu takiego akwenu na zupełnie płaskim terenie, gdzie są świetne ziemie rolne, ale w końcu dowiedziałam się, że Jezioro Cisa stanowi zespół rozlewisk, kanałów i podmokłych łąk, które są w zasadzie pochodzenia naturalnego; ingerencja człowieka ograniczyła się do usypania zapory i wałów ograniczających jezioro.

Warto zwrócić uwagę na te wały – na ich szczycie biegnie bardzo wygodna asfaltowa droga dostępna na co dzień w zasadzie tylko dla rowerów. Daje to razem przeszło 60 kilometrów świetnej ścieżki rowerowej, po której można spokojnie poruszać się z małymi dziećmi, w otoczeniu wspaniałej przyrody z jednej strony, a z drugiej z sympatycznymi wsiami i miasteczkami, które mogą z takim Balatonem konkurować spokojem, no i oczywiście cenami. Polscy rowerzyści, którzy odkryli uroki jeziora Nezyderskiego (Fertő tó) powinni więc zainteresować się również tym miejscem, sama zaś ścieżka może być wzorem dla projektu prezydenta Komorowskiego, na stworzenie trasy rowerowej na wałach wzdłuż Wisły.

Miejscowość Poroszló nie jest centrum sportów wodnych (te to domena Abádszalók położonego nad południowo-zachodnią częścią jeziora), ale jego specjalnością przed powstaniem eko-centrum było wędkarstwo, które nadal można tu ponoć z powodzeniem uprawiać, czemu jak się dowiedziałam sprzyja nie tylko dobra baza noclegowa dla wędkarzy, ale i ułatwienia w wykupieniu licencji, jakie w ostatnim czasie wprowadził rząd węgierski. Centrum dysponuje ponadto łodziami wyposażonymi w nadajniki GPS, które można wynająć i samodzielnie na nich pływać.

Dlaczego jednak użyłam zwrotu nadal kiedy wspomniałam o wędkarstwie? Nie chodzi bynajmniej o to żeby ekolodzy związani z centrum byli źle nastawieni do wędkarzy. Wręcz przeciwnie. Centrum powstało, jako efekt projektu badawczego po katastrofie z 30 stycznia 2000 roku, kiedy to z kopalni złota w Baia Mare w Rumuni wydostało się do Samoszu około 100 000 m³ wody zanieczyszczonej cyjankiem i metalami ciężkimi. Wyciek spowodował w Samoszu i Cisie katastrofę ekologiczną i był tym dotkliwszy, że Cisa to dla węgierskich miłośników ryb od zawsze główne miejsce do wędkowania, a o wyższości karpia z Cisy nad karpiem dunajskim nie ma co nawet dyskutować (Cisa w przeciwieństwie do Dunaju nie jest mulista). Szczęśliwie jak potwierdza wielu ekologów przyroda wykazała się większą siłą niż ludzie głupotą i Cisa oczyściła się znacznie szybciej niż podejrzewano. Niestety, choć od wielu lat ryby z Cisy są w pełni bezpieczne (a może i bardziej – np. to centrum jest dowodem większego niż gdzie indziej poziomu monitorowania) to rybołówstwo się załamało, bo jeszcze przez kilka lat po katastrofie pokutowało przekonanie o zanieczyszczeniu, mimo powtarzających się ocen ekspertów, że ryby złowione w Cisie można jeść bezpiecznie. Prawdopodobnie z tego okresu pozostały ruiny kilku zajazdów wędkarskich oferujących wcześniej zupę rybną, które nie wytrzymały spadku koniunktury. Na szczęście wiele ich tu jeszcze znajdziemy.

Obecnie Eko-centrum to głównie placówka edukacyjna – nauczycielka spotkanej wycieczki szkolnej z okolic Szolnoku powiedziała mi, że dzieciom tak się spodobało, że namówiły ją na powtórny przyjazd w to samo miejsce. Główną atrakcją centrum dla zwiedzających jest mający około 1 mln litrów pojemności, system słodkowodnych akwariów, ulokowany w piwnicy budynku. To prezentacja życia charakterystycznego dla węgierskich zbiorników wodnych, ale i ich brzegów. Oprócz ponad 50 gatunków ryb krajowych pokazywanych w akwariach, przestrzeń wystawowa na parterze obejmuje 13 gatunków gadów i 14 płazów. Najbardziej spektakularną atrakcją jest szklany tunel, gdzie zwiedzający mogą podziwiać majestatycznie przepływające nad ich głowami olbrzymie jesiotry. Prezentowane egzemplarze oczywiście nie pochodzą z Węgier, ale myli się ten, kto myśli, ze te wspaniałe ryby z Węgrami nie mają nic wspólnego. Węgrzy są bardzo dumni z historii o tym jak to ich król Andrzej, postanowił zaimponować cesarzowi niemieckiemu i z wielkopańskim gestem wysłał mu kilka tysięcy sztuk tej wspanialej ryby. Jesiotra spotykano w wodach Dunaju jeszcze długo potem, ale kres położyli temu jak zwykle… Rumuni (no i jak tu ich Węgrzy mają lubić, szkodników ekologicznych jednych :)). Po tym jak wybudowali tamę w dolnym biegu Dunaju młode osobniki nie miały już możliwości wędrówki ku jego górnemu biegowi. Centrum jest więc jedynym miejscem gdzie można tę rybę zobaczyć żywą na Węgrzech (bo wypchany egzemplarz zobaczycie na zamku w Visegradzie). Naszym chłopcom szczególnie do serca przypadły dwie wydry, Młodszego nie mogliśmy po prostu oderwać od ich wybiegu. Centrum posiada również salę kinową na 50 widzów, gdzie można obejrzeć film (również w wersji anglojęzycznej) z niesamowitej podróży łodzią po jeziorze. Film w technologii 3D prezentuje bogactwo przyrody jeziora przekraczające wręcz barierę realizmu.

Na koniec razem ze wspomnianymi uczniami udaliśmy się w prawie godzinny rejs po jeziorze, a właściwie kanałach między położonymi na nim wysepkami zamieszkałymi głównie przez ptaki. Po wysepkach biegnie też ścieżka edukacyjna, gdzie mali odkrywcy mogą przyjrzeć się wszystkiemu zupełnie z bliska i bez szyb.

Słońce ładnie zaczęło przygrzewać i postanowiliśmy, że po powrocie do Egeru odwiedzimy miejsce, które zachowaliśmy w ciepłych wspomnieniach jeszcze z czasów studenckich. Wspomnienia te zaiste były ciepłe, bo chodzi o termalne źródła w Egerszalók. Kiedy byliśmy tu przed laty nasi znajomi dobrze znający Eger zapowiedzieli nam, że pokażą nam coś niezwykłego. I tak po krótkiej przejażdżce wśród dość dziko wyglądających wzgórz, dojechaliśmy do zwykłego pola otoczonego siatką. Okazało się jednak, że na polu znajdują się betonowe baseny z ciepłą i zdrowo pachnącą (czyli niezbyt ładnie) wodą. Najlepsze było jednak na wzgórzach – niesamowite formacje solne stworzone przez pełne minerałów źródlane wody, z unoszącymi się nad nimi oparami – widok jak z innej planety (choć wielu porównuje go do znajdujących się na ziemi Pamukkale w Turcji czy też Yellowstone w USA). Tak naprawdę najpiękniejsze było jednak to, że za parę groszy mogliśmy się tam bawić dość wesoło przez całą noc, jak tylko studenci potrafią (mam na myśli oczywiście również ludzi o mentalności wiecznych studentów ;)). Świat jednak nie stoi w miejscu i kilka lat temu dowiedziałam się, że te uznane już w 1992 oficjalnie za lecznicze źródła stały się źródłem zainteresowania dla biznesu, który wokół nich zbudował olbrzymi kompleks hotelowy ze spa – Saliris Resort. Wybieraliśmy się więc tam z bardzo mieszanymi uczuciami, bo wielu naszych znajomych już wcześniej narzekało, że miejsce zatraciło swój charakter.

A jednak nie było tak źle – czyżbyśmy się starzeli? Sam obiekt zdecydowanie nie zachwyca. Jego ciężka betonowa bryła przywodzi na myśl nowe stacje metra w Budapeszcie i z początku jakoś nie bardzo mi do tego wszystkiego pasowała. Potem jednak zrozumiałam, że stoi za tym idea architektonicznego pokazania jaskiń czy też grot solnych. Mnie to jednak nie przekonuje, a i wykonanie słabe – na kładce prowadzącej do kompleksu Młodszy prawie dopadł do szczeliny między betonową i stalową barierką, w której bez trudu by się zmieścił, a za którą była kilkumetrowa fosa. Pod kładką dla gości jakiś bácsi ma warsztat – takie rzeczy powinny być na zapleczu, a tu jak w komunie od frontu. Ale dalej było już lepiej. Nowoczesna przebieralnia to na pewno postęp w porównaniu do ławek, jakie były przebieralnią przed laty. Oczywiście zaczęliśmy od basenu dla dzieci – jest, i to właściwie tyle. Po chwili obaj byli już nim bardzo znudzeni, a na zainstalowanej zjeżdżalni Młodszemu dało się nawet solidnie uderzyć w tył głowy. A wystarczyłoby wrzucić kilka plastikowych zabawek, jakich pełno leży na każdym placu zabaw w Budapeszcie. W praktyce rodzice maluchów skazani są wyłącznie na siedzenie przy tym brodziku (twarde betonowe krawędzie!). My postanowiliśmy zwiedzić wszystkie dostępne baseny z chłopcami. I tu muszę jednak sprawiedliwie przyznać, że to co dla nas było problemem, dla osób bez małych dzieci będzie zaletą – architekt stworzył istny labirynt biczy wodnych, pryszniców, oczek wodnych, basenów w samej tylko części zadaszonej. Wszystkiemu patronuje Sebastian Kneipp, wielki propagator hydroterapii i twórca metody nazwanej od jego nazwiska (nie zabraliśmy do środka aparatu, poniższe zdjęcia pochodzą ze strony spa).

W końcu można się również udać do części otwartej i tam po prostu posiedzieć w ciepłej wodzie. Niestety siedzenie w bezruchu to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Obejrzeliśmy sobie więc jeszcze solne zbocze, które się rozrasta dzięki staraniom budowniczych kompleksu (dodali oni na zboczu specjalne kamienne kręgi), choć na zdjęciach robionych zapewne pod odpowiednim kątem wygląda na bardziej już uformowane. Na koniec postanowiliśmy jeszcze wybrać się do kompleksu saun – kojarzącego się wyglądem nieco z jakimś tureckim przybytkiem tego typu. Na marginesie: czy wy również chodzicie do sauny w strojach kąpielowych? Sauny, które tu na Węgrzech nazywane są fińskimi albo tureckimi czy też parowymi, powinny raczej zostać przemianowane na ruskie banie, bo faceci w poliestrowych kąpielówkach w saunie to raczej „russkij standard” niż fiński. Co do Rosjan zresztą, to ten język był bardzo powszechny w tym miejscu, choć ogólnie towarzystwo było bardzo wielonarodowe i Polaków również nie brakowało. Podsumowując: Egerszalók nadaje się świetnie na wypoczynek i relaks dla osób bez małych dzieci.

Warto wspomnieć, że w okolicach Egerszalók w wyniku poszukiwania ropy naftowej znaleziono dużo więcej źródeł termalnych, gdzie powstały i nadal powstają nowe kompleksy wypoczynkowe. My na takie natknęliśmy się mijając pobliską miejscowość Demjén. Dzisiaj poszukiwania skierowane są już głównie na wody termalne, choć udało nam się również zobaczyć działający szyb naftowy.

Podatek internetowy na Węgrzech

Podatek od wdychanego powietrza, jeszcze tylko tego trzeba – zachęcają rząd oburzeni planami wprowadzenia od przyszłego roku podatku internetowego w wysokości 150 Ft za każdy GB ruchu w sieci. To ostatnia kropla, która przeleje puchar – wieszczą dziennikarze. Na niedzielę zapowiadana jest manifestacja (uczestnicy mają spotkać się o 18.00 na József nádor tér), ale świadkami protestów możemy być już 23 października, w święto narodowe. To taka węgierska tradycja. Z trudem przypominam sobie październikowe czy marcowe święta, które byłyby obchodzone spokojnie.

1 GB to np. 3-4 video na YouTube czyli 2 zł podatku. Wszyscy zaczynają przeliczać, z przerażeniem patrząc na wyniki. Jak się jednak za parę godzin dowiadujemy, ma istnieć górna granica określająca podatek na max. kwotę „tylko” 700-1000 Ft miesięcznie dla osób prywatnych oraz ok. 5000 Ft/miesiąc dla firm, którą rząd w dodatku obciąży nie internautów a  providerów. Przy abonamencie wynoszącym np. 4000 Ft podatek oznaczałby wzrost kosztów o 17%. W wieczornym programie telewizyjnym minister gospodarki narodowej Mihaly Varga raczy chyba żartować, że dostawcy z powodu konkurencji nie będą chcieli przerzucać kosztów na odbiorców.

Dla przypomnienia: jeszcze 6 lat temu Fidesz protestował przeciwko podatkowi internetowemu, dowodząc że „opodatkowanie internetu jest jednoznacznie zbędne, nieprzemyślane i złe”. W proteście przeciwko nowemu pomysłowi rządu na fb zawiązała się społeczność százezren az internetadó ellen. Z minuty na minutę, a w zasadzie z sekundy na sekundę rośnie liczba popierających protest.

Jednocześnie internauci prześcigają się w tworzeniu memów. Ten jest chyba najpopularniejszy: Dzień dobry, odczyty routerów. Więcej memów tu.

Chrupiąca bułeczka

Na hvg.hu wielki test rogalików. Tylko czy miarodajny dla Polaków? – pomyślałam od razu. Indagowani Węgrzy twierdzą często, że świeżość pieczywa równoznaczna jest z tym, że jest ono miękkie i nie bardzo rozumieją ideę polskiej „chrupiącej bułeczki”. Często byłam w sytuacji, że o tej samej godzinie w sklepie wyprzedane były bułki z wypieku, który w Polsce uznany był za nieudany, bo zwyczajnie niedopieczony, ale gdy piekarz wypiekł ładne rumiane bułki to starsze panie marudziły, że partacz spalił wypiek. Sprzedawcy patrzyli na mnie wtedy z mieszanką zaskoczenia i wdzięczności, bo ja oczywiście wykorzystywałam sytuację i rzucałam się na nieschodzący produkt.

Ostatnie lata to przynajmniej w mojej dzielnicy (ale chyba nie tylko) prawdziwy wykwit wszelkich małych piekarni, oferujących „prawdziwe” pieczywo. Moim zdaniem niestety nie oferują one niczego, co wybijałoby się ponad marną jakość powszechnej oferty. Teoretycznie smaki pieczywa takiego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce powinny zapewnić nam wszelkie piekarnie ze słowem bajor czy svab (czyli bawarskie czy szwabskie, bo z tymi dwoma narodami niemieckimi łączą się tradycje piekarnicze, ale nie tylko). I od strony wizualnej nie ma się tu do czego przyczepić: piękny, ciemny chleb w dużym wyborze, z grubo mielonej mąki. Niestety smak zdradza, że te piekarnie nie mają czasu na długie wypieki i podpierają się polepszaczami.  Ich wypiekom brakuje po prostu tej słodyczy, którą daje odpowiednio wypieczonemu pieczywu naturalnie skarmelizowany cukier. Tej słodyczy, która powoduje, że skórka tego chleba to wyrób niemal cukierniczy. Cały czas jednak wierzę, że kiedyś trafię na taki chleb, który mnie zadziwi i chętnie Wam go polecę. A może Wy już go znaleźliście w Budapeszcie?