Pociąg do Polski

Drugie Węgry, Polityczne trzęsienie ziemi, Oszałamiający sukces konserwatystów – tak zareagowała węgierska prasa na wynik wyborów parlamentarnych w Polsce. Przede wszystkim mówi się nad Dunajem o tym, że jedna partia jest teraz w stanie samodzielnie utworzyć rząd, że do Sejmu wchodzą dwa istniejące zaledwie kilka miesięcy ugrupowania i wreszcie, że tradycyjna lewica nie będzie miała swojej reprezentacji.

Po pierwszych komentarzach pojawiają się pytania jakie wnioski powinni wyciągnąć dla siebie Węgrzy po „warszawskiej lekcji”. Takie podejście może bardzo dziwić w Polsce, gdzie jednym z haseł zwycięskiej partii stała się idea robienia Budapesztu w Warszawie, a orbanowskie pomysły ekonomiczne mają być wprowadzane w życie (np. opodatkowanie banków czy dużych sieci handlowych) już od stycznia.

Skąd więc ten pociąg do śledzenia polskiej sceny politycznej? Od lat polskie wybory są na Węgrzech obserwowane z uwagą, bo powszechne jest określenie „varsói gyors” – warszawski ekspres, które przywołuje się tu zawsze po naszych wyborach, zastanawiając się czy zmiany podobne do tych, które następują w Polsce dotrą za jakiś czas na Węgry. Tak było np. w 1993 roku, kiedy władzę w Polsce przejęli postkomuniści, a w 1994 roku czyli z niewielkim przesunięciem w czasie to samo stało się na Węgrzech, albo gdy polska lewica ulegała rozdrobnieniu i stopniowej marginalizacji, to nikt nie przypuszczał, że po kilku latach jej los podzielą węgierscy postkomuniści.

Takie szablonowe podejście do pytania o wnioski, jakie Węgrzy mogą wyciągnąć dla siebie z warszawskiej lekcji wydaje się tym razem mocno nietrafione. PiS to nie Jobbik, a Fidesz to nie Platforma. Niby Fideszowi bliżej do PiSu z ich kombinacją lewicowego programu gospodarczego i haseł konserwatywno-nacjonalistycznych, ale różnice nie dotyczą jedynie postrzegania Rosji, jak to się niektórym wydaje – Fidesz nie jest obciążony takim ideologicznym balastem jak zwycięski PiS (a w zasadzie zwycięska koalicja prawicowych partii). Orban nie spotkał się z wewnątrzpartyjnym sprzeciwem dla odejścia od dogmatu jakim była np. antyrosyjskość. Gdyby coś takiego zdarzyło się w PiSie to zaraz mielibyśmy wysyp partyjek  prawicowych jak w latach  90.

Pomimo to węgierscy komentatorzy dostrzegają sporo analogii i próbują na podstawie polskich wyborów przewidzieć jak będzie wyglądała ich scena polityczna w 2018 roku, kiedy to na Węgrzech odbędą się wybory parlamentarne. Przykładowo jeden z dziennikarzy liberalnego portalu Index formułuje siedem takich wniosków, cyt.:

1. Przeciwnikiem prawicy niekoniecznie musi być lewica. W Środkowej Europie jak najbardziej realny scenariusz to dwie partie prawicowe walczące o władzę. Wielki znak zapytania czy w 2018 roku największym konkurentem Fideszu będzie lewica (MSZP ze swoimi koalicjantami) czy raczej radykalna prawica (Jobbik).
2. Pogrzebano tradycyjną lewicę. To może być ostrzeżenie dla MSZP.
3. Zielone światło dla nowych partii. Polacy byli głodni nowych twarzy, idei, nowego podejścia do polityki (Kukiz). Wystarczyła znana twarz by osiągnąć polityczny sukces.
4. Znamię korupcji może łatwo zmieść ze sceny cały rząd. Wystarczy jeden poważniejszy skandal by rząd stracił popularność i nawet obiecujące wskaźniki ekonomiczne nie będą w stanie jej przywrócić. Nie dziwi zatem, że Jobbik od lat prowadzi kampanię właśnie w oparciu o temat korupcji.
5. Dobre wskaźniki nie mają znaczenia jeśli ludzie nie odczuwają ich na własnej skórze. Doskonale rozumiał to Fidesz, który nieprzypadkowo w kampanii przed wyborami 2014 zastosował obniżenie podstawowych opłat jako łatwych do zidentyfikowania w codziennym życiu (szczególnie gdy ma się to wytłuszczone i pokolorowane na blankiecie wpłaty).
6. W kampanii obecna była kwestia uchodźców. Choć ich samych w Polsce nie ma, to temat bardzo interesuje wyborców. Sygnał dla węgierskich polityków, że kwestia może być nadal istotna, pomimo zamkniecia granicy i ograniczenia napływu emigrantów.
7. Dwa kroki wstecz dają w efekcie jeden krok naprzód. Kaczyński stał się najbardziej wpływową osobą w państwie, mimo że najprawdopodobniej formalnie nie będzie pełnił żadnej funkcji publicznej. Ruch Kaczyńskiego jest pouczający, bo pokazuje w praktyce, że nikogo nie wolno lekceważyć, bez względu na skalę jego negatywnego postrzegania. Wyborcy potrafią docenić takie czasowe wycofanie się, nawet jeśli dotyczy ono wyłącznie sceny politycznej, a nie tego co dzieje się za kulisami.

No cóż, opinia ciekawa, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sporo tu zaklinania rzeczywistości i trudno się z nią w pełni zgodzić. Nie ma co szukać analogii na siłę.

Z większości opinii, artykułów i reakcji zwykłych ludzi przebija jednak jedna myśl. Oto w końcu Węgrzy nie są sami w swej polityce. Takie opinie są powszechne nie tylko u tych, którzy liczą na zaistnienie jakiegoś sojuszu, który wyrwie ich z izolacji, ale również wśród przeciwników węgierskiej władzy, którzy mają nadzieję, że oto Węgry wreszcie przestaną być jedynym złym dzieckiem Europy. Dzieckiem, które się o wszystko obwinia. Wiadomo, jak dwóch rozrabia, to zazwyczaj wszyscy są skłonni przypisywać winę temu większemu.

Reklamy

Jaką prasę mają Węgrzy na Zachodzie

Prowokacją nazwał minister sprawiedliwości Trócsányi publikację EUobservera, odnoszącą się do jego wypowiedzi w czasie poniedziałkowego spotkania ministrów spraw zagranicznych dotyczącego reakcji sądownictwa karnego na radykalizację postaw. Według EUobservera, węgierski minister mówił o zagrożeniu, jakie może stanowić radykalizowanie się społeczności romskiej i o Romach mogących przyłączać się do dżihadystów w Syrii. Publikacja została powielona przez węgierską prasę, jednak nagranie z konferencji dowodzi, że nie padają tam słowa o cygańskich dżihadystach. Minister mówił natomiast, że Romowie mogą stać się ofiarami radykalizacji. Wygląda na to, że resztę „dopowiedział” sam dziennikarz. Początkowo zastanawiano się czy to nie błąd tłumacza, którego zmylić mogły wcześniejsze wypowiedzi traktujące o radykalizowaniu się grup ekstremistów islamskich w Europie. W tym kontekście przywołanie przez ministra tematu wykluczenia Romów  wydawało się zupełnie nie na miejscu.

„Chciałbym zwrócić uwagę na inny aspekt, o którym do tej pory nie było mowy. Radykalizm może bowiem dotyczyć też innych grup. W Europie żyje 10-12 milionowa społeczność romska. W czasie węgierskiej prezydencji w UE za priorytetowy uznaliśmy program europejskiej strategii na rzecz Romów. Uważamy, że jest to niesłychanie ważna kwestia. 12 milionowa społeczność w Europie, są wykluczeni, kwestia ich integracji społecznej jest bardzo istotna, przecież oni też mogą stać się ofiarami radykalizacji. Dlatego chciałbym, by w przyszłości Komisja Europejska jako priorytetowy uznała program ramowej strategii w sprawie Romów.”

Od jakiegoś czasu zachodnia prasa dość jednostronnie kreuje obraz Węgier. Czy mamy tu zatem do czynienia wyłącznie z błędem tłumacza czy jest to raczej świadome działanie dziennikarza, który w toku artykułu przywołuje dalej wszystkie grzechy Węgier wobec mniejszości romskiej.

Inna sprawa, że nie podlega dyskusji, że kurs polityki rządu węgierskiego doprowadził do radykalizacji prawicowo nastawionej części społeczeństwa. W tym kontekście, jeśli Romowie mają być przedmiotem troski ministra, to trzeba przyznać, że jest to wypowiedź człowieka, który zbiera burze po tym jak zasiał wiatr.

Jeżeli z kolei minister boi się radykalizacji środowisk romskich, to może być to kolejny przykład samosprawdzającej się przepowiedni. Kiedy prawie rok temu premier Orban zaczynał mówić o problemie emigracji, uciekając od wewnętrznych problemów i skandali (Quaestor, Simicka, Lazar), to też wydawało się to zupełnie oderwane od rzeczywistości. 

Szorty czyli krótko 20.10.2015

Cygański dżihad? Czy takie niebezpieczeństwo dostrzegł minister sprawiedliwości László  Trócsányi, który w swojej wypowiedzi podczas trwającej w Brukseli konferencji o prawnych możliwościach przeciwdziałania radykalizmowi stwierdził, że istnieje możliwość, że 12 mln społeczność europejskich Romów moze stać się ofiarą radykalizacji? Niektóre media podchwyciły, że Romowie mogą przyłączyć się do dżihadystów w Syrii. Hmm, ciekawe dlaczego w zdecydowanej większości chrześcijańska i jak do tej pory nie prowadząca żadnej wojny narodowość miałaby nagle aż tak się zradykalizować. Sprawę zagmatwały mętne tłumaczenia rzecznika. Nawet jeżeli minister martwi się zagrożeniem dla Romów ze strony radykałów antyislamskich czy antyimigranckich, to należy pamietać że na wczorajszej demonstracji Pegidy w Dreźnie gromko dziękowano Orbanowi.

17 października weszło w życie rozporządzenie o 30 dniowym zamknięciu granicy węgiersko-chorwackiej. Węgry podjęły tę decyzję po czwartkowym szczycie UE, na którym nie doszło do porozumienia w sprawie ochrony zewnętrznej granicy greckiej przez wspólne siły unijne. Węgry dopełniają w ten sposób zobowiązań wynikających z układu z Schengen – powiedział minister spraw zagranicznych P. Szijjartó. W ciągu weekendu zatrzymano 22 osoby, które przekroczyły granicę nielegalnie.

Kto w końcu kupił TV2? Węgry to dziwny kraj. Można tu kupić jedną z największych telewizji i pozostać anonimowym. Od kilku dni nie wiadomo kto tak naprawdę jest właścicielem TV2. Dwóch ewentualnych nabywców rozmyło się w gąszczu skomplikowanych umów i kruczków prawnych. Simicska czy Vajna to dylemat, który próbują rozwiązać teraz węgierscy dziennikarze. Jak na razie bez powodzenia.

Na początku października u podnóża gór Matra uruchomiono elektrownię słoneczną, którą tworzy 72 480 baterii słonecznych zajmujących powierzchnię 30 ha. Jest to największa na Węgrzech elektrownia fotowoltaiczna, o mocy 16 MW, zbudowana kosztem 6,5 mld Ft. Inwestycja jest częścią elektrowni Mátrai Erőmű, która do produkcji energii wykorzystuje głównie węgiel brunatny dostarczany przez kopalnie w Visonta i Bükkábrány. Spółka, która jest na Węgrzech drugim największym producentem energii, zamierza zwiększyć teraz jej produkcję ze źródeł odnawialnych. Mátrai Erőmű Zrt w 74% należy do Niemców (w większości do RWE Power AG), a w 26% do węgierskiego MVM Magyar Villamos Művek Zrt.

Czego nie da się wybudować w budapeszteńskim Central Parku, to da się ubrać w czasie Paryskiego Tygodnia Mody. Recycling idei? Na pokazie mody w Paryżu dostrzeżono ciekawy projekt Sou Fujimoto, który okazał się kopią pomysłu na dach budynku Domu Muzyki Węgierskiej. Japończyka zainspirował projekt interaktywnego muzeum, które ma powstać w ramach planu Liget Budapest skupiającego najważniejsze muzea w jednym miejscu, na terenie Varosliget.

Zmarł Árpád Göncz – wspomnienie

W wieku 94 lat zmarł Árpád Göncz, pierwszy niekomunistyczny prezydent Republiki Węgierskiej w latach 1990-2000. Árpád Göncz był pisarzem, tłumaczem literatury anglosaskiej, z wykształcenia prawnik, działacz opozycji. Brał udział w węgierskim powstaniu 1956 roku za co skazano go na karę dożywotniego więzienia, zwolniony w 1963 roku. W 1988 roku był współzałożycielem liberalnego Związku Wolnych Demokratów (SzDSz), który powstał w opozycji do rządzących komunistów. Árpád Göncz wielokrotnie odznaczany za swoje zasługi dla wolności, był m.in. honorowym obywatelem miasta Poznania, w 1994 roku odznaczono go Orderem Orła Białego.

Pamiętam spotkanie z Panem Prezydentem w czasie jego wizyty w Polsce w 1994. My, wtedy młodzi studenci hungarystyki byliśmy bardzo przejęci rangą wydarzenia. Nasza wykładowczyni węgierskiego pomogła w przygotowaniu mowy powitalnej, którą bezbłędnie odczytał później jeden z kolegów (jeśli ktoś z Was tu jest, może podzieli się wrażeniami z tamtego spotkania?). Przy całym uznaniu zasług,  ja zapamiętałam prezydenta Göncza jako starszego pana o pogodnej twarzy, z dobrotliwym, łagodnym uśmiechem. Ten uśmiech to był chyba jego znak rozpoznawczy.

Po burzy

15 września Węgrzy zamknęli granicę z Serbią. Pociągi z Roszke omijając Budapeszt skierowano bezpośrednio do Hegyeshalom na granicy z Austrią.

Na Keleti jest cicho i spokojnie. Jeszcze kilka dni temu przelewała się tu ludzka rzeka, która zdawała się nie mieć końca. Zostały po nich puste namioty, stos śpiworów i karimat piętrzący się pod ścianą. Kilku wolontariuszy oczekuje na dalszy rozwój sytuacji, ale nie dzieje się nic.  Paru bezdomnych przyszło napić się herbaty. Jakaś para na rowerach przywiozła paczkę z pomocą, wydają się być trochę zagubieni. Na całym dworcu mamy w tej chwili tylko 4 Afgańczyków – mówi jeden z ochotników.

Ze strefy za dworcem Nyugati znika miasteczko namiotowe. Sprzątamy, dezynfekujemy wszystko, ale jeszcze tu zostajemy na wszelki wypadek – mówi jedna z kobiet, które zwijają ostatni namiot. W nocy parę sztuk ukradziono – skarży się.

Pomoc może przydać się na południu, gdzie mają funkcjonować dwie strefy tranzytowe, w Roszke i Tompa. Open the border! – krzyczą ci, którzy utknęli za płotem, na wąskim pasie ziemi niczyjej pomiędzy Serbią a Węgrami. Nowi pójdą przez Chorwację albo wybiorą szlak przez Rumunię. Czy tam też staną mury?

Jeszcze kilka dni temu wszystko wyglądało inaczej – tłum przed wejściem na perony. Dużo policji, dziennikarzy:

 

Tak jest teraz:

Premier z plakatu

Węgierski sen/marzenie to tytuł tegorocznej wystawy i konkursu ARC na najlepszy plakat przedstawiający wydarzenia minionego roku na Węgrzech. Spośród blisko 1100 zgłoszonych do konkursu prac jury wybrało 94 plakaty, które do 27 września można oglądać na placu 56.

Tym razem wystawę zdominowała tematyka polityczna, plakatów o takiej treści było najwięcej w całej historii wystawy. Nie brakuje tych z premierem ujmowanym w bardzo różnych kontekstach. Jeżeli z plakatów nie wychyla się jego twarz, to najczęściej przedstawiają one nieodległe od niego tematy. Są odwołania do muru, węgierskiej olimpiady, kampanii antyimigranckiej, Paks II, afer, korupcji. Czasami tematy się łączą, czego przykładem jest plakat Magyar feeling autorstwa Orsolyi Kelemen, który zdobył główną nagrodę w konkursie. Nawiązując do obecnych wydarzeń przedstawia on kobietę z niemowlęciem, przeskakującą niczym płotkarka przez płot z drutu kolczastego – ironiczny pomysł na konkurencję olimpijską na węgierskiej olimpiadzie w 2024 roku.

Drugie miejsce to plakat Sandora Farago Nie bój się wielkich marzeń, w symboliczny sposób przedstawiający groteskową sytuację, gdy kierowca przegubowego autobusu miejskiego próbował zawrócić na Moście Małgorzaty, paraliżując na kilka godzin ruch w połowie stolicy. Trzecie miejsce zajęła praca Ferenca Kissa pt. Malarz nieznany, nawiązująca do wojny plakatowej, która wybuchła w ramach tzw. narodowych konsultacji. Nagrodę @rc Borz zdobył plakat Dawida Gutemy Senny koszmar, który dał zaskakujący efekt poprzez prosty zabieg nałożenia na siebie zdjęć dwóch polityków, Viktora Orbana i Gabora Vony (lider Jobbiku), obrazując w ten sposób rozmywanie się różnic między partiami – Fidesz się jobbikuje, Jobbik fideszuje, a reprezentujący je politycy tracą wyrazistość swoich twarzy i stają się trudni do rozróżnienia.

Coroczna wystawa to, jak już pisałam rok temu, nie tyle przegląd dokonań branży reklamowej, bo ta stanowi tu jedynie margines, ale bardziej pokaz inteligentnej grafiki, jaką kiedyś można było spotkać choćby w polskich Szpilkach. Więcej o wystawie pisałam rok temu tu.

Kliknij obrazek, by zobaczyć w powiększeniu:

Keleti – herzlich willkommen!

Keleti – dworzec bardzo wschodni

Piątek na dworcu Keleti – w przejściach podziemnych tłum koczujących uchodźców. Przybyli tu całymi rodzinami. W porównaniu z Nyugati uderza duża liczba dzieci – biegają, bawią się, płaczą, a nawet przychodzą tu na świat, jak ta kilkudniowa dziewczynka, której rodzice całe jej dotychczasowe życie spędzili na dworcu Keleti.

Dworzec kolejowy to zawsze dwie prędkości, ludzie którzy gdzieś spieszą, wskakują, przesiadają się i ci, którzy czekają, utknęli, którzy mają aż za dużo czasu. Ci pierwsi to reprezentanci świata Zachodu. Im wystarczy goły peron, bo skoro według rozkładu przyjechali pociągiem o dowolnej godzinie minut powiedzmy 41, to mogą być pewni, że pociąg na który się przesiadają odjedzie o zaplanowanej godzinie minut 43 z nimi w środku. W świecie wschodnim czas jest o wiele bardziej względny, a czekanie jest nieodłącznym elementem podróży. Jednak nawet tam, ludzie mają pewność, że niespiesznie, ale dotrą tam gdzie dotrzeć powinni. Tutaj oczekujący mają  na twarzach ten wyraz ciągłej troski czy przypadkiem nie utknęli w swej drodze, tak blisko naznaczonego sobie celu.

Perspektywy

W toczących się wszędzie dyskusjach przewija się pytanie o to dlaczego uchodźcy nie poprzestaną na dotarciu do jakiegokolwiek względnie bezpiecznego kraju. Pamiętam jak w obozach internowania w Austrii w latach  80 ubiegłego wieku Polacy dokonywali podobnych wyborów. Mogli poprzestać na łatwym do osiągnięcia kraju Europy, ale starali się dostać do wymarzonej Ameryki, wiedząc, że czeka ich tam ciężkie życie lecz z perspektywą lepszej przyszłości i równych praw dla ich dzieci, czego już nawet wtedy nie potrafiły dać Niemcy.

Na dworcu dzieci uchodźców biegają sobie nieświadome tych trosk rodziców. Choć czasem mam co do tego wątpliwości, bo niektóre są zadziwiająco dojrzałe jak na swój wiek. I czasem to one są odpowiedzialne za swoich rodziców, bo np. mówią po angielsku a ich rodzice nie.

Ryzyko i odpowiedzialność

Napięcie rośnie, nakręcają je młodzi ludzie z megafonem, którzy klucząc pomiędzy oczekującymi nawołują do tego aby ruszyć pieszo na Wiedeń. W końcu w godzinach popołudniowych rusza ta dziwna współczesna „krucjata” prowadzona przez jednonogiego mężczyznę. Tego dnia udaje im się sparaliżować ruch po budańskiej stronie miasta. Znika gdzieś typowy piątkowy road rage, który przed weekendem pojawia się u Węgrów już od rana. Pomijając ekstremistów, zwykli Węgrzy wykazali się nadzwyczajnym spokojem i opanowaniem, starając się zrozumieć nawet fakt poruszania się imigrantów po autostradzie, co tłumaczono sobie ich obawą, że węgierska policja będzie próbowała ich zatrzymać, tak jak stało się to z pasażerami pociągu do Wiednia.

Ci, którzy pieszo ruszyli na Wiedeń są w mniejszości i na dworcu zwycięża jednak opcja czekania. Powody są różne: niektórzy mają ważne bilety kolejowe, inni obawiają się, że z daleka od dworca zostaną łatwo zatrzymani i umieszczeni w węgierskich obozach dla uchodźców, jeszcze inni są z rodzinami i nie chcą podejmować kolejnego ryzyka marszu wśród pędzących aut. Od rana media są pełne zdjęć małego kurdyjskiego uchodźcy, którego ojciec podjął ryzyko nie tylko przecież w swoim imieniu i wsiadł z rodziną na przepełnioną łódź bez żadnych zabezpieczeń. Po tej tragedii mężczyzna wini rządy całego świata, nie widzę jednak w mediach autorefleksji tego człowieka, który podjąwszy taką decyzję stał się przecież współwinny ich śmierci. Na Keletim spotkałam człowieka, który za ostatnie pieniądze kupił swojej rodzinie nocleg w tanim hostelu, aby oszczędzić im koczowania na przepełnionym, śmierdzącym i coraz zimniejszym w nocy dworcu. Ale może i on w którymś momencie swojej podróży podjął jakąś niebezpieczną decyzję?

Pamiętam, że gdy w latach 80 toczyła się dyskusja o ucieczce dwójki młodych chłopców z Polski do Szwecji, która stała się potem kanwą filmu „300 mil do nieba”, ludzie rozumiejąc ich pobudki, krytykowali ich za wybraną metodę, która w powszechnym odbiorze była zbyt ryzykowna. Zauważam, że w toczących się dziś dyskusjach, zbyt łatwo obwinia się rządy zdejmując odpowiedzialność z samych uchodźców.

Fundamenty

Sobota rano. Dworzec opustoszał po tym jak nocą podstawiono 100 autobusów, które odwiozły uchodźców do granicy z Austrią, zgarniając po drodze również tych, którzy już od kilku godzin maszerowali wzdłuż autostrady. Ci, którzy wybrali opcje czekania na dworcu, tym razem wybrali najlepiej.

Od rana  wszystko jednak wraca do „normy” i dworzec napełnia się kolejnymi migrantami. Niespójne komunikaty rządów Austrii i Niemiec nie uspokajają spekulacji, że ci którzy nie odjechali w nocy nie opuszczą już Węgier, choć komentatorzy za cały bałagan winią Orbana, który ponoć „przetrzymuje uchodźców” nie wiadomo po co. Zachodnia prasa pisząc o stanowisku Orbana zarzuca mu na wstępie „perfidną nadinterpretację” problemu, ale potem w szczegółach nie potrafi nie przyznać mu racji, wskazując, że konieczna jest „jakaś” deeskalacja problemu. Państwa starej Unii wytykają nowym egoizm i brak chęci przyjmowania migrantów, nie widząc jednak, że brak entuzjazmu dla przyjmowania migrantów w krajach Europy Wschodniej nie wynika jedynie z niechęci do przyjmowania ich u siebie, ale przede wszystkim do przyjmowania ich w Unii Europejskiej jako takiej. Europa Wschodnia, bardziej homogeniczna od Zachodniej, jest bardziej czuła na punkcie ochrony europejskiej tożsamości i bez żadnej żenady umie powiedzieć ustami Orbana, że ta tożsamość ma również wymiar religijny. Bumerangiem wraca teraz odrzucenie z tzw. Konstytucji Europejskiej zapisu o chrześcijańskich fundamentach Europy. Państwa zachodnie uznały sprawę za zakończoną, a tymczasem kraje, które tę koncepcję forsowały nadal pozostają jej wierne i ich obecne stanowisko to czysta konsekwencja, której brakuje krajom Zachodu. Nieumiejętność stwierdzenia wtedy prostego faktu, że kultura europejska zbudowana jest na fundamencie chrześcijaństwa, odrzucenia islamu (nie tylko krucjaty ale i Wiedeń i rekonkwista) oraz krytycznego podejścia do religii jako takiej (oświecenie), spowodowało, że Europa próbuje dyskutować o tęczy przy założeniu że nie wolno wymieniać nazw trzech z tworzących ją kolorów. Państwa Zachodu próbują więc podejmować decyzję w imieniu całej Europy nie rozumiejąc, że społeczeństwa wschodu Unii Europejskiej mają swój odmienny pomysł na decyzję w imieniu wszystkich, uważając tych z zachodu za w najlepszym wypadku daltonistów.  I kto tu jest egoistą?

Jak maszeruje Europa

Zarzucany Orbanowi cynizm jest cechą wspólną polityków tak ze wschodu jak i zachodu, od prawa do lewa. Bo antyeuropejscy politycy, którzy mówią o fiasku asymilacji, jednocześnie robią wszystko by stanąć wbrew koncepcji większego zjednoczenia Europy. Teraz w „trosce” o nasze wspólne dobro chcą zawieszenia Schengen.  A przecież brak kolejnego kroku w kierunku stworzenia wspólnej Europy, wyśmiewanie się z gwieździstego sztandaru Unii spowodował, że w przeciwieństwie do Amerykanów nie mamy dziś czegoś, co można by dać migrantom spoza Unii jako pewien standard, z którym mają się albo zgodzić albo stąd odejść.  Amerykanie nie dali podzielić swego niejednolitego przecież państwa i stworzyli swój „American dream” i jakoś nikt nie ma problemu budowania swej tożsamości pod flagą Teksasu i Gwiaździstym sztandarem jednocześnie. Emigranci malują na ścianach dworca flagi państw, z których uciekają lub ewentualnie Niemiec albo UK, ale jakoś brakuje tam flagi Unii Europejskiej. Niesiona na czele pochodu zmierzającego do Wiednia zakrawała wręcz na ironię. Oni mają raczej swój „German dream”, a europejski określają mianem koszmaru, skandując entuzjastycznie: Merkel, Merkel! Germany, Germany! a jednocześnie: Europo, wstydź się! To ciekawe, że tak wiele mentalnie łączy migrantów z tymi, którzy straszą nimi społeczeństwo Europy. Gdyby im na to pozwolić od jutra zlikwidowaliby euro i przywrócili markę niemiecką. Z niezrozumiałych powodów zwolennicy Unii Europejskiej zatrzymali się, podczas gdy jej przeciwnicy cały czas pozostawali aktywni, w ruchu. A jak wiadomo starym legionistom: „kto nie maszeruje ten ginie”.

Nadzieja

Jest może jednak nadzieja dla idei europejskiej. Co prawda pomoc nie nadchodzi jeszcze od rządu „federalnego”, ale nieporadnie działający rząd „stanowy” w kwestiach kryzysowych może liczyć na zwykłych obywateli Unii.  W sobotę atmosfera na dworcu momentami przypomina mimo nieciekawej pogody piknik. Mieszkańcy Budapesztu odpowiadają już od dawna na apele i często pojawiają się z darami dla potrzebujących (co ciekawe niektóre z nich trafiają do biednych mieszkańców miasta – jak widać dobre inicjatywy powinny być i są dobre dla wszystkich). Pojawiają się też ochotnicy z całej Europy. Spotkałam również wolontariuszkę – Polkę od kilku miesięcy mieszkającą w Budapeszcie, która jak się okazało zna mojego bloga i którą serdecznie pozdrawiam :) Są młodzi Niemcy, którzy przywieźli pełno dobra wszelakiego, młodzi medycy z Niemiec, słyszałam również o dwóch szwedzkich turystkach, które przyjechały do Budapesztu na typowy rozrywkowy weekend. Kiedy zobaczyły jednak co się dzieje, szybko przy użyciu mediów społecznościowych zebrały ok 5 milionów forintów co pozwoliło im na zakupienie bardzo dużej ilości potrzebnych migrantom rzeczy. Szkoda tylko, że potem miały problem z dystrybucją, którą utrudniała policja, co raczej jest pewnie wynikiem administracyjnej nadgorliwości i bałaganu niż złej woli. Dziewczyny jednak sobie z tym poradziły – dla chcącego nic trudnego. Jak widać budować trzeba od dołu, a nie od góry.

Emocje w sieci

Jak wspomniałam, dzięki mediom społecznościowym udało się zrobić coś bardzo pozytywnego i to jest bez wątpienia warte pochwały. To jasna strona tych mediów. Mają one jednak i swoje ciemne oblicze. Zaszokowało mnie to, że fala hejtu, która zalała polską Sieć była tak wielka, że doprowadziła do wyłączenia komentarzy na jednym z głównych portali informacyjnych. Warto tu zaznaczyć, że skala komentowania wszystkich artykułów na Węgrzech jest znacznie mniejsza niż w Polsce i np. artykuły na index.hu nie są w ogóle komentowane (komentarze są możliwe na wydzielonym forum), a na innych portalach są silnie moderowane. W Polsce, żeby przeczytać ciekawy komentarz pod artykułem trzeba się nieraz przebijać przez dziesiątki wpisów, odbierających wiarę w przyszłość ludzkości. Początkowo więc na Węgrzech brakowało mi komentarzy pod tekstami artykułów, ale wraz ze spadkiem poziomu komentarzy na polskich stronach zaczęłam doceniać to co jest. Choć jednak komentatorska aktywność Węgrów w większości przeniesiona została do fb, to nie powoduje to jednak, że poziom stron internetowych staje się zaraz o niebo lepszy niż u nas, bo istnieją strony gdzie pod własnym imieniem i nazwiskiem autorzy przedstawiają takie poglądy, że groza miesza się ze śmiechem. Łatwiej jednak taki bełkot ignorować.

Groźne społeczności

Niestety ci, którzy chcą znaleźć w Internecie ujście dla swojej potrzeby zaangażowania się, oferty otrzymują nie tylko od Węgierskiego Klubu Rowerowego, ale też od ekstremistów wmawiających, że to co robią to działanie dla jedynie słusznej idei. Na obrzeżu kryzysu emigracyjnego działają z jednej strony propagandziści bliscy idei Państwa Islamskiego. Już jakiś czas temu zauważyłam, jak łatwo natknąć się na ludzi, którzy w dość podejrzany i pokrętny sposób obwieszczają jedyną odpowiedzialność Zachodu za to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, zapominając o roli takich miłośników pokoju jak Turcja czy Arabia Saudyjska. Cały kontakt zaczyna się od próby zwyczajnego nawiązania znajomości przez studenta znad Morza Śródziemnego.

Druga strona tego mętnego bajora to chuligani, którzy w piątek, w czarnych koszulkach z napisem „Magyarorszag” kręcili się po mieście przy okazji meczu z Rumunią. Gdy wracałam do domu natknęłam się na taką grupkę w metrze. Jeden z nich natychmiast rzucił do pozostałych: „ustąpcie miejsca pani z dzieckiem”. Bardzo to miłe, tylko szkoda, że po powrocie do domu dowiedziałam się, że młodzież w takich koszulkach zaatakowała uchodźców z małymi dziećmi obrzucając ich petardami i butelkami.

Na Zachodzie bez zmian?

W końcu pociągi odjeżdżają w stronę granicy. Austriacy przepuszczają tam wszystkich, nawet, jeśli nie mają dokumentów.  W tym czasie inni docierają już do Monachium. Granicę w ciągu jednego dnia przekraczają tysiące ludzi. W Austrii niewielu składa wnioski o azyl. Większość chce do Niemiec. W niedzielę rano na dworcu ludzi jest już znacznie mniej i niektórzy mówią, że łatwiej trafić tu na dziennikarzy niż uchodźców. Wieczorem znów mówi się o tym, że Austriacy stopniowo będą zamykać granicę przed migrantami. Kolejni są już w drodze.

Dworzec Keleti:

 

Przejście podziemne dworca:

 

Uderza widok dużej liczby dzieci:

 

…ludzi starszych:

 

i całych rodzin, głównie z Syrii:

 

Część ludzi rusza pieszo do Austrii:

 

Pomoc dla uchodźców:

 

Wolontariusze organizują czas dzieciom i młodzieży:

 

są także na Nyugati: