Przygody Papierka czyli: Nie karmić posłów!

Oto historia Papierka. Papierek po czekoladzie Tibi (o historii tej legendarnej marki wspominałam we wpisie o firmie Stuhmer) okazał się być papierem prawdziwie wartościowym.

Początkowo wydawało się, że jak wszyscy jego bracia skończy jako śmieć i jedyne papiery wartościowe jakie spotka na swojej drodze życia to obligacje rządu greckiego. Nie dane mu jednak było trafić w ręce pracowników FKF dzielnie zbierających zawartość niebieskich kubłów po całym Budapeszcie. Niczym obywatel Piszczyk został wmieszany w politykę. Niesiony na rękach protestującego tłumu pracowników przemysłu tytoniowego trafił do Parlamentu i to do pierwszej ławy, niosąc przesłanie klasy pracującej. Na opakowaniu przyklejono bowiem zdjęcie dzieci proszących aniołka (bo to aniołek albo Jezusek, a nie Mikołaj czy Gwiazdor przynosi na Węgrzech prezenty na Gwiazdkę) o pomoc w ocaleniu miejsc pracy ich rodziców.

Papierek wiedział, że słodka czekolada, którą miał pod opieką będzie wspaniałą nagrodą dla tych polityków, którzy pomogą zatrzymać złe prawo. Był przekonany, że każdy kto na niego spojrzy, każdy kto spróbuje jego zawartości, każdy kto przeczyta przesłanie, zdobędzie się choćby na chwilę refleksji. Papierek leżał sobie tak na czerwonym pulpicie, w pięknej sali Orszaghazu, otulając całym sobą czekoladę. Był pewien, że mu się uda. O jak mało wiedział o twardym świecie polityki. Kiedy jej twórcy rzucili się w wir głosowań poziom cukru w ich krwi spadł do tego stopnia, że ich wódz rzucił się na bezbronną czekoladkę niczym wilk na jagnię, bez namysłu rozdzierając opakowanie zębami. Obok na swoją porcję czekał inny członek rządzącego stada.

Papierek był przerażony!. -A gdyby ktoś mnie zatruł? Z pewnością ktoś by wtedy wyciągnął jakieś brudy dotyczące mojego pochodzenia. Na pewno uznaliby mnie za ukraińskiego szpiega albo posądzili o kontakty z komunistycznymi związkami zawodowymi na usługach amerykańskich imperialistów. Przerażało go również to, że skuszony jego słodką zawartością polityk łamie prawo! Przecież marszałek zakazał spożywania jedzenia i napojów w tej pięknej sali.

Czekoladka została zjedzona, papierek porzucony, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Pokrzepiony czekoladą premier razem ze swym towarzyszem, nie zwrócili żadnej uwagi na wiadomość niesioną przez Papierka. Zrozumiał, że zawiódł. Po chwili nowe prawo zostało przegłosowane.

Jakiś czas później, sala opustoszała a Papierek leżał dalej na pulpicie. Pozbawiony swej słodyczy, rozdarty jak koszula Rejtana z obrazu polskiego malarza Matejki, zrozumiał, że przecenił swoje znaczenie. Razem z białymi kołnierzykami formatu A4 czekał aż zostaną sprzątnięci.  

Wtem do biurka zakradł się ktoś, kto jak się okazało miał się stać ojcem sukcesu Papierka. Poseł z opozycyjnej partii LMP cały czas wierzył w niego! Okazało się, że Papierek nie był sam, a jego prawdziwym powołaniem było zostanie gwiazdą ekranu. Wszystko zostało nagrane i trafiło do głównych wiadomości RTL i do sieci. To jednak nie był koniec historii tego sympatycznego Papierka. Z dnia na dzień dzięki swojemu nowemu managerowi jego medialne znaczenie zaczęło rosnąć, a dzięki udziałowi w a(u)kcji zorganizowanej na węgierskim portalu aukcyjnym jego wartość zaczęła dorównywać legendarnym złotym papierkom z historii o Willim Wonce, którzy przecież byli jego idolami (według biorących udział w aukcji był wart nawet 100 tys. Ft!). I tylko nie opuszczała go jedna myśl – w tamtej historii niegrzeczne dzieci zostały wymoczone w czekoladzie albo solidnie wyprasowane, a tu jakoś trudno o dobry morał całej historii…

Powyższa historia rozegrała się niestety w jak najbardziej realnym świecie  i wiąże się z ostatnimi głosowaniami w węgierskim Parlamencie 15 i 16 grudnia.

Te dwa dni przejdą do historii, bo Parlament nie bacząc na społeczne protesty przegłosował cały pakiet ustaw, które znacznie zmienią (utrudnią?) życie wielu Węgrów. Do ostatniego momentu wielu ludzi uważało, że posłowie Fideszu opamiętają się, że podejmą jakąś dyskusję o wzbudzających kontrowersje pomysłach, ale ostatecznie postanowili zdać się na prostą arytmetykę parlamentarną, która pozwala im nie liczyć się z nikim.

Wśród przegłosowanych w tych dniach pomysłów znalazł się m.in. ten o zakazie handlu w niedzielę dla sklepów o powierzchni powyżej 200 m² (wchodzi w życie od 15 marca 2015). Świat nie lubi próżni i sieci handlowe zapowiadają już ofensywę na rynku zakupów online. To może dodatkowo odbić się negatywnie na małych sklepikach bo jeśli użytkownik już raz zacznie kupować w takim sklepie to raczej sklepikarz go już nie zobaczy. Na zakupy internetowe stawia np. Tesco, a Spar i Auchan na rozwój sieci franczyzowej więc staną do bezpośredniej konkurencji z CBA. Ustawa nie dotyczy małych sklepików rodzinnych, państwowych trafik, stacji benzynowych, targowisk, aptek, sklepów w szpitalach, na lotnisku, dworcach kolejowych i autobusowych, hotelach i obiektach turystycznych. Duże sklepy będą otwarte wyjątkowo w niedziele w okresie przed świętami Bożego Narodzenia.

Protesty pracowników branży tytoniowej spowodowała z kolei ustawa, która nakłada specjalny podatek na firmy tytoniowe. Nie byłoby w tym nic zdrożnego gdyby nie to, że podatek obejmie tylko dwie z trzech firm. Trzecia jest nie tylko mniejsza, co pozwoli jej na uniknięcie podatku, ale przede wszystkim należy do węgierskich biznesmenów zaprzyjaźnionych z wpływowymi politykami.

Jednocześnie rząd zapowiada, że tego typu głosowania to nie jakiś specjalny prezent świąteczno-noworoczny, ale początek serii głosowań jakie będą trwały przez całą wiosnę. Obecna praktyka legislacyjna na Węgrzech zakłada, że pomysł zgłoszony przez osoby związane z Fideszem może zamienić się w ustawę w ciągu zaledwie kilku dni. Pewność ustawodawców co do takich metod podtrzymuje fakt, że członkowie trybunału konstytucyjnego zostali wymienieni na sympatyków.

Cała historia z papierkiem niestety ma pewne cechy bajki: jej prawdziwy bohater skończył pewnie tak jak wielu jego braci na śmietniku, a jego miejsce zajął inny papierek, który postanowił zrobić szybką karierę i duże pieniądze, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Mamy nadzieję, że uzurpatora spotka słuszna kara, ale w życiu już tak jest że często bohaterowie dobierani są z przypadku. Tak więc prawdziwy bohater nadal zaginiony w akcji! Nie wiadomo czy kiedykolwiek znajdziemy odpowiedzi na pytania: Gdzie jest właściwy Papierek? Czy Papierkowi udało się przeniknąć do kieszeni Orbana?

Reklamy

Uwaga – utrudnienia w poniedziałek

W poniedziałek można spodziewać się licznych utrudnień na drogach dojazdowych do Budapesztu oraz w samej stolicy i kilku większych miastach Węgier. Protestować będą związki zawodowe – m.in. przeciwko zniesieniu wcześniejszych emerytur oraz wprowadzeniu dodatkowych obciążeń podatkowych związanych z systemem cafeterii, z innych postulatów: przyszłoroczne podwyżki, nowelizacja kodeksu pracy, modyfikacja prawa do strajku.

W związku z wyłączeniem z ruchu jednego pasa, największego spowolnienia należy oczekiwać na Krisztina körút, Attila út i Margit körút, na drogach dojazdowych do stolicy (M3 i M5) oraz na drogach środkowej i północnej Budy (III dzielnica – droga nr 11, XI dzielnica – Egér út), w centrum miasta (Andrássy út, nadbrzeże po stronie Budy – budai alsó rakpart oraz na odcinku od nadbrzeża przez most Małgorzaty do placu Kossutha).

Wg. BKK spod Budapesztu najszybciej do centrum dojedziemy wybierając HEV lub pociąg, a w samym mieście wygodniej będzie poruszać się komunikacją publiczną – metrem i tramwajami. Dla tych, którzy mimo wszystko wybiorą samochód, by dostać się z południowej do północnej Budy – BKK radzi kierować się na M0 lub nadbrzeże Pesztu – pesti rakpart.

Na stronie policji dostępne są szczegółowe mapki z odcinkami, na których zamknięty będzie jeden pas ruchu. Tutaj uaktualniana mapka z utrudnieniami w pozostałych miastach.

Szorty czyli krótko 30.11.2014

Krytyka węgierskiej policji za materiał prewencyjny skierowany do uczniów szkół, pokazujący jak można zapobiegać gwałtom. Film przygotowany przez policję z komitatu Baranya sugeruje, że to ofiara swoim zachowaniem czy wyzywającym strojem ponosi częściowo winę za to co ją spotkało. W niedzielę przez Budapeszt przeszedł SlutWalk (z ang. Marsz Szmat). Uczestnicy, wśród nich organizacje kobiece i obrońcy praw człowieka, protestowali przeciwko takiej interpretacji przypadków gwałtów i przerzucaniu winy ze sprawcy na ofiarę. Film Selfie dostępny jest tutaj.

Po 21 latach budowy otwarto kolczastą halę sportową Tüskecsarnok na terenie kampusu Politechniki. Budowę rozpoczęto na początku lat 90, później na blisko 15 lat prace utknęły w martwym punkcie. Wznowiono je w 2012 roku. Nazwa hali pochodzi od znajdujących się na dachu 84 szklanych kolców w kształcie piramidy, każdy o wysokości 6 metrów, to przez nie do środka wpada naturalne światło. Po tylu latach projekt architektoniczny nieco się zestarzał – taki dach wydaje się nie tylko niemodny ale i niepraktyczny. Hala pomieści 4000 widzów i jest piątym największym krytym obiektem w kraju (po Papp László Budapest Sportaréna oraz Debreczynie, Győr i Veszprém). Od stycznia w budynku uruchomiona zostanie część fitness/wellness, a wkrótce w sąsiedztwie hali wybudowane zostaną dwa baseny 50 i 25m. Oceńcie sami wygląd nowej-starej hali.

Najdroższe biura w Budapeszcie. Jak się okazuje najbardziej prestiżowe lokalizacje to wcale nie te położone nad Dunajem czy w V dzielnicy. Najgłębiej do kieszeni trzeba sięgnąć by wynająć biuro w MOM Park Towers – miesięcznie 15-16.5 eur/ + VAT + 5 eur koszty eksploatacji. Kolejna lokalizacja to Science Park przy moście Petőfi za 14-16 eur/miesiąc + 3.5 eur koszty eksploatacji. Na trzecim miejscu wśród najdroższych biur znalazło się Istenhegyi 18. Irodaház z 13 eur/+ 3 eur koszty. W śródmieściu Pesztu najwięcej płaci się za powierzchnię w budynku przy Eiffel tér obok dworca Nyugati: 20-22 eur + 4 eur koszty oraz za Bank Center: 16-22 eur + 4.5 eur koszty.

Czy Węgrom grozi druga filoksera? Pochodząca z dalekiego wschodu mucha pojawiła się w okolicach Sopronu. Dała się ona już we znaki winiarzom z Austrii. Owad składa w winogronach jaja i niestety czyni to tuż przed zbiorem, kiedy nie można już zastosować środków ochronnych. Larwy uszkadzają skórkę owoców a te zaczynają gnić. Rolnicy liczą na ostrą zimę, która mogłaby zatrzymać pochód niszczycielskiego owada.

Ostatnio coraz częściej wydawane są klasyki węgierskiego kina w wersjach zremasterowanych (i z angielskimi napisami). Np. dramat Emberek a havason, który w formie ballady opowiada o życiu rodziny drwala w górach Siedmiogrodu. W 1942 roku film zdobył nagrodę na festiwalu w Wenecji, a w 2000 roku krytycy filmowi wybrali go jednym z 12 najlepszych węgierskich filmów stulecia (na youtube dostępny tutaj). Oto kolejna propozycja: Ez történt Budapesten (This happened in Budapest) – z 1944 roku, film przedstawia codzienne życie mieszkańców miasta w czasie wojny.

VII dzielnica została razem z takimi dzielnicami jak Kreuzberg, Shoreditch, Malasaña uznana za najbardziej hipsterskie miejsce świata przez Business Insider. Zawdzięcza to głównie romkocsmom czyli knajpom urządzonym na dziedzińcach starych, przeznaczonych do rozbiórki kamienic (rom-ruina, kocsma-knajpa).

Takie rzeczy produkuje się w Kecskemet. Mercedes CLA Shooting Brake. Niby ważna jest ilość ale i styl nie zawadzi, a ten jest dobry.

Demonstracje

W poniedziałek 17 listopada 2014 w kraju i za granicą miały miejsce liczne antyrządowe demonstracje. W czasie „Dnia oburzenia” jak go nazwano, protestowano przeciwko korupcji i obecnej polityce rządu. W Budapeszcie demonstrowano na Placu Kossutha przed Parlamentem. Podobne protesty odbyły się w tym samym czasie w kilku innych miastach węgierskich i za granicą – w Londynie, Berlinie i Brukseli (szczegółowe relacje z ostatnich demonstracji można przeczytać u Jeża Węgierskiego).

Wg. ostatnich doniesień prasowych ruch społeczny przeciwko korupcji znajduje poparcie także w szeregach Jobbiku, który domaga się gruntownego śledztwa w sprawach z ostatnich 25 lat. Jobbik uważa, że zarówno partie socjalistyczne jak i Fidesz czerpały profity z pieniędzy przeznaczonych na cele publiczne, np. z funduszy przeznaczonych na rozwój infrastruktury drogowej.

Jak ugasić pożar w kuchni

Po powrocie ze Szwajcarii wreszcie pojawił się Viktor Orbán i niemal od razu wystąpił w cyklicznej audycji radiowej w Radiu Kossuth (I program radia państwowego na Węgrzech).

Orbán zajął się pożarem w kuchni, który w jego show wywołali pomocnicy. Stwierdził, że stworzone zostało mylne wrażenie, że rząd planuje wprowadzenie podatku od Internetu, a przecież chodziło o „zmiany podatkowe o technicznym charakterze, w kwestii opodatkowania telekomunikacji na Węgrzech”. To mylne wrażenie ma się odnosić do powstałych w wyniku zmian obciążeń, które mogą być przenoszone na konsumentów, a tym samym wytworzenie atmosfery strachu, utrudniającej dialog.

Co jednak najważniejsze, premier stwierdził że fundamentem racjonalnej przestrzeni do dyskusji w tej sprawie, jest to że  propozycja podatku w takiej postaci nie może być dalej dyskutowana. „Skoro brakuje wspólnej podstawy, nie powinno się nakładać podatku. Nie jesteśmy komunistami, nie rządzimy przeciwko ludziom, ale razem z nimi. Jeśli społeczeństwu nie podoba się propozycja i uważa ją za nieuzasadnioną, to nie można jej realizować. Podatek nie może być wprowadzony w tej formie.”

Dalej premier przeszedł do szczegółów, których interpretacja jak myślę będzie dzielić dziś wielu Węgrów. Powiedział, że od stycznia 2015 rozpoczną się konsultacje krajowe w sprawie Internetu.

Wygląda więc na to, że to co opozycja ogłosiła za swój sukces to tylko odroczenie planów. Rząd prawdopodobnie będzie starał się przedstawić swe dalsze działania nie od strony fiskalnej, tak jak się to teraz stało, ale od strony przebudowy systemu informatycznego Węgier. Zapowiedzą takiego działania są jego dalsze słowa, że podpisane zostały z głównymi dostawcami usług internetowych na Węgrzech umowy, na podstawie których najpóźniej do 2020 roku w każdym domu dostępne stanie się łącze szerokopasmowe, a ważną kwestią modernizacji Węgier jest ich digitalizacja. „Przeznaczymy kilkaset mld forintów na rozwój internetu na Węgrzech, tak by dotarł on do wszystkich.” Oto marchewka. Kij chwilowo został schowany do szafy.

Partie polityczne starające się ukryć do tej pory swe zaangażowanie w protesty złapały wiatr w żagle. Együtt-PM od razu przypomina o kilku kolejnych ważnych kwestiach, które trzeba z Orbánem sobie wyjaśnić. Są to między innymi kwestia opodatkowania tzw. kafeterii (rodzaju bonów w których wypłacana jest część pensji i które do tej pory były opodatkowane korzystniej od reszty wynagrodzenia, ale za to można je było wydać tylko na konkretne cele), pożyczki na Paks 2 od Rosji czy też udziału w rosyjskim projekcie gazociągu South Stream. Co ciekawe portal hvg określił działanie tej partii jako: „Orbán dał palec, Együtt-PM chce całą rękę”.

Przeciwnicy podatku postanowili nie rezygnować z planowanej demonstracji i zamienić ją na obchody radości ze „zwycięstwa Węgrów nad głupim rządem”. Jednak pojawiły się też głosy sceptyczne nawołujące do dalszej walki o całkowite porzucenie prób regulacji kwestii internetu.

Jak gotować w kociołku

Jak donoszą komentatorzy z wszelkich stron świata miarka się przebrała, bo oderwany od nowoczesnej rzeczywistości Orbán i jego podstarzali kumple (co dziwne ulica zarzuca raczej otoczeniu Orbána, że to omnipotentni smarkacze, którzy bardzo chcą się wykazać i którym się w głowach przewróciło od nadmiaru władzy), nie docenili gniewu i potrzeb nowoczesnego internetowego społeczeństwa i postanowili narzucić podatkowy haracz na każdy transferowany gigabajt danych.

W ostatnich dniach w Budapeszcie zorganizowane zostały dwie demonstracje. Na niedzielnej pojawiło się ok. 10 tys. osób, na tej wtorkowej było ich już kilkadziesiąt tysięcy. Jeśli Parlament zaakceptuje podatek, to na 17 listopada zapowiadana jest kolejna. Ich organizatorzy to ponoć niezależni aktywiści niemający do tej pory nic wspólnego z polityką albo inaczej: zależy im na tym, by nie kojarzono ich z żadną opcją polityczną. W sieci szybko pojawiły się jednak informacje, że Balázs Gulyás, człowiek który założył na fb grupę 100 tysięcy przeciwko podatkowi od Internetu i który zgłosił zamiar zorganizowania demonstracji na policji, jest związany z MSZP, był wiceprzewodniczącym tej partii w dzielnicy Józsefváros. Taki mały zgrzyt wizerunkowy.

Na szczęście dla organizatorów cały stan przypominający demonstracje typu ACTA czy occupy wall street piknik, zyskał nieco żywiołowej oprawy w postaci niedzielnej uczciwej zadymy z niszczeniem mienia należącego do Fidesz, choć bez jakichś starć z policją, która ograniczyła się do aresztowania wybranych uczestników następnego dnia. Dzięki temu kolejna demonstracja mogła do postulatów dołączyć żądanie uwolnienia politycznych więźniów, na co przystała prokuratura uznając, że mogą odpowiadać z wolnej stopy. No i oczywiście zdjęcia zdemolowanej siedziby Fideszu trafiły w poniedziałek na pierwsze strony gazet. Trudno jednak powiedzieć czy to wystarczy, aby stworzyć grupę prawdziwie zdeterminowanych aktywistów, którym będzie się chciało ryzykować problemy z prawem w imię niższych opłat za internet.

Ja myślę, że tam gdzie spór dotyczy jedynie kwestii zawartości kociołka z gulaszem, którym na wzór Kádára, Orbán karmi społeczeństwo, szanse na przekroczenie masy krytycznej społecznego protestu są niewielkie. Tylko płomień podlany benzyną dużej idei ma na Węgrzech wystarczającą siłę, aby palić się wystarczająco mocno – nawet internetowi aktywiści lubią, kiedy ich działania mają patriotyczny wymiar, są walką o wolność i po każdej demonstracji i puszczaniu światełka telefonem do nieba odśpiewują uroczyście hymn węgierski. Czy można mówić o powszechnej mobilizacji? Przypomina mi to nieco scenę z Człowieka z żelaza, kiedy studenci porwani w 1968 roku ideami mają gdzieś robotników, którzy w 1970 przecież nie walczą o jakieś wielkie idee tylko o kasę. Dopiero dziesięć lat później skonsolidowani stają się naprawdę groźni dla systemu. Dziś część społeczeństwa węgierskiego zdaje się stać obok władzy, nie rozumiejąc protestujących lub wręcz kpiąc, że są marionetkami w rękach byłej postkomunistycznej władzy. Władzy tak skompromitowanej, że wszyscy obecni na protestach przywódcy albo udawali, że nie mają nic wspólnego z polityką albo gdy byli jednak zbyt znani – udawali, że przyszli tylko jako osoby prywatne, chowając się w tłumie prawie tak jakby się czegoś wstydzili.

A czy kiedy Orbán nawoływał do obalenia rządu Gyurcsánya, czy wtedy wstydził się, że jest z Fideszu? Ale on mówił o Węgrzech i innych górnolotnych sprawach, tak bardzo górnolotnych, że aż przekraczał granice banału, gdy patrzył na to ktoś niebędący Węgrem. Tym samym zawłaszczył sobie te hasła i jest pewien, że dzisiaj tylko on ma do nich prawo. Dla wielu więc odśpiewywanie hymnu po tych demonstracjach to profanacja, tak jak pomnik który kiedyś bohaterom 1956 wystawił były premier Gyurcsány i który do dziś znany jest jako szczotka Gyurcsánya – nie stał się on miejscem lubianym przez Wegrów, którzy w rocznicę składają wieńce tam gdzie były barykady a nie gdzie stały wątpliwe historycznie pomniki.

Kiedy rozmawiałam z kilkoma osobami jak oni widzą tę kwestię to oczywiście nikt nie wykazywał przesadnego entuzjazmu, żeby płacić więcej za Internet, ale o dziwo wydaje się, że osoby te przyjęły ze zrozumieniem tłumaczenia rządu, że obciążenia będą dotyczyć dostawców usług a nie samych użytkowników. Jeden mój znajomy powiedział wprost, że będzie tak jak z bankami: usługodawcy pomarudzą a i tak zostaną, bo nie ma cwaniaka nad Orbána, i teraz np. w Polsce banki odbijają sobie to co im słusznie odebrał premier (cytat z sierpniowej Polityki, o tym jak Orbán wojuje z bankierami: „Węgierski premier postanowił wycisnąć z zagranicznych banków, ile tylko się da. Ale uwaga: nikłe zyski osiągane na Węgrzech banki rekompensują sobie w pozostałych krajach środkowoeuropejskich. Także u nas”.) Kiedy próbowałam argumentować, że po akcji z bankami najlepiej ma się przyjaźń miedzy premierem i właścicielem OTP, mój znajomy ze spokojem odparł, że to jest właśnie to o co chodziło Węgrom: zagraniczne banki dostały po nosie kosztem węgierskiego OTP. I że podatkiem internetowym nie ma się co przejmować, bo przecież rząd przewidział górny jego limit. Gdy dalej argumentowałam, że górny limit to dopiero efekt protestów i dowodem na to jest projekt ustawy leżący w parlamencie gdzie nie ma o nim ani słowa, a limit wejdzie dopiero, jako poprawka Fideszu, mój rozmówca z wręcz radziecką szczerością stwierdził, że projekt zawierał oczywistą pomyłkę, którą Fidesz teraz sprostuje, a nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.

Operatorzy internetowi postanowili przeciwdziałać pomysłowi rządu by to oni, tak jak wcześniej banki, mieli ponieść ciężar nowego podatku i już zagrozili, że wrócą do limitów transferu, co było powszechną praktyką na Węgrzech jeszcze stosunkowo niedawno. Trudno powiedzieć czy tym ruchem nie potwierdzą tylko tego o czym mówią niektórzy zwolennicy premiera, tzn. że dobry Orbán słusznie walczy ze złymi zagranicznymi korporacjami tuczącymi się na miłości Węgrów do filmów na YouTube.

Warto również zastanowić się chwilę nad tym, dlaczego ktoś w rządzie zaryzykował ten cały bałagan. Pieniądze, które w ten sposób chciał zdobyć miały być przeznaczone na bardzo konkretny cel – podniesienie pensji dla wojska i policji. Czyżby ktoś myślał o konieczności kupienia jej lojalności?

Węgierski kociołek zaczyna wrzeć, a ci co w nim mieszają muszą bardzo uważać by im to nie wykipiało. Z drugiej jednak strony, jeżeli nie kipi to się nie ugotuje. Wydaje się, że master szefowi towarzyszą kuchciki, które nie mają pojęcia jak jajko ugotować, ale inni twierdzą, że to tylko pozory wyreżyserowanego show. Rozchodzące się nad tym kociołkiem zapachy nie zachwycają. Ale to pewnie głównie zasługa innego podatku, który rząd zamierza podnieść – od mydła. Co ciekawe rewolucjoniści w tym podatku jakoś nie dostrzegli potencjału do walki z rządem i o ile jest szansa, że Węgrzy pozostaną społeczeństwem zinformatyzowanym to istnieje niebezpieczeństwo, że jednocześnie niedomytym.

Podatek internetowy na Węgrzech

Podatek od wdychanego powietrza, jeszcze tylko tego trzeba – zachęcają rząd oburzeni planami wprowadzenia od przyszłego roku podatku internetowego w wysokości 150 Ft za każdy GB ruchu w sieci. To ostatnia kropla, która przeleje puchar – wieszczą dziennikarze. Na niedzielę zapowiadana jest manifestacja (uczestnicy mają spotkać się o 18.00 na József nádor tér), ale świadkami protestów możemy być już 23 października, w święto narodowe. To taka węgierska tradycja. Z trudem przypominam sobie październikowe czy marcowe święta, które byłyby obchodzone spokojnie.

1 GB to np. 3-4 video na YouTube czyli 2 zł podatku. Wszyscy zaczynają przeliczać, z przerażeniem patrząc na wyniki. Jak się jednak za parę godzin dowiadujemy, ma istnieć górna granica określająca podatek na max. kwotę „tylko” 700-1000 Ft miesięcznie dla osób prywatnych oraz ok. 5000 Ft/miesiąc dla firm, którą rząd w dodatku obciąży nie internautów a  providerów. Przy abonamencie wynoszącym np. 4000 Ft podatek oznaczałby wzrost kosztów o 17%. W wieczornym programie telewizyjnym minister gospodarki narodowej Mihaly Varga raczy chyba żartować, że dostawcy z powodu konkurencji nie będą chcieli przerzucać kosztów na odbiorców.

Dla przypomnienia: jeszcze 6 lat temu Fidesz protestował przeciwko podatkowi internetowemu, dowodząc że „opodatkowanie internetu jest jednoznacznie zbędne, nieprzemyślane i złe”. W proteście przeciwko nowemu pomysłowi rządu na fb zawiązała się społeczność százezren az internetadó ellen. Z minuty na minutę, a w zasadzie z sekundy na sekundę rośnie liczba popierających protest.

Jednocześnie internauci prześcigają się w tworzeniu memów. Ten jest chyba najpopularniejszy: Dzień dobry, odczyty routerów. Więcej memów tu.