Niezły Sajgon

Węgrzy to straszni kulinarni konserwatyści, co do zasady nieposzukujący odmiennych doznań kulinarnych. Dlatego dziwi, że zbiorowe żywienie w dużym stopniu opanowali Turcy i Chińczycy, ale jak się temu dobrze przyjrzeć to ich dania stanowią pewien kompromis z lokalną kuchnią (ostra pasta paprykowa, panierowane różności smażone na głębokim tłuszczu), a wszystko to zaakceptowane głównie za sprawą niskiej ceny.

Węgrzy, którzy zwykli jadać w czasie pracy lunch (w przeciwieństwie do polskiej kanapki) zasadniczo dają więc zarobić cudzoziemskim fastfoodom, ale już na restauracje etniczne z prawdziwego zdarzenia popyt jest niewielki. Pewien mój znajomy wyśmiał kiedyś w rozmowie gruziński lokal na Andrassy, który dostosowując się do węgierskich realiów postanowił ten znany ze wspaniałych biesiad naród reprezentować szybkimi daniami. Etniczna mizeria jest wprost nie do wytrzymania: reprezentujący Bliski Wschód kebab zwany tu z grecka gyrosem, nie pozwoli zaistnieć takim kulinarnym wydarzeniom jak pilaw, a kilka żelaznych dań „chińskich” nie pozwoli Węgrom nawet na zasmakowanie choćby chińskich pierożków – ryż, makaron albo pieczone ziemniaki (to ten węgierski akcent), oto cała różnorodność. Te tanie lokale wyrobiły w Węgrach przekonanie, że już na temat obcych kultur kulinarnych wiedzą wystarczająco wiele, na tyle by się nimi nie ekscytować i ci, którzy próbowali tworzyć lokale z większymi aspiracjami najczęściej w końcu musieli pogodzić się z porażką. Inna sprawa, że nie potrafili się często wznieść powyżej poziomu ulicznej budki, uważając, że o ekskluzywności ich oferty ma świadczyć cena i wystrój godny sajgońskiego burdelu lub podobnej proweniencji lokalu nad Bosforem.

Ale od jakiegoś czasu pojawiło się coś nowego. Trend na biało-czarne, globalne knajpki z obowiązkową czarną tablicą wymalowaną kredą, dał szanse na przemycenie egzotycznych smaków jako czegoś modnego. Właściciele tych lokali postanowili pożegnać się z dominującymi nad wszystkim czerwonymi lampionami i smokami (jak widać tu szczęścia ten kolor już nie przynosi) i w nowej formie sprzedać nową jakość. Najpierw do ataku ruszyli Tajowie, którzy postanowili, że trzeba skończyć z kompromisami: trawa cytrynowa, kolendra, mleko kokosowe – gotują tak jak u siebie, nie godząc się na kompromis z lokalnym zaopatrzeniem. Hamburger, to już nie plastik albo buła z bułą panierowana w bule, ale kawał dobrego mięsa warty swojej ceny. Okazało się, że może być nieco drożej, jeśli będzie znacznie lepiej.

Fusion okazał się receptą na etniczny sukces. I nie chodzi tu wcale o fuzje smaków, co fuzje konkretnej w swej treści kuchni azjatyckiej z wystrojem rodem ze Skandynawii. Amerykańskie burgery, podajemy tak jakbyś miał je zjeść w Berlinie lub Londynie, a potrawy indyjskie czy włoskie, serwuj jak dla klientów z Nowego Jorku. Masz danie arabskie? Sprzedaj je w swojej „izraelskiej” knajpie.

Czy to jest wyraz uprzedzeń? Do pewnego stopnia niestety tak, ale z drugiej strony właściciele etnicznych lokali dość długo ignorowali kwestie kuchennej czystości i przejrzystości, uważając to za fanaberie rodem z McDonald’s na które oni jako będący na dorobku nie mogą sobie pozwolić. Innym razem dobijało mnie opaczne rozumienie zasad higieny – kiedy właściciel co kilka minut spryskiwał szklaną witrynę płynem do szyb, nie bacząc na to, że jego część trafia do potraw, będąc przekonany że tym samym wychodzi przed klientami na niebywałego czyścioszka, który nigdy swych klientów niczym nie zatruje. No, ale nie marudź kliencie, jest tanio wiec nie może być czysto.

Ostatnio w mojej dzielnicy francusko-wietnamskie rodzeństwo otwarło Oriental Soup House. Wdawałoby się, że trudno o mniej oryginalny pomysł. A przecież musieli stworzyć dochodową alternatywę dla ekskluzywnej, belgijskiej restauracji z daniami morza (setki kilometrów od morskiego wybrzeża, sic!), która mieściła się tu uprzednio i w której dwóch znudzonych kelnerów zupełnie nie niepokojonych przez klientów zwykło melancholijnie wpatrywać się w przechodniów poprzez akwarium z homarem.

Wydawało się, że ich pomysł nie odbiega od kulinarnych katastrof, z jakimi kojarzyła się XIII dzielnica. Były tu i greckie tawerny, portugalskie bodegi i rodzinne żydowskie lokaliki, które co ciekawe łączył zawsze obrus w kratkę, choć nie zawsze tego samego koloru, bo Grecy oczywiście mieli niebieską. I te ceny, zupełnie nieadekwatne do jakości oferowanych dań. Ot, typowy lokal, w którym dobrze czuł się jedynie jego właściciel.

A jednak Oriental Soup House odniósł sukces, którego receptę można ująć w kilku punktach:
1. Designerski wystrój, przyjemne wnętrze, lampy, beton, drewno – to wszystko daje poczucie czystości i bezpieczeństwa, którego utraty boi się klient mający przed sobą kulinarną podróż np. do Azji.

2. Widoczna dla gości kuchnia. Nikt z niczym się nie kryje (a przynajmniej masz takie wrażenie :)
3. Gustownie podane potrawy. Fakt, że właściciele to rodzeństwo o francusko-wietnamskich korzeniach pozwala im podejść do klasycznego wietnamskiego menu z innej perspektywy, niczym Luke Nguyen.
4. Miła obsługa zdecydowanie lepiej rekompensuje czas oczekiwania na danie, niż gdyby miało być ono zaserwowane szybko, ale niczym w PRL-owskim barze mlecznym.

5. W końcu samo jedzenie, na temat którego muszę napisac kilka słów więcej. Niezależnie od pory roku zaskakują zielone, świeże zioła, których często brakuje w kuchni węgierskiej, nawet jeśli będziemy ją porównywać choćby tylko do kuchni polskiej. Dominuje kolendra, ale jest też azjatycka bazylia, perilla, czuć trawę cytrynową, limonka, pocięte w podłużne plastry ogórki – zielony świeży monsun. Do tego „gorące” dodatki – czosnek, imbir, chilli. Resztę palety dopełniają podane w oddzielnych miseczkach kiełki, sos sojowy, sos rybny. I wreszcie zupa pho – skromny rosół stanowiący główne danie, bo nawet jeżeli pojawiają się sajgonki i pyszne krewetkowe dim sum, to właśnie pho jest tutaj jak płótno, na którym powstaje obraz kuchni Indochin, która w przeciwieństwie do kuchni chińskiej zdaje się nie narzucać jedynie słusznej wizji kucharza, pozwalając gościom improwizować w ramach pewnego określonego standardu.

Pewnie polskiego odbiorcy, który zdążył się do kuchni wietnamskiej przyzwyczaić powyższy opis specjalnie nie poruszy, ale w węgierskiej rzeczywistości kulinarnej to jak nowe odkrycie geograficzne. Więc naprzód, zdobywcy! Uważajcie tylko, by nie odejść z kwitkiem, bo szczególnie w weekendy lokal przeżywa oblężenie. Uwaga również na porcje, tu małe znaczy duże i małą porcją można się naprawdę najeść. Pewnym mankamentem, który dostrzegłam jest pomysł „pięterka”, gdzie może jest i spokojniej, ale za to klimat rodem z delty Mekongu.

P1470173

Na zakończenie taka refleksja. Mnogość wszelkiego rodzaju kulinarnych programów, nawet w irytująco piekielnych wersjach, pozwoliła poznać szerokiej publiczności świat od kuchni. Dosłownie. Jeśli więc pomyślicie o polskiej restauracji, to dajcie zarobić ludziom z wykształceniem plastycznym czy architektonicznym. Nie wieszajcie kolejnego kiczowatego plakatu, tak aby zasłaniał tajne wejście do waszej „magicznej” kuchni. Myślę, że czas na import naszych przekąsek i zakąsek, które tak świetnie sprawdziły się w Polsce, bo jest ku temu klimat. Trzeba to jednak robić w odpowiednim stylu, tak aby nasze cepeliowskie ciupagi nie spłoszyły klientów.

Oriental Soup House: narożnik Balzac u. i Hollan Erno u., czynne pon-czw 11.30-22.00, pt 12.00-24.00, sob 12.00-24.00, ndz 12.00-22.00

Węgierskie marki

Kiedy Węgrzy mówią, że coś jest menő znaczy to: trendy, stylowe, modne. Przeglądam właśnie węgierskiego Forbesa, który w październiku opublikował kolejną listę naj. Tym razem w rankingu znalazły się węgierskie marki uznawane za najbardziej trendy (A legmenőbb magyar márkák).

Jakie były kryteria wyboru? Przede wszystkim brano pod uwagę rozpoznawalność marki, następnie rozpatrywano ją pod kątem trzech czynników: 1) oryginalności, tzn. na ile wniosła coś nowego w swoim sektorze, czy też była zwyczajnie kopią czegoś co już wcześniej istniało, podaną w nowym opakowaniu – o ile możliwe odnoszono się bezpośrednio do samego produktu albo przynajmniej do sposobu komunikowania o produkcie 2) dostępność, tzn. czy produkt ewoluował przekraczając granicę wąskiej grupy odbiorców, np. jeśli przeniknął z subkultury do szerokiego grona klientów albo jeśli pozostając w ramach tej samej warstwy odbiorców udało mu się wyjść poza granice kraju 3) bycie trendy – na ile wpływają na kształtowanie się gustu, zwyczajów konsumentów; w końcu za trendy uznaje się te produkty, które są tak postrzegane przez jak największą liczbę ludzi.

Przygotowując ranking oparto się na szerokich badaniach, prowadzonych m.in. w mediach społecznościowych, sięgnięto po opinię wielu ekspertów od brandu i marketingu. W skład jury wchodzili dyrektor ds. produktu w Vodafonie, szef Design Terminal, jeden z właścicieli 4Bro, szef marketingu w IBS oraz redaktor naczelny magazynu o marketingu kreatywnym i komunikacji. Po ogłoszeniu listy, wielu czytelników kwestionowało „węgierskość” niektórych produktów. Członkowie jury tłumaczyli jednak, że pod uwagę wzięto te pomysły, które narodziły się jako marki węgierskie i w powszechnej świadomości za takie nadal są uważane. To czy zmieniły one później właściciela było mniej istotne.

Poniżej lista 15 najbardziej trendy marek (kilka z nich miałam okazję przybliżyć Wam na blogu już wcześniej).

  1. Festiwal Sziget
  2. Prezi (programy do tworzenia prezentacji, uznawani za pionierów węgierskich startup-ów na arenie międzynarodowej)
  3. BP Clothing/BDPS (marka ubrań oparta na lokalnym patriotyzmie)
  4. Ustream (firma z branży IT, strumień video)
  5. Cserpes Sajtműhely (sery i in. produkty mleczne, sieć modnych barów)
  6. Wizz Air (linia lotnicza, przy okazji: niedawno na indexie ukazał się obszerny wywiad z prezesem Varadim, w którym wyjaśnia m.in. jak to jest z tą węgierskością WizzAir, dla zainteresowanych link)
  7. Művészetek Palotája (Pałac Sztuk)
  8. Budapesti Fesztiválzenekar (Budapeszteńska Orkiestra Festiwalowa)
  9. Nanushka (moda, ich ubrania nosiły m.in. Charlize Theron, Angelina Jolie i Taylor Swift)
  10. Bortársaság (sieć sklepów winiarskich)
  11. Pöttyös (batonik Túró Rudi)
  12. Tipton (oprawki okularów z płyt winylowych)
  13. DiVino (stylowe winiarnie)
  14. Bubi (system rowerów miejskich)
  15. Csepel Royal (rowery)

Marki, które były bardzo blisko, ale ostatecznie nie trafiły na listę, gdyż nie spełniły jednego z trzech branych pod uwagę warunków: Zwack (likiery), Tisza (buty), Use Unused (moda), Biotech USA (witaminy, suplementy, odżywki), ChocoMe (czekolady), Dorko (odzież), Daalarna (suknie ślubne).

Swap party – sezon 2015/16

Kupowanie pod wpływem impulsu nie jest mi obce więc parę rzeczy na wymianę powinno się znaleźć w mojej szafie :) Kto chętny na Budapest Swap Party? Zobaczcie co szykuje Polonia Nova:

Czy wiecie co to Swap party? Inaczej Ciuch Change albo Zamieniada? Wyjmujemy z szaf ciuchy na zimę i myślimy: „O, to jeszcze dobre”, „To ujdzie”, „Tego to właściwie nigdy nie nosiłam”…Rzeczy kupione w chwili szaleństwa, chybiony prezent od przyjaciółki, w sklepie się podobało,-a jednak to nie to.

Jeśli macie takie ciuchy lub akcesoria, a mimo wszystko żal wyrzucić bo nowe/prawie nowe/ fajne ale już niepotrzebne / i tak nigdy nie założę – to przygotujcie je na WIELKĄ WYMIANĘ CIUCHÓW czyli SWAP PARTY. Kiedy? – 24 października od godziny 14.00 Gdzie? – Stowarzyszenie Polonia Nova, Budapest VI., Jókai ter 1.kod do bramy 2.

Instrukcja WIELKIEJ WYMIANY:

1. Potwierdź swój udział (novapolonia@gmail.com)
2. Przejrzyj swoją szafę. Zdecyduj, czego chciałabyś się pozbyć. Przygotuj parę sztuk niepotrzebnych już ubrań (min. 3, maks.20). Dokładnie sprawdź stan poszczególnych rzeczy! To jest ZAMIENIADA, ma inny cel niż zbiórka na cele dobroczynne.
3. Możesz dołożyć dodatki: torebkę, biżuterię, szaliki itp. Buty tylko NIEUŻYWANE.
4. Przynieś to, co przeznaczasz na wymianę do Stowarzyszenia Polonia Nova w dniach od 14 do 16 października (dodatkowy termin 22 października) w godzinach od 14.00 do 18.30.

Na koniec Zamieniady zapraszamy na: improwizowany POKAZ MODY pod kierunkiem fachowej STYLISTKI.

Jeśli macie jakiekolwiek pytania, nie wiecie jak wygląda taka impreza,nie jesteście pewne co przygotować – piszcie do nas: novapolonia@gmail.com

Bez śmieci czyli noPack

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się złapać za głowę i ze zdumieniem, a może nawet przerażeniem spojrzeć na ilość śmieci nagromadzonych przez domowników w ciągu dnia? Czy Wy też macie wrażenie, że z roku na rok produkujemy ich więcej i więcej, i więcej? Jak ktoś to pięknie wyliczył, rocznie statystyczny Węgier wyrzuca do kosza ok. 100 kg opakowań i generuje ok. 200 kg odpadów spożywczych.

Po tym jak kilka miesięcy temu prasa rozpisywała się o pierwszym niemieckim sklepie sprzedającym żywność bez opakowań, podobne zakupy możliwe są teraz również na Węgrzech. W zeszłym tygodniu przy głównej ulicy podbudapeszteńskiego Budaörs otwarto sklep noPack, gdzie oprócz warzyw i owoców bez opakowań dostaniemy m.in. przyprawy, nasiona, suszone i kandyzowane owoce, makarony, zdrowe pieczywo, kawy i herbaty, miody, domowe dżemy oraz kosmetyki naturalne. W razie potrzeby można tam też nabyć ekologiczne pojemniki wielokrotnego użytku.

Niektórzy pewnie lekceważąco skwitują wydarzenie stwierdzeniem, że przecież na co dzień warzywa i owoce kupuje się bez opakowań na targowisku i jakoś nikt nie robi z tego medialnego hitu, znalazłoby się jeszcze pewnie kilka innych wątpliwości. Ja jednak jestem zdania, że tego typu inicjatywy warto nagłaśniać, choćby dla samego zasygnalizowania pewnego trendu, który jeśli praktykowany przez coraz większą liczbę osób i w przyszłości obejmujący coraz więcej produktów, mógłby skłaniać do świadomych zakupów wpisując się na stałe w codzienne nawyki konsumentów, tym samym przyczyniając się do poprawy kondycji naszej planety.

Pomysłodawca węgierskiego noPack mówi, że myśli o stworzeniu sieci franczyzowej; w ciągu kilku dni zgłosiło się do niego około 50 osób zainteresowanych współpracą, w tym wpłynęło kilka zapytań z krajów sąsiadujących z Węgrami. Oprócz funkcji typowo handlowej, miejsce stało się przestrzenią spotkań lokalnej społeczności, wyposażoną prosto, ale funkcjonalnie. Miejsce jest póki co niewielkie i z pewnością dużo tu na razie marketingowego samozachwytu, ale sam fakt, że udało się właścicielom dogadać z władzami sanitarnymi dobrze wróży na przyszłość i pokazuje, że autorzy pomysłu tworzą go z głową.

Inna sprawa, że tak naprawdę wszystko zależy od nas samych, o czym przekonałam się na własnym przykładzie. Ciężko mi było na początku zaprzyjaźnić się ze szmacianą siatką, której nigdy nie było przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. To jednak tylko kwestia treningu. I zakupy, które teraz robię są bardziej zaplanowane. Pomysłodawcy bezopakowaniowej formuły zwracają właśnie na to uwagę – kupno we własnych opakowaniach wymaga wcześniejszego planowania i w efekcie kupujący nabywa bardziej świadomie tylko to czego potrzebuje. Z pewnością nie jest to idealna formuła biznesowa więc pozostaje mieć nadzieję, że uda się tak oszczędzić na opakowaniach, że koszty jej nie zabiją, bo w końcu zawsze przesądza cena.

I bike Budapest

I bike Budapest

Wygląda na to, że wróci Masa Krytyczna, choć pod zmienioną nazwą. Niestety bardzo trudną do zapisania :) Organizator postanowił posłużyć się hasłem znanym już z koszulek rozprowadzanych wcześniej na Masie, czyli I bike (piktogram roweru) BP – w wolnym tłumaczeniu: Roweruję Budapeszt. Dotychczasowy organizator Critical Mass mający prawo do używania tej nazwy w kontekście organizowanego wydarzenia, pomimo że nadal działa na rzecz rowerzystów, konsekwentnie odmawia ponownego zorganizowania imprezy na jakiej zwykli spotykać się do 2013 roku rowerowi zapaleńcy i wszyscy którzy po prostu lubią jeździć na rowerach, obejmując miasto w posiadanie dwukrotnie w ciągu roku.

Potrzeba zorganizowania takiej imprezy okazała się jednak tak wielka, że pod zmienioną nazwą odbędzie się ona najprawdopodobniej 25 kwietnia. Organizatorem będzie Magyar Kerékpárosklub – w tym kontekście pojawiły się głosy, że „Masa Krytyczna nie będzie już tak krytyczna”. Trasa 19 kilometrów: Bakáts tér – Pesti rakpart do Hélia szálló – Dózsa György út – Hősök tere – Andrássy út – Oktogon – Nagykörút – Rákóczi út – Erzsébet híd – Alagút – Lánchíd – Pesti rakpart – Margit híd – Margitsziget (więcej szczegółów na I bike BP).

Nieważne więc jaka nazwa, mam nadzieję, że spotkamy się w ten piękny, słoneczny dzień (tak po prostu musi być) aby trochę sobie pojeździć razem po mieście.

Bringa, bicikli, kerékpár

Głównej imprezie turystycznej towarzyszyły targi rowerowe Bringaexpo, gdzie wystawiają się wszyscy obecni na Węgrzech liczący się producenci. Prym wiedzie oczywiście rodzimy Csepel, o którym już wspominałam tutaj, ale i polski Kross, który od jakiegoś czasu stał się mocno widoczny na węgierskim rynku, nie musiał się wstydzić swojej ekspozycji. Rozwija się też idea węgierskiego roweru o napędzie strunowym. Zaprezentowany został m.in. model wyścigowy z ramą węglową.

Mnie szczególnie zainteresowała bardzo bogata oferta map dla rowerzystów dobrze znanego w Polsce wydawnictwa Cartographia.

Na stoisku austriackim moją uwagę zwróciła drezyna prezentowana jako fajny pomysł na ocalenie starych torów. W Polsce takich zapomnianych, zarastających torów nie brakuje, a jak widać tkwi w nich duży potencjał turystyczny.

Biżuteria przyszłości

Czy wynalazek Węgrów stanie się przebojem w najbliższej przyszłości i podbije świat mody?

Inteligentna biżuteria. Na taki pomysł wpadli węgierscy wynalazcy projektując bransoletkę, której wygląd można dowolnie zmieniać, kiedy tylko ma się na to ochotę, ściągając obraz z telefonu dzięki prostej aplikacji. Wystarczy po prostu przyłożyć do niej telefon.

Bransoletka nie wymaga klasycznego ładowania (pobór mocy potrzebnej tylko do zmiany obrazka jest tak niewielki, że urządzenie ładuje się indukcyjnie od telefonu kiedy użytkownik uruchamia ww. aplikację). Biżuteria prezentuje się elegancko, jej wyglądu nie psują żadne przyciski ani kabelki.

Na razie wzory oferowane są w wąskiej gamie kolorów – w bieli, szarościach i czerni (ale przecież czarny jest zawsze w modzie), co wynika z chęci oszczędzania energii (jest to wyświetlacz na wzór tych znanych nam z e-booków – powierzchnię bransoletki pokrywa e-ink), ale projektanci już pracują nad możliwością rozszerzenia oferty wyboru kolorów. W przyszłości mają pojawić się również naszyjniki i pierścionki oparte o tę technologię, a także możliwość projektowania własnych motywów przez użytkowników.

Pomysłodawcy z grupy Liber8 prowadzą obecnie rozmowy z domami mody, projektantami i grafikami. Ich technologią Tago Arc zainteresowani są np. Japończycy i Koreańczycy.

Węgrzy nie chcą jednak by Tago Arc pozostał wyłącznie modowym gadżetem. Jego potencjał można wykorzystać na różne sposoby – nawet do ratowania życia, zapisując na bransoletce grupę krwi, informacje o alergiach, itp.

Największy deptak miasta cz.II

Z kolei cala Andrássy została opanowana przez imprezy, pokazy związane z zamknięciem Europejskiego Tygodnia Mobilności. Zasadniczo to bezpośrednim pretekstem był Dzień Bez Samochodu. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że mobilność potrzebuje samochodów, a więc te dwie sprawy się wykluczają, ale wiele z przedstawiających się organizacji starało się udowodnić, że istnieją alternatywy dla samochodów, które dają miastu czyste powietrze i więcej przestrzeni. Na mnie osobiście zrobiła wrażenie prezentacja zdjęć ulicy w Amsterdamie z lat 50 XX wieku i tych współczesnych. Oczywiście ta z lat 50 była bardziej zatłoczona niż dzisiejsze ulice Budapesztu w szczycie, ale dziś nie ma po tym już śladu. Na tej bazie urbaniści zaprezentowali fotomontaże, w których po Ferenciek tere poruszają się tramwaje i rowery – piękna utopia, bo przecież dopiero co zakończono jej remont w zupełnie innym stylu.

Z kolei BKV zaprezentowało swoje nowe autobusy (polskim akcentem był Solaris Urbino 10), a FKF nowe śmieciarki napędzane gazem, przeznaczone do selektywnej zbiórki papieru. Tu, co prawda nastąpiła dość zabawna sytuacja, bo gdy spytałam się czy w Budapeszcie śmieci są składowane na wysypiskach czy też istnieje spalarnia, to pan śmieciarz stwierdził, że w spalarni to spala się tylko śmieci komunalne a te z jego śmieciarki (czyli pochodzący z selekcji papier) lądują na wysypisku. Mam nadzieję jednak, że to tylko kwestia nieporozumienia i chodziło mu o zakład przetwarzający papier :)

Wszystkie te organizacje czy też spółki użyteczności publicznej starały się głównie dotrzeć do najmłodszych (i bardzo dobrze, bo dzieci zarażają potem dobrymi zwyczajami rodziców), ale pomyślano też o osobach starszych: i tak mogli od osób w swoim wieku dowiedzieć się więcej o segregacji śmieci czy o konieczności i sposobach konserwacji urządzeń grzewczych. Pomysł, aby o takich rzeczach opowiadały wolontariuszki 70+ wydał mi się bardzo ciekawy, bo zazwyczaj wolontariuszami na takich imprezach jest młodzież w wieku szkolnym i to może stanowić poważną barierę komunikacyjną.

Na imprezie mocno promował się system rowerów miejskich MOL Bubi i ponoć odnotował rekord wypożyczeń. Czy tak było naprawdę? Nie wiem, ale mogę potwierdzić, że w ostatni weekend te zielone rowery były w mieście widoczne jak nigdy dotąd.

Bardzo interesująco wypadł połączony festiwal Street Food z Főzdefeszt. Pyszne piwo z małych browarów i pyszne jedzenie z samochodów. Jednym minusem były ogromne kolejki, w jakich miłośnicy street foodu musieli się ustawiać, co jednak świadczy o jakości oferowanego jedzenia – po prostu nie można się było oprzeć tym zapachom i widokom. Królowały hamburgery w najróżniejszych wydaniach (wspaniałe chrupiące wieże, pełne kolorowej treści, nie mające nic wspólnego z sieciówkami), ale nie zabrakło i propozycji egzotycznych oraz swojsko węgierskich w kotłach wielkich niczym z piekła rodem. Oko również przyciągały same samochody, z których serwowano jedzenie – był i retro VW Bulli, ale i nowoczesne ciężarówki. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystkie te pyszności będzie coraz częściej można spotkać na ulicach BP, a ja będę miała czas by ruszyć ich tropem i co nieco o nich Wam opowiedzieć.

Równie wspaniała była oferta rzemieślniczych browarów, prezentująca piwa świeże, pełne chmielowego aromatu i uczciwie uwarzone, co szczególnie odcina się na tle węgierskiej codzienności. Osobiście mogę polecić piwo browaru Kapucinus. Oprócz dobrego smaku, kusi niebanalna szata graficzna etykiet i można je kupić również z beczki, jeśli poszukamy wśród dobrych miejscówek – to przykład dobrego produktu, który wychodzi już poza ramy „domowej” produkcji. Pomiędzy browarami znalazło się też paru producentów cydru oraz producenci piwa z zagranicy (Anglii, Belgii czy oczywiście Czech).

Pikkpack – zrób sobie buty

O Pikkpackach miało być już jakiś czas temu, ale temat gdzieś mi się zawieruszył więc nadrabiam teraz. Buty zaprojektowała młoda węgierska projektantka Sára Gulyás, absolwentka Moholy-Nagy Művészeti Egyetem w Budapeszcie. Dwa miesiące temu zachwycały się nią węgierskie media, kiedy jej projekt znalazł się na kickstarterze. Na razie wszystko ucichło więc nie wiem czy Sara zrobi karierę w świecie mody (oprócz butów projektuje jeszcze np. torebki), ale z tego co przeczytałam na stronie projekt uzyskał wystarczające środki na start.

Pikpakk w potocznym węgierskim oznacza szybkie załatwienie czegoś, po angielsku z kolei pack to pakować. Tak więc w obu językach nazwa butów kojarzy się z ich specyfiką. Kupujący nie otrzymuje gotowego produktu, bo pikkpacki można sobie zrobić samemu w tempie ekspresowym, po zamówieniu otrzymuje się paczkę z materiałem – jest to kawałek skórzanego wykroju, podeszwa, taśma-sznurówka do połączenia obu części. Idea przypomina ikeowskie do it yourself. Buty są unisex, na razie dostępne tylko w kolorze czarnym i brązowym, a jedynym kolorowym elementem jest wyraźnie odznaczające się od całości wiązanie (na zdjęciach znalezionych w internecie widziałam już pikkpacki w innych kolorach i o trochę zmienionym kroju). Do kompletu można sobie dobrać skórzane etui na telefon. Wg. mnie fajny projekt, prosty, klasyczny. Ciekawe tylko czy te buty są wygodne? Link do strony.

Ozora Festival – magia i inne wynalazki

Kontynuujemy serię festiwalową. Z większych imprez został jeszcze w lipcu Ozora Festival, który odbędzie się między 29 lipca a 3 sierpnia 2014. W skrócie można opisać go tak: goa i psychedelic trance, neohipisi z całej Europy, szamańska wioska, chill-out, magiczna muzyka, mistyczne doznania. Niestety zdarza się, że niektórzy uczestnicy wszystko mocno przyprawiają dragami. Uwaga: artykuł nie jest ich reklamą. Nie jest to też jednak żadną tajemnicą, że na Ozora sporo osób ich używa.

Wioska Ozora położona w komitacie Tolna po raz pierwszy stała się miejscem imprezy, kiedy w położonej nieopodal Dádpuszta zorganizowano Solipse w czasie zaćmienia słońca 11 sierpnia 1999 roku. Festiwal O.Z.O.R.A. organizowany jest tutaj w tej formie od 2005 roku. Już napis nad wejściem witający przybyłych zapowiada, że będzie niezwyczajnie: Welcome to Paradise. Dalej czeka Cię przybyszu cyrk i kalejdoskop freaków, smocze gniazdo, piramida, matka ziemia, kosmos, Wschód i wszystko co jest esencją kultury psychodelicznej. Obejrzysz tu teatr tańca, doświadczysz medytacji i nauk joginów, brodząc ni to we śnie, ni na jawie przy dźwiękach transowej muzyki, witaj w świecie Kerouaca.

Niestety dostępność narkotyków przyciąga wielu amatorów niekoniecznie muzyki, ale psychodelicznej jazdy ze wspomaganiem. W 2012 roku za narkotyki aresztowano na Ozora ok. 40 osób, w tym kilku dilerów. O ile w zeszłym roku uczestników sprawdzano przed wejściem na teren festiwalu, to już w środku nikt tego raczej nie kontrolował. Nikogo tu nie dziwi widok przechadzających się z tabliczkami typu kupię-sprzedam: tu następuje wyliczanka, w której nie brak meskaliny, LSD, amfy, meta i innych wynalazków. Wielu uczestników przyjeżdża z psami i niestety czasem zdarza im się o nich zapominać, zwierzaki błąkają się później głodne i spragnione. Były nawet przypadki pozostawionych bez opieki dzieci. Wiadomo, używki obecne są też na innych festiwalach, ale jak tłumaczą niektórzy fani prezentowanej tu muzyki, jest ona  niejako tradycyjnie z nimi związana. Mam nadzieję, że nie jest to do końca prawda, bo oprawa festiwalu jest niesamowita i szkoda by było móc stracić okazję do odreagowania i podróży na wschód. http://ozorafestival.eu/

Dojazd z Budapesztu autostradami M7 kierunek na Balaton, wzdłuż południowego brzegu Balatonu lub M6 na Dunaújváros/Szekszárd.  Do balatońskiej stolicy Siófok jest stąd raptem kilka kilometrów.