Prawie 200 stopni

130, 150.  Schody są tak wąskie, że ruch odbywa się tylko w jedną stronę. Cierpiący na klaustrofobię raczej nie czuliby się tu komfortowo. Przystanek na złapanie oddechu, dzwonnica – oglądamy dwa dzwony, pozostałe cztery mieszczą się na niższym poziomie, nieudostępnianym zwiedzającym.  Jeszcze tylko kilka stopni i 197. I wreszcie widok z wieży! Imponujacy. Budapeszt widziany z miejsca do niedawna jeszcze niedostępnego dla turystów. Teraz wreszcie z innej  perspektywy można obejrzeć charakterystyczny kolorowy dach neogotyckiego kościoła Macieja pokryty dachówkami Zsolnaya, Basztę Rybacką i plac św. Trójcy.

Koronkowa, biała wieża kościoła Macieja to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Budapesztu. Jej wysokość licząc od posadzki kościoła wynosi 78.16 m, a od poziomu ulicy 76.57 m. Wieża została odbudowana na wzór tej z czasów króla Macieja – autorem rekonstrukcji z 1894 roku był Frigyes Schulek. Jedynie ozdobne zwieńczenie i galeria zostały zaprojektowane przez samego architekta.

Pierwszy kościół zbudowano w tym miejscu w drugiej połowie XIII w za panowania Beli IV, jednak z tego okresu nie zachował się żaden jego obraz. Już po przebudowie, w 1384 roku, w czasie mszy wieża dzwonnicza zawaliła się i nie odbudowywano jej przez kolejne 90 lat. Kościół w takim stanie pokazuje drzeworyt z kroniki Hartmanna-Schedela z 1470 roku. Król Maciej, mocno związany ze świątynią, odbudował wieżę, umieszczając na wysokości trzeciego piętra swój herb. Figuruje na nim data ukończenia odbudowy – 1470 rok. Kopię herbu umieścił na wieży Schulek w czasie XIX wiecznej rekonstrukcji, a jego oryginał trafił do wnętrza kościoła, na ścianę przylegającą do wieży, gdzie strzeże go dwóch „czarnych żołnierzy” namalowanych przez Bertalana Szekelya, nawiązujących do słynnej Czarnej Armii króla Macieja (Fekete Sereg).

W czasie prawie 150-letniego panowania tureckiego w Budzie (1541-1683) kościół funkcjonował jako meczet, a na wieżę pięć razy dziennie wspinał się muezin, by wzywać wiernych na modlitwę. Brakuje źródeł z czasów średniowiecza i okupacji tureckiej, które mówiłyby coś o dzwonach. Najwcześniejsza wzmianka dotyczy Wielkanocy 1723 roku, kiedy w czasie siedmiodniowego pożaru, który strawił wtedy Budę, dzwony z wieży Macieja stopiły się. Na ich miejsce jeszcze w tym samym roku odlano dzwon Trójcy Świętej, który przetrwał do dziś i jest najstarszym dzwonem wieży. W czasie II wojny światowej wieża została mocno uszkodzona, odbudowa zakończyła się w marcu 1956 roku. Z tego roku pochodziły widoczne jeszcze do 2008 roku uszkodzenia powstałe w czasie węgierskiego powstania.

Przez wiele lat tylko osoby uprzywilejowane i kościelne VIPy mogły tu wejść. A przecież początek tej galerii był prozaicznie użytkowy – w latach 1897–1911 na wieży służbę pełnili strażacy alarmując o zagrożeniach pożarowych aż do czasu, gdy ich zadanie stało się niepotrzebne na skutek popularyzacji telefonów.

Ale przede wszystkim to dom drugich najważniejszych dzwonów kraju, po tych z Bazyliki św. Stefana. Jak już wspomniałam, w wieży znajduje się  6 dzwonów, z których najmniejszy waży 110 kg, a najcięższy 4,4 tony. Dwa z nich można oglądać w czasie wizyty na wieży. Dzwon Chrystusowy (Krisztus-harang) – drugi co do wielkości w Budapeszcie, 6 na Węgrzech. Obecnie waży on 4,4 tony (197 cm średnicy u podstawy na 145 cm wysokości) i zastąpił większy (5,9 tony) dzwon o tej samej nazwie, który niestety podzielił los wielu zabytków sztuki ludwisarskiej i odlewniczej w czasie II wojny światowej – przetopiony na cele wojenne.

Drugi dzwon, który mogą zobaczyć turyści jest znacznie skromniejszy. Ba, są większe od niego w tej samej wieży – waży „zaledwie”  1,6 tony i jest niewątpliwie ważny dla Polaków – gdyż nosi nazwę Jana Pawła II. Ważny jest on również i dla samych Węgrów, bo upamiętnia wielkie wydarzenie, gdy Papież pobłogosławił symbol państwa węgierskiego, koronę świętego Stefana. Dzwon ten bije na wieży najczęściej, wzywając na większość nabożeństw.

Warto wspomnieć, że odlano je głównie dzięki wsparciu z funduszy norweskich, jakże głośnych w swoim czasie – jak widać, UE nie tylko rogami straszy i siarką zieje. Dzwony zostały odlane lub odnowione w niemieckim Passau przez Rudolfa Pernera, który dodatkowo, jako dar, odlał najmniejszy, ale jakże sympatyczny dzwon Św. Malgorzaty, który zastąpił ten zwrócony kościołowi parafialnemu na Csepelu. Co dziwne, węgierscy ludwisarze nawet nie stanęli do przetargu.

Wróćmy jednak do samej wieży. Należy pamiętać, że w Budapeszcie nie ma wielu wysokich budynków i nad miastem górują wieże kościołów. Po stronie Pesztu jest to bazylika św. Stefana (96 m) oraz wieża kościoła św. Władysława na Kobanya (83 m), choć widok z nich trudno porównywać ze względu na położenie w innej części miasta.

Samo jednak Wzgórze Zamkowe pełne jest lepszych i gorszych miejsc, rywalizujących ze sobą o tytuł tego z najcharakterystyczniejszym widokiem Budapesztu, co możecie zobaczyć choćby w nagłówku mojego bloga. Oczywiście trudno będzie rozsądzić ten spór więc to nowe miejsce widokowe na wieży może przebić się siłą argumentu, że jest najwyżej położone na Wzgórzu Zamkowym – wieża ma „raptem” 76.5 metra, punkt widokowy znajduje się „zaledwie” na 47 metrze jej wysokości, ale trzeba doliczyć Wzgórze Zamkowe wznoszące się na wysokość 175 metrów n.p.m. Tak więc jedynym „konkurentem” w okolicy pozostaje Góra Gellerta, którą zresztą widać stąd po prostu wspaniale. Ci, którzy będą w Budapeszcie po raz pierwszy i choćby z uwagi na ograniczenia czasowe muszą wybrać jedno miejsce widokowe, z pewnością nadal powinni pozostać przy Górze Gellerta. Jeżeli macie jednak więcej czasu, to naprawdę warto pokonać te prawie 200 stopni.

Na wieżę można wejść codziennie o pełnej godzinie między 10.00-17.00 (nie ma windy), bilet kosztuje 1400 Ft, maksymalna wielkość grupy to 15 osób. Aktualne informacje o biletach i dostępnych zniżkach tu.

Reklamy

Tajemnice krypty franciszkanów

Dziedziniec na tyłach kościoła franciszkanów, zagłębie sklepików z dewocjonaliami, senne puste podwórko. Nikt nie przypuszczałby, że niepozorne drzwi w głębi to wejście do podziemnego świata zmarłych. Wąskie schody prowadzą nas w dół do obszernej krypty. Na dole widać pozostałości murów XIII wiecznej świątyni, na której miejscu w latach 1727-43 zbudowano dzisiejszy barokowy kościół franciszkanów.

Mało kto wie, że jest to miejsce pierwszego pochówku hrabiego Lajosa Batthyánya, premiera niezależnego rządu węgierskiego w czasie Wiosny Ludów. To tutaj po egzekucji 6 października 1849 roku przewieziono w tajemnicy jego ciało. Batthyánya stracono na terenie koszar wojskowych (tzw. Újépület) zajmujących teren dzisiejszego placu Wolności. Stamtąd ciało trafiło do szpitala Rocha (Rókus kórház), gdzie zgłosił się po nie proboszcz z dzielnicy Józsefváros, Antal Szántófy, który chciał przewieźć je do kościoła franciszkanów. Władze szpitala początkowo nie wyrażały zgody na wydanie ciała, gdyż Austriacy zarządzili, by Batthyánya pochowano w nieoznaczonym miejscu na cmentarzu komunalnym poza miastem. Proboszcz udał się więc na cmentarz w Józsefváros, wykopano grób, ale gdy wóz z ciałem dotarł na miejsce, ksiądz nakazał woźnicy zawrócić pod pozorem, że grób nie jest jeszcze wystarczająco głęboki. Był wieczór, celnikowi przy bramie miejskiej nie chciało się już sprawdzać wozu i tak pod osłoną nocy trumna trafiła z powrotem do miasta, do krypty kościoła franciszkanów. Zakonnik Agáp Dank umieścił ją w nieoznakowanej wnęce trumiennej, tablicę nagrobną odwracając do wewnątrz, tak by ukryć ją przed oczami Austriaków.

Ciało bohatera spoczywało tu w latach 1849-1870 i poza kilkoma franciszkanami i członkami rodziny nikt nie znał tajemnicy krypty. Zachowała się kamienna tablica, która zamykała wnękę trumienną, a na niej inicjały G.B.L. (Gróf Batthyány Lajos) i data śmierci. Została ona wmurowana od wewnętrznej strony wnęki, tak jak wtedy, gdy spoczywało tu ciało premiera. W 1870 roku szczątki zostały przeniesione na cmentarz Kerepesi, gdzie w czasie ponownego pogrzebu premiera Batthyánya żegnał stutysięczny tłum rodaków. Wkrótce wzniesiono tam mauzoleum.

Kiedyś wejście do krypty prowadziło z nawy głównej, w miejscu gdzie dziś stoi ołtarz. Zmarłych chowano tu w latach 1797-1892. W czasie II wojny światowej wnęki grobowe zostały uszkodzone przez Rosjan, liczących zapewne na bogate łupy, pootwierano trumny, porozrzucano kości zmarłych. Od tamtego czasu, przez dziesięciolecia nikt tam nie zaglądał. Dopiero kilka lat temu przeprowadzono prace renowacyjne i podziemia  udostępniono zwiedzającym.

Pod ziemią jest zaskakująco jasno, w ramach remontu zamontowano nowoczesne oświetlenie. Gdzieś nade mną ulica Kossuth Lajos z setkami przetaczających się aut. Tu cisza grobowa. Po obu stronach w ścianach jedna nad drugą znajdują się rzędy wnęk, w których spoczywają urny i trumny, pośrodku zostawiono kilka lepiej zachowanych, widać kości zmarłych – jak to zazwyczaj w tego typu grobowcach. Dość dobrze zachowały się kamienne płyty i tablice nagrobne, dlatego nie było większego problemu z ich restauracją. Odczytuję nazwiska i daty śmierci. Większość z połowy XIX w. Te katakumby to miejsce spoczynku ok. 50 donatorów i nobliwych obywateli węgierskich, ale moją uwagę zwraca jedno nazwisko i napis po polsku: TU LEŻY WIKTOR NAŁĘCZ MALSKI MAJOR WOYSK POLSKICH ZMARŁY W PESZCIE 4 PAŹDZIERNIKA 1844 R. W 48 ROKU ŻYCIA

***

Wuj Wiktor Malski, dawny oficer artylerii, człowiek wykształcony, dobry rysownik, malarz, myśliwy, który czterokonną bryczką odbył podróż przez całą Europę, otwierał przed chłopcem horyzonty na wielkie gościńce. I dalej: w Romanowie wuj Wiktor Malski rozczytywał się z upodobaniem w Byronie oraz w Walterze Scottcie.

Informacje o Wiktorze Malskim, który był wujem Józefa Ignacego Karaszewskiego znalazłam m.in. na stronie muzeum Kraszewskiego w Romanowie. To tam, w majątku rodzinnym swojej matki pisarz spędził kilka pierwszych lat życia, wychowywany przez prababkę Konstancję Nowomiejską z Morochowskich i babkę Annę Malską. Dzieciństwo spędzone w tym domu, pełnym książek, dyskusji o kraju i o świecie, a także towarzystwo wuja Wiktora Malskiego, człowieka światłego, o duszy artysty, który rozbudził w młodym Kraszewskim zainteresowanie powieścią historyczną, musiało mieć wielki wpływ na późniejszą twórczość autora Starej baśni.

W książce autorstwa Piotra Chmielowskiego z 1888 r. pt. Józef Ignacy Kraszewski: zarys historyczno-literacki natknęłam się na taki fragment o Wiktorze:

W wielkiej sali, która wspólną była dwom babek mieszkaniom i leżała w pośrodku domu, zbierano się zwykle przy okrągłym stoliku. Przynoszono doskonale bery i jabłka tyrolskie, ale istotnym celem było czytanie głośne. Dziadek zazwyczaj milczący, siadał na kanapie, albo przechadzał się powoli i cicho, stając niekiedy i przysłuchując się bacznie — babka czytała, robiąc pończochę. Aż do łez przejęła wszystkich mowa Jana Kazimierza przy abdykacyich. Cisza panowała w salonie, a straszna przepowiednia zbolałego króla rozlegała się po nim jak głos z grobu. Babka była drugą nauczycielką młodziutkiego wnuka, ona go nauczyła pisać po polsku i po francusku, ona go przygotowała do szkół.

Obok tych osób na umysł młodociany Józia wpływał także silnie wuj Wiktor Malski, który zastępował wprawdzie ojca w gospodarstwie, ale na rolnika stworzonym wcale nie był: „lubił literaturę, zajmował się sztuką, rysował i malował bardzo ładnie, odbył nawet do Włoch podróż artystyczną. Książka- sztuka, myślistwo były mu najulubieńszym zajęciem. Z wojska i lepszego towarzystwa warszawskiego wyniósł upodobania i nałogi, którym w Romanowie trudno było zadość uczynić. Myślistwo wszelkiego rodzaju było utrzymywane z troskliwością wielką i znajomością rzeczy. Polowano na wszelki możliwy sposób, nawet z sokołami, które noszono i hodowano, z chartami, gończemi, jamnikami, wyżłami itp. Obok tego literatura włoska i angielska, nie mówiąc już o francuskim chlebie powszednim, wuja Wiktora zajmowały żywo; były pokarmem codziennym. Czytano bardzo wiele, pewnie więcej w jednym Romanowie niż w całej okolicy.

Znajomość języka angielskiego, odbycie tzw. włoskiej podróży świadczy o tym, że Wiktor Malski otrzymał najlepsze arystokratyczne wykształcenie w swoich czasach i aspirował do bycia członkiem ówczesnych elit, na miarę Czartoryskich czy Potockich. Wg. tablicy grobowej zmarł w roku 1844 w wieku 48 lat, choć natknęłam się też na inne źródło podające datę 1845, ale na pewno chodzi o tę samą osobę. Zastanawiam się w jakich okolicznościach trafił na Węgry, jak potoczyły się jego losy po opuszczeniu kraju? Wiadomo, że był oficerem, ponoć dobrym malarzem. Czy jego kariera została złamana powstaniem listopadowym? Intrygująca postać. Jeżeli znacie jakieś źródła, które mówią o nim coś więcej, to podzielcie się proszę.

Kościół franciszkanów: V dzielnica, Ferenciek tere 9
Krypta: wejście od ul. Kossuth Lajos 1 (brama pomiędzy księgarnią Św. Stefana a sklepem z dewocjonaliami, wejście znajduje się po prawej stronie).

Kopuła

 

W toku dyskusji pod artykułem o rekonstrukcji budańskiego zamku przywołana została kwestia restytucji przedwojennej kopuły. Jest ona również brana pod uwagę, ale nie zostało to jeszcze oficjalnie potwierdzone. Ostrożność rządu jest tu moim zdaniem zrozumiała, bo trzeba założyć, że długotrwałe prace wpłynęłyby niekorzystnie na turystyczny wizerunek górującej nad miastem bryły Zamku. Przypomnijmy tylko trwający kilka lat remont elewacji Parlamentu, kiedy odwiedzający Budapeszt turyści nie mieli nawet możliwości zrobienia klasycznej fotki z Parlamentem, na której nie byłoby zakrywających budynek rusztowań (widoczne są one jeszcze na zdjęciu z nagłówka mojego bloga). Ale jak wiadomo nie da się zrobić omletu bez rozbicia jajek.

Należy pamiętać, że elewacja budynku Zamku od strony rzeki też wyglądała inaczej przed wojną, co możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu.

Czy decydujący o przebudowie będą na tyle konsekwentni, żeby i tutaj pokusić się o przywrócenie wcześniejszego stanu? Jak na razie ten element odbudowy jest pomijany, a kwestia kopuły choć poważnie rozważana i pojawiająca się w wizualizacji zaprezentowanej w czwartkowym poście musi być na tyle dyskusyjna, że odrębnie nie została jeszcze rozwinięta przez rząd. Dlaczego dyskusyjna? Niewątpliwie korona św. Stefana widoczna i przywracana w wielu miejscach Budapesztu (jak choćby Most Małgorzaty), która wieńczyła starą kopułę, nie wzbudza żadnych wątpliwości wśród samych Węgrów. Ale jak zauważają niektórzy, dlaczego korona ta nie miałaby zwieńczyć kopuły w dzisiejszej formie? Przedwojenna kopuła przywodzi na myśl lukrowany tort i w tym aspekcie pasuje z pewnością do wizerunku monarchii i habsburskiego pałacu. Z drugiej jednak strony dzisiejsza kopuła pod względem architektonicznym, co przyzna wielu architektów, nie prezentuje się źle. Taka jaka jest w tej chwili, w dobie środków masowego przekazu stała się symbolem Budapesztu. Po prawdzie patrząc na poniższy plan porównujący starą i nową kopułę, uświadamiamy sobie, że zmiany które zaszły w wyglądzie pałacu w czasie jego „odbudowy” były tak duże, że praktycznie całkowity powrót do poprzedniego stanu wydaje się niemożliwy i jakieś kompromisy będą konieczne.

Dobre wieści z Zamku

Wczoraj w ramach planu Hauszmanna zaprezentowano wizualizację projektu rekonstrukcji budynków Ujeżdżalni i Straży, które stały kiedyś nieopodal Zamku, od strony zachodniej. Ujeżdżalnię zbudowano w 1899 roku, 10 lat później nieco powyżej, na skraju dziedzińca Hunyadich powstał budynek Straży Głównej, przy bramie wiodącej na zamkowy dziedziniec. Znajdujące się na różnych poziomach dziedzińce Hunyadich i Csikosa połączyły ozdobne schody Stöckla oraz rampa.

Podczas oblężenia w 1944/5 roku budynek ujeżdżalni został uszkodzony, ale nie na tyle by nie można było go odbudować, a mimo to zdecydowano o całkowitym wyburzeniu obiektu. A pomnik Csikósa od którego plac wziął nazwę został przeniesiony powyżej w 1983 roku. Podobny los spotkał budynek Straży, choć jeszcze na początku lat 70 działały w nim biura. W czasie powojennej odbudowy priorytetem stała się odbudowa średniowiecznych umocnień, a tym samym zlikwidowano dostęp do Pałacu Królewskiego od strony zachodniej, z dziedzińca Csikósa, który w zasadzie przestał istnieć. Ważnym elementem obecnej rekonstrukcji stało się zatem umożliwienie dotarcia do Zamku od strony Taban.

Odbudowana ujeżdżalnia oprócz swojej pierwotnej funkcji ma być również miejscem organizacji dużych imprez, balów, targów sztuki. U podnóża murów pojawi się budynek stajni, a w nim 16 koni. Odbudowane zostaną schody, rampa, budynek Straży, który stanie się siedzibą nowo powołanej straży pałacowej (ma on również pełnić funkcje wystawiennicze oraz ma się tam znaleźć miejsce dla gastronomii – idealna lokalizacja dla planowanej na Wzgórzu Zamkowym restauracji słynnego Jamiego Olivera, chociaż on zapowiada jej otwarcie w przyszłym roku więc chyba to jednak nie to). Stąd będzie można dotrzeć do ekspozycji archeologicznej prezentującej pozostałości średniowiecznego zamku. Prace obejmą również wzmocnienie murów z czasów Ybla oraz remont wieży paszy Karakasza.

7 października w Bazarze Ybla otwarta zostanie wystawa prezentująca oryginalne plany rekonstruowanych obiektów oraz przedmioty, które w ostatnich miesiącach udało się odzyskać dla Zamku, np. jeden z ceramicznych obrazów Zsolnaya z sali św. Stefana w charakterystycznej dla tej firmy technice pirogranitu, ponadto przedmioty ze srebra i porcelany, oryginalne detale jak choćby klamki pałacowych drzwi i inne drobiazgi, które odzyskiwane jeden po drugim pozwolą może tchnąć trochę utraconego ducha w pustą skorupę Zamku.

Uważajcie na stare kolejki!

Po ostatnim incydencie z zabytkową  kolejką górską z 1922 roku, znajdującą się na terenie dawnego Wesołego Miasteczka (dziś Holnemvolt Park będący częścią Zoo), dziennikarze postanowili sprawdzić czy ta atrakcja nadal jest bezpieczna. Kilka dni temu głośno było o ponoć jedynym w historii kolejki przypadku kiedy zwolnił się hamulec i skład ruszył bez hamulcowego. Wina, jak podano w oświadczeniu, leży po stronie pasażerów, którzy nie posłuchali instrukcji obsługi i wsiedli do wagoników uruchomiając swoim ciężarem kolejkę zanim osoba odpowiedzialna za hamowanie zdążyła zająć swoje miejsce. Kolejka nabrała zbyt dużej prędkości i prawie wypadła z torów na jednym z zakrętów. Skład pokonał liczącą 1 km trasę nigdzie nie zwalniając. Na szczęście nikomu nic się nie stało. 

Hamowanie konieczne jest przed każdym zakrętem, kolejka porusza się wtedy z max. prędkością 30 km/h, przy zjeździe osiąga szybkość 70-80 km/h. Obsługa zapewnia, że obiekt jest w 100% bezpieczny, a zatem turyści nadal mogą cieszyć się tą atrakcją. Nawet jeśli kiedykolwiek doszłoby do wykolejenia, to specjalny system bezpieczeństwa, tak jak i tym razem nie pozwoli wagonikom spaść z wysokości. 

Choć sama nie przepadam za tego typu rozrywką, materiał hvg obejrzałam z ciekawością. Niesamowicie wygląda ta plątanina drewnianych rusztowań. Gotowi na przejażdżkę? Ja bym się mocno zastanowiła.

Muszę przyznać, że trochę mnie zdziwiło, że kolejka ta nadal funkcjonuje. Stanowiła ona główną atrakcję nieistniejącego już wesołego miasteczka. Polacy znają ją dzięki roli, jaką zagrała w słynnym filmie “CK Dezerterzy”, choć tak po prawdzie scena ta nie mogła się zdarzyć nie tylko z uwagi na fikcyjność bohaterów i zdarzeń, ale i na fakt, że kolejka powstała w latach 20 XX wieku, kiedy to zbudował ją reemigrant z USA. Choć na początku była to nowość rodem z wielkiego świata, to już w katach 80 XX wieku była zdecydowanie przestarzała. Opierała się jednak chętnym do jej rozbiórki, bo była zabytkiem. Kiedy jednak zapadła decyzja o zamknięciu wesołego miasteczka wydawało się, że i ona nie przetrwa. Trudno by było utrzymać niewątpliwie zabytkowy obiekt, gdyby był nieużywany.

Jak jednak widać znowu jej się udało. Nie postarano się jednak po tym zdarzeniu zmienić systemu zabezpieczeń. Kolejka nie jest sterowana z zewnątrz i kiedy pasażerom udało się pozostawić hamulcowego na „peronie” (swoją drogą to ciekawe czy taki hamulcowy jeździ na tej kolejce przez cały dzień?) to nie było już możliwości jej zatrzymania z zewnątrz. Z drugiej jednak strony pracownicy kolejki z dumą podkreślają, że zadziałał system zabezpieczeń, który wagonikom nie pozwolił spaść. Chyba jednak już czas na nieco elektroniki – bezpieczeństwo przede wszystkim.  

Powrót hrabiego

Po 70 latach na plac Kossutha powrócił pomnik hrabiego Gyuli Andrássyego, premiera w latach 1867-1871, kiedy powstała CK Monarchia. Umieszczenie pomnika na placu otaczającym parlament kończy jego restaurację, w ramach której starano się przywrócić miejscu wygląd sprzed wojny. Oryginalny pomnik autorstwa Györgya Zala stał na placu w latach 1906-1945. Ponoć decyzja o usunięciu pomnika nie była wcale podyktowana politycznie czy ideologicznie. Zdemontowano go w czasie budowy tymczasowego mostu Kossutha, który po wojnie łączył oba brzegi Dunaju na wysokości parlamentu. Żołnierze sowieccy chcieli wysadzić pomnik w powietrze, gdyż przeszkadzał im w budowie mostu, jednak ostatecznie trafił do magazynu gdzie przeleżał kilka lat, po czym został przetopiony (legenda miejska głosi, że stał się częścią pomnika Stalina).

Hrabia Gyula Andrássy znany jako wybitny polityk, budowniczy Monarchii Austro-Węgierskiej, od bycia jednym z największych wrogów Habsburgów (udział w Wiośnie Ludów, wyrok śmierci wykonany na nim w trybie in effigie – zaocznie, przez powieszenie portretu zbiega) ewoluował do współtwórcy dualistycznej monarchii, wielkiego admiratora cesarzowej Sissi (plotkowano, że jedynie dla jej wygody stworzył aleję noszącą w Budapeszcie jego imię, a nawet że następca tronu Rudolf mógł być jego synem), a w końcu jako minister spraw zagranicznych stał się kreatorem południowo-wschodniej polityki monarchii, która w efekcie doprowadziła do wielkiego starcia starych europejskich potęg – w tym kontekście pomnik u niektórych budzi podobne wątpliwości, co przywrócony po drugiej stronie parlamentu pomnik Tiszy. W powszechnym odbiorze hrabia Andrássy jest kojarzony jako ten, który  przyczynił się w dużym stopniu do rozwoju samej stolicy. To z jego inicjatywy powstała wspomniana aleja w stylu paryskim, znajdująca się dziś na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Oficjalne odsłonięcie nowego pomnika ma się odbyć dopiero za kilka miesięcy. Do tego czasu po obu stronach postumentu pojawią się jeszcze płaskorzeźby z brązu. Sam pomnik ma 6,5 m wysokości i jest wierną kopią oryginału.

Poniżej fotoreportaż – kończą się właśnie prace nad przymocowaniem pomnika do podstawy, zdjęcia z wtorku.

Wielkanoc na Węgrzech – Hollókő

Tradycja Lanego Poniedziałku, która w Polsce wyewoluowała w dzikie wojny uliczne (którym w końcu trzeba było przeciwstawić siłę argumentów prawnych) zrodziła się z wiejskich zwyczajów, kultywowanych na wsi do dziś. Tam jednak nikt się nie obraża, a wszystko jest uregulowane ramami tradycji. Bo też żadna panna nie może się obrazić jeśli wiele wody zostanie na nią wylane – widać, że się kawalerom podoba. Ta, jak i wiele innych tradycji wielkanocnych łączą Polaków i Węgrów. Czasami wręcz odnoszę wrażenie, że polskie fakultety etnograficzne powinny otworzyć jakąś stałą placówkę na Węgrzech – tak wielkie było przenikanie się kultur chłopskich między oboma narodami. Niewątpliwie jednak elementem zazdrości polskich etnografów jest masowy udział Węgrów w pielęgnacji dawnych zwyczajów (po części wynikający z ruchu táncházów – domów tańca), który jednak tak jak i w Polsce spotyka się z krytyką i zarzutami o „cepeliowość”. Tak czy owak, żywe wielkanocne zwyczaje ludowe ściągają w Wielkanoc tłumy do malutkiej wioseczki na północnym skraju Węgier, niedaleko od słowackiej granicy.

Hollókő – wioska położona jest w komitacie Nógrád, ok. 100 km od Budapesztu, w otoczeniu wzgórz Cserhát. Znana jest z tego, że jej stara część zwana Ófalu w roku 1987 została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wioska zachowała swój oryginalny charakter, który przejawia się w jednolitym budownictwie w stylu Połowców (Palócok) – długie bielone chaty, z uroczymi gankami i rzeźbionymi szczytami dachów, wybudowane na wąskich działkach, gdzie do części mieszkalnej składającej się tradycyjnie z trzech izb przylegają pomieszczenia gospodarskie.

Początki wioski sięgają XVII wieku, jednak przez wieki drewniane domy często były niszczone przez pożary. Po ostatnim pożarze z roku 1909 chaty odbudowano na kamiennych podmurówkach i w tej formie większość przetrwała do dziś, zachowując niezwykłą spójność zabudowy (ponad 50 chat położonych wzdłuż ulic Petőfi i Kossuth). W centrum wsi znajduje się kościół rzymsko-katolicki z 1889 roku, kryty gontem, z drewnianą wieżą.

Nad wsią górują ruiny XIII wiecznego zamku (częściowo odrestaurowany, można go zwiedzać). Dookoła rozpościera się Park Przyrody Hollókő (141 ha) z trasami dla pieszych i rowerzystów. Symbolem osady jest kruk trzymający w szponach kamień, stąd nazwa Hollókő – kruczy kamień. Jedna z legend mówi, że pewnego razu András Kacsics właściciel sąsiadującej z dzisiejszym Hollókő Pusztavárhegy, porwał piękną dziewczynę, której piastunka okazała się być wiedźmą. By uwolnić dziewczynę zawarła ona pakt z diabłem. Na rozkaz czarta diabelscy synowie pod postacią kruków przenieśli w nocy kamienie z wieży, w której więziona była dziewczyna, oswobadzając ją.

Wioska przyciąga turystów przez cały rok, ale szczególnie tłoczno jest tutaj wiosną, w czasie świąt wielkanocnych, kiedy organizowany jest festiwal znany pod nazwą Wielkanoc w Hollókő. Jest to cykl imprez trwających od Wielkiego Piątku do Poniedziałku Wielkanocnego, prezentujących zwyczaje związane z Wielkim Tygodniem. My wybraliśmy się do Hollókő w Lany Poniedziałek, by pokazać chłopcom tradycje związane z tym dniem. Jak już wspomniałam na wstępie, razić może, że oczywiście wszystko zorganizowane jest na pokaz, że pokazowa jest niejako cała wioska, wokół której prężnie rozwija się turystyczny biznes (np. w tym roku wstęp na festiwal kosztował 2500 Ft od osoby, dla dzieci wstęp wolny). Dzięki temu możliwe jest jednak utrzymanie skansenu, a i mieszkańcy wioski znajdują w ten sposób zajęcie. Turyści z całego świata (Japończycy, Chińczycy, Amerykanie, Polacy a nawet Afrykanie, choć co ciekawe nie było Rosjan którzy tak prężnie rozwijają ostatnio kontakty turystyczne na Węgrzech).

Na Węgrzech nie zanikł zupełnie zwyczaj polewania (locsolkodás) czy to wodą kolońską, czy perfumami czy też zwykłą wodą, ale istnieje w zdecydowanie symbolicznym wymiarze. Dziewczęta, które liczą na coś więcej odnajdą to na niektórych wsiach, a szczególnie w Hollókő (ale i innych wioskach na ziemi Połowców). Tu wciąż jeszcze wylewa się tej wody całkiem spore ilości. Po centrum wsi paradują wtedy zastępy dziewcząt i kawalerów uzbrojonych w wiaderka, dzbanki, cebrzyki, śpiewając i deklamując żartobliwie między sobą. Dziewczyny piszcząc uciekają, widowni też się trochę dostaje (ale tak symbolicznie – uwaga na osobnika z wąsami a la Dali – odwdzięcza się za pochwalenie wyhodowanych wąsów polewając wodą). U naszych chłopców ten punkt programu zdecydowanie zajął pierwsze miejsce na liście atrakcji tego dnia, udokumentowany został nawet ich czynny udział w tej zabawie.

Uwagę zwracają przede wszystkim stroje – spódnice dziewczyn z tylu warstw, że tworzą szerokie klosze, co pewnie wraz z chustami chroni jej przed chłodem (pomimo tego że świeciło słońce, było dość zimno). Stroje te, noszone są tylko na specjalne okazje, święta czy imprezy prezentujące folklor regionu. Różnorodność jest duża, o czym można się przekonać odwiedzając np. ulokowane w jednej z chat muzeum lalek, prezentujące stroje ludowe z różnych części Węgier. Różny kolor, długość i zdobienia wskazują na region z którego pochodzi dany strój. Możemy wyróżnić kilka grup strojów Połowców: z Hollókő, Buják, Kazár, Őrhalom, Rimóc.

Wielkanoc na Węgrzech, podobnie jak w Polsce kojarzy się nieodłącznie z jajkami malowanymi w tradycyjne, ale i w różne bardziej fantazyjne wzory. Tu również w zależności od regionu istnieją różnice w technice wykonania, kolorach czy motywach. Mieliśmy okazję podziwiać te piękne pisanki (himestojás) malowane ręcznie, niektóre z użyciem wosku albo powstałe przez zdrapywanie farby z wydmuszek, pomalowanych wcześniej farbami takimi jak do farbowania materiałów. Maluchy zapragnęły wykonać własne egzemplarze i jak na pierwszy raz „drapanki” wyszły im całkiem nieźle. Udało nam się nawet dowieźć je w całości do domu.

Dzieciom, zarówno miejscowym jak i przyjezdnym najwyraźniej się podobało.

Zatrzymaliśmy się na koniec na jednym z podwórek należącym do Kerekes Band by posłuchać jak grają chłopaki z Góbé – to węgierski zespół, który gra folk wyrastający z tradycji Siedmiogrodu i Wojwodiny. Lawirowanie na granicach gatunków, klasyczne wykształcenie muzyczne plus elementy współczesnego jazzu, country i rocka dają całkiem ciekawą mieszankę.

Kiedy opuszczaliśmy teren festiwalu, naszą uwagę zwróciła dyplomatyczna limuzyna – okazało się, że to nowa ambasador USA w ramach zgłębiania swojej wiedzy o Węgrzech postanowiła odwiedzić wioskę Palóców. Potrafiła jednak tak wmieszać się w tłum turystów, że minęła nas niezauważenie. Będąc już na parkingu na obrzeżach Hollókő wciąż słyszeliśmy dudnienie dochodzące od strony sceny – były to odgłosy podskoków, przytupów i innych hołubców, które szczególnie urzekły Młodszego. Nie wiem tylko czy nasi sąsiedzi z dołu będą w stanie zrozumieć tę fascynację…

Więcej o Wielkanocy na Węgrzech tu.