Zapowiedzi 20.11.2015

Listopad w Villány upływa pod znakiem cabernet franc. W ten weekend można spróbować oferty 15 winnic z regionu Villany i co ciekawe przyjrzeć się starciu tej węgierskiej potęgi z ich francuskimi gośćmi, którymi w tym roku będą wina znad Loary. Zapowiada się ciekawa rywalizacja.

fot. Kiss Bajdik Judit

20-22 listopada: Borkorcsolya napok – na gastronomiczno-winną ucztę zapraszają trzy miejscowości położone w Dolinie Wód Leczniczych: Egerszalók, Demjén i Egerszólát. Specjalną ofertę mają dla gości restauracje, winnice i kąpieliska (Saliris w Egerszalók proponuje w tych dniach specjalne ceremonie w saunarium a do biletu wstępu dołącza kupony borkorcsolya na wino i przekąski; z kolei kąpielisko Demjen czynne ma być również w nocy). Przy okazji: słowo borkorcsolya oznacza dania i przekąski do wina, które mają podkreślić i uzupełnić jego smak. W winiarstwie pierwotne znaczenie tego słowa to legary do przetaczania beczek z winem.

W sobotę o 14.00 w Mórahalom na południu kraju rusza II. Mórahalmi Pálinkaverseny és Tepertőfesztivál czyli festiwal na którym nie zabraknie palinki i skwarków wszelakich (drobiowych, gęsich, wieprzowych, z mangalicy). Chociaż mnie do skwarków bardziej pasuje piwo i świeża papryka. Węgrzy muszą je darzyć naprawdę wielkim uczuciem skoro wymyślili nawet czekoladę ze skwarkami :)

A skoro o słodyczach mowa to:

sutemeny es torta fesztival

21-22 list: Sütemény és Tortafesztivál – festiwal słodkości w Millenaris. Obok tradycyjnych węgierskich ciast, tortów i słodyczy pojawią się słodkości włoskie i francuskie, pyszne makaroniki, tartaletki, a także modne cupcake, brownie, czy cake pops. W ofercie zaproszonych na festiwal cukierników będą również pyszności nie zawierające cukru, glutenu albo laktozy. Rok temu festiwal odwiedziło 7 tys. gości, a swoją ofertę prezentowało 40 krajowych cukierni. W tegorocznym konkursie na najpiękniejszy tort tematem przewodnim będzie cyrk, w zeszłym roku cukierników inspirowała Alicja w krainie czarów. Powstały wtedy takie dzieła sztuki cukierniczej jak to poniżej. Wstęp: dorośli 2200 Ft, studenci i emeryci 1500 Ft, dzieci do 6 lat bezpłatnie, rodzinny (2+2) 6000 Ft.

sutnicake1

W sobotę warto zajrzeć na Ráday utca, gdzie w godz. 15.00-23.00 trwać będzie festiwal grzanego wina przy dźwiękach gitary – w licznych knajpkach posłuchamy jazzu, klasyki, bluesa, a w namiocie open mic (otwarty mikrofon) wystąpić będzie mógł każdy z publiczności więc jeśli czujesz bluesa ruszaj na Raday, być może tu rozpocznie się Twoja światowa muzyczna kariera.

Ruszają już świąteczne jarmarki. To pomysł nie tylko na prezenty na stosunkowo odległe jeszcze święta Bożego Narodzenia, ale również na jak najbardziej aktualnego Mikołaja. Jak co roku przyciągają one rzesze budapeszteńczyków i turystów. Największy to ten na placu Vörösmartyego, który zaliczany jest do 10 najpiękniejszych w Europie. Bardziej spokojną atmosferę znajdziemy przed bazyliką św. Stefana, gdzie oprócz świątecznych stoisk zimowy klimat tworzy działające w tym miejscu lodowisko (start za tydzień).  Z tych większych warto wymienić jeszcze zimowy festiwal w Parku Ratuszowym (Városháza Park nieopodal placu Deáka) z programami dla całych rodzin, wieczornym muzykowaniem i największą choinką w mieście.

Niezły Sajgon

Węgrzy to straszni kulinarni konserwatyści, co do zasady nieposzukujący odmiennych doznań kulinarnych. Dlatego dziwi, że zbiorowe żywienie w dużym stopniu opanowali Turcy i Chińczycy, ale jak się temu dobrze przyjrzeć to ich dania stanowią pewien kompromis z lokalną kuchnią (ostra pasta paprykowa, panierowane różności smażone na głębokim tłuszczu), a wszystko to zaakceptowane głównie za sprawą niskiej ceny.

Węgrzy, którzy zwykli jadać w czasie pracy lunch (w przeciwieństwie do polskiej kanapki) zasadniczo dają więc zarobić cudzoziemskim fastfoodom, ale już na restauracje etniczne z prawdziwego zdarzenia popyt jest niewielki. Pewien mój znajomy wyśmiał kiedyś w rozmowie gruziński lokal na Andrassy, który dostosowując się do węgierskich realiów postanowił ten znany ze wspaniałych biesiad naród reprezentować szybkimi daniami. Etniczna mizeria jest wprost nie do wytrzymania: reprezentujący Bliski Wschód kebab zwany tu z grecka gyrosem, nie pozwoli zaistnieć takim kulinarnym wydarzeniom jak pilaw, a kilka żelaznych dań „chińskich” nie pozwoli Węgrom nawet na zasmakowanie choćby chińskich pierożków – ryż, makaron albo pieczone ziemniaki (to ten węgierski akcent), oto cała różnorodność. Te tanie lokale wyrobiły w Węgrach przekonanie, że już na temat obcych kultur kulinarnych wiedzą wystarczająco wiele, na tyle by się nimi nie ekscytować i ci, którzy próbowali tworzyć lokale z większymi aspiracjami najczęściej w końcu musieli pogodzić się z porażką. Inna sprawa, że nie potrafili się często wznieść powyżej poziomu ulicznej budki, uważając, że o ekskluzywności ich oferty ma świadczyć cena i wystrój godny sajgońskiego burdelu lub podobnej proweniencji lokalu nad Bosforem.

Ale od jakiegoś czasu pojawiło się coś nowego. Trend na biało-czarne, globalne knajpki z obowiązkową czarną tablicą wymalowaną kredą, dał szanse na przemycenie egzotycznych smaków jako czegoś modnego. Właściciele tych lokali postanowili pożegnać się z dominującymi nad wszystkim czerwonymi lampionami i smokami (jak widać tu szczęścia ten kolor już nie przynosi) i w nowej formie sprzedać nową jakość. Najpierw do ataku ruszyli Tajowie, którzy postanowili, że trzeba skończyć z kompromisami: trawa cytrynowa, kolendra, mleko kokosowe – gotują tak jak u siebie, nie godząc się na kompromis z lokalnym zaopatrzeniem. Hamburger, to już nie plastik albo buła z bułą panierowana w bule, ale kawał dobrego mięsa warty swojej ceny. Okazało się, że może być nieco drożej, jeśli będzie znacznie lepiej.

Fusion okazał się receptą na etniczny sukces. I nie chodzi tu wcale o fuzje smaków, co fuzje konkretnej w swej treści kuchni azjatyckiej z wystrojem rodem ze Skandynawii. Amerykańskie burgery, podajemy tak jakbyś miał je zjeść w Berlinie lub Londynie, a potrawy indyjskie czy włoskie, serwuj jak dla klientów z Nowego Jorku. Masz danie arabskie? Sprzedaj je w swojej „izraelskiej” knajpie.

Czy to jest wyraz uprzedzeń? Do pewnego stopnia niestety tak, ale z drugiej strony właściciele etnicznych lokali dość długo ignorowali kwestie kuchennej czystości i przejrzystości, uważając to za fanaberie rodem z McDonald’s na które oni jako będący na dorobku nie mogą sobie pozwolić. Innym razem dobijało mnie opaczne rozumienie zasad higieny – kiedy właściciel co kilka minut spryskiwał szklaną witrynę płynem do szyb, nie bacząc na to, że jego część trafia do potraw, będąc przekonany że tym samym wychodzi przed klientami na niebywałego czyścioszka, który nigdy swych klientów niczym nie zatruje. No, ale nie marudź kliencie, jest tanio wiec nie może być czysto.

Ostatnio w mojej dzielnicy francusko-wietnamskie rodzeństwo otwarło Oriental Soup House. Wdawałoby się, że trudno o mniej oryginalny pomysł. A przecież musieli stworzyć dochodową alternatywę dla ekskluzywnej, belgijskiej restauracji z daniami morza (setki kilometrów od morskiego wybrzeża, sic!), która mieściła się tu uprzednio i w której dwóch znudzonych kelnerów zupełnie nie niepokojonych przez klientów zwykło melancholijnie wpatrywać się w przechodniów poprzez akwarium z homarem.

Wydawało się, że ich pomysł nie odbiega od kulinarnych katastrof, z jakimi kojarzyła się XIII dzielnica. Były tu i greckie tawerny, portugalskie bodegi i rodzinne żydowskie lokaliki, które co ciekawe łączył zawsze obrus w kratkę, choć nie zawsze tego samego koloru, bo Grecy oczywiście mieli niebieską. I te ceny, zupełnie nieadekwatne do jakości oferowanych dań. Ot, typowy lokal, w którym dobrze czuł się jedynie jego właściciel.

A jednak Oriental Soup House odniósł sukces, którego receptę można ująć w kilku punktach:
1. Designerski wystrój, przyjemne wnętrze, lampy, beton, drewno – to wszystko daje poczucie czystości i bezpieczeństwa, którego utraty boi się klient mający przed sobą kulinarną podróż np. do Azji.

2. Widoczna dla gości kuchnia. Nikt z niczym się nie kryje (a przynajmniej masz takie wrażenie :)
3. Gustownie podane potrawy. Fakt, że właściciele to rodzeństwo o francusko-wietnamskich korzeniach pozwala im podejść do klasycznego wietnamskiego menu z innej perspektywy, niczym Luke Nguyen.
4. Miła obsługa zdecydowanie lepiej rekompensuje czas oczekiwania na danie, niż gdyby miało być ono zaserwowane szybko, ale niczym w PRL-owskim barze mlecznym.

5. W końcu samo jedzenie, na temat którego muszę napisac kilka słów więcej. Niezależnie od pory roku zaskakują zielone, świeże zioła, których często brakuje w kuchni węgierskiej, nawet jeśli będziemy ją porównywać choćby tylko do kuchni polskiej. Dominuje kolendra, ale jest też azjatycka bazylia, perilla, czuć trawę cytrynową, limonka, pocięte w podłużne plastry ogórki – zielony świeży monsun. Do tego „gorące” dodatki – czosnek, imbir, chilli. Resztę palety dopełniają podane w oddzielnych miseczkach kiełki, sos sojowy, sos rybny. I wreszcie zupa pho – skromny rosół stanowiący główne danie, bo nawet jeżeli pojawiają się sajgonki i pyszne krewetkowe dim sum, to właśnie pho jest tutaj jak płótno, na którym powstaje obraz kuchni Indochin, która w przeciwieństwie do kuchni chińskiej zdaje się nie narzucać jedynie słusznej wizji kucharza, pozwalając gościom improwizować w ramach pewnego określonego standardu.

Pewnie polskiego odbiorcy, który zdążył się do kuchni wietnamskiej przyzwyczaić powyższy opis specjalnie nie poruszy, ale w węgierskiej rzeczywistości kulinarnej to jak nowe odkrycie geograficzne. Więc naprzód, zdobywcy! Uważajcie tylko, by nie odejść z kwitkiem, bo szczególnie w weekendy lokal przeżywa oblężenie. Uwaga również na porcje, tu małe znaczy duże i małą porcją można się naprawdę najeść. Pewnym mankamentem, który dostrzegłam jest pomysł „pięterka”, gdzie może jest i spokojniej, ale za to klimat rodem z delty Mekongu.

P1470173

Na zakończenie taka refleksja. Mnogość wszelkiego rodzaju kulinarnych programów, nawet w irytująco piekielnych wersjach, pozwoliła poznać szerokiej publiczności świat od kuchni. Dosłownie. Jeśli więc pomyślicie o polskiej restauracji, to dajcie zarobić ludziom z wykształceniem plastycznym czy architektonicznym. Nie wieszajcie kolejnego kiczowatego plakatu, tak aby zasłaniał tajne wejście do waszej „magicznej” kuchni. Myślę, że czas na import naszych przekąsek i zakąsek, które tak świetnie sprawdziły się w Polsce, bo jest ku temu klimat. Trzeba to jednak robić w odpowiednim stylu, tak aby nasze cepeliowskie ciupagi nie spłoszyły klientów.

Oriental Soup House: narożnik Balzac u. i Hollan Erno u., czynne pon-czw 11.30-22.00, pt 12.00-24.00, sob 12.00-24.00, ndz 12.00-22.00

Palinka w roli głównej

Od kilku lat moją uwagę zwracają plakaty z festiwali palinki, które odbywają się w Budapeszcie w maju i w październiku. Te majowe tematycznie poświęcone są konkretntym owocom. I tak mieliśmy festiwal palinki morelowej, wiśniowej, gruszkowej i jabłkowej. Te jesienne na Zamku to już format międzynarodowy, gdzie węgierska palinka spotyka się z innymi spirytualiami z całego świata, a alkoholom towarzyszy też prezentacja kiełbasy. Włoska grappa, meksykańska tequila, kojarzona z Rosją wódka, kubański rum, irlandzka i szkocka whisk(e)y i tegoroczny angielski gin – to przewodnie tematy plakatów z kolejnych edycji festiwalu.

Plakaty są kwieciście kolorowe, co sprawia że zawsze kiedy pojawiają się w przestrzeni publicznej robi się jakoś weselej i nawet trzecią linią metra jakoś mniej strach jechać.

Trzeba przyznać, że nikt tu się nie oburza na treść plakatów, nie próbuje odmierzać ich odległości od kościołów i szkół, nie demonizuje się tu alkoholu. I jakoś nie widać na Węgrzech tylu zalanych w trupa obywateli, czego nie można powiedzieć o krajach prowadzących intensywną politykę antyalkoholową. Nie chodzi mi tu tylko o Polskę, ale np. kraje skandynawskie czy Rosję za czasów Gorbaczowa. Pozostaje mieć nadzieję, że to się nie zmieni kiedy ktoś wpadnie na pomysł wprowadzenia nemzeti italboltów. Festiwal na Zamku trwa jeszcze dziś do godz. 22.00.

Zapowiedzi 18.09.2015

Na pożegnanie lata szereg atrakcji plenerowych, chociaż organizatorzy mogą się nieco przeliczyć, bo synoptycy zapowiadają opady.

Będą więc coroczne imprezy jak np. festiwal papryki, winobranie, Noc Teatrów, wydarzenia związane z tygodniem mobilności, Street Food Show na Andrassy. Nie chcę się rozpisywać co do szczegółowego ich charakteru, bo o tym pisałam w zeszłym roku więc tylko garść bieżących informacji na ten temat.

W ten weekend winobranie w Szekszárd, jednym z ważniejszych regionów winiarskich Węgier. Główne uroczystości z przemarszem przez miasto w sobotę o 15.00.

Festiwal papryki w Kalocsa (18-19 września) – w programie jak zawsze konkurs na potrawy z papryki, występy folklorystyczne, palinka i wino. Jako bonus w sobotę odbędzie się wielkie gotowanie gulaszu z mięsa szarych krów (Szürkemarha Pörköltfőző Verseny).

Słodkie dni – w dniach 18-20 września na Zamku odbędzie się festiwal węgierskich słodkości (w piątek – słodycze przygotowane według tradycyjnych receptur kuchni węgierskiej).

19-20 września na Andrassy – Street Food Show. Tak modne ostatnio spotkanie kuchni świata, w tym węgierskiej, w wydaniu ulicznym. Nie zabraknie piw wszelakich, wina i palinki. Z hali targowej przy Hold utca przeniesie się tu na weekend słynna  ulica szefa.

Do 22 września trwa Tydzień mobilności – interaktywne programy dla całej rodziny (głównie na ul. Andrassy), 22 września dzień bez samochodu. Impreza ma na celu promowanie publicznych środków transportu i ekologicznego trybu życia.

18-20 września Nemzeti Vágta – widowiskowa konna gonitwa i węgierskie tradycje jeździeckie na Placu Bohaterów.

Polonia Nova zaprasza na jesienny piknik Tam gdzie szumi polski las w sobotę, 19 września. Wspólnie będziemy świętować rocznicę aktu humanitarnej pomocy dla polskich uchodźców w 1939 roku. Przypomnimy Węgrów, którzy kiedyś potrafili otworzyć dla obcych swoje serca i domy. Organizatorzy zapewniają dobrą zabawę, poczęstunek i doskonałą atmosferę. Chęć udziału można jeszcze zgłosić wysyłając maila na  novapolonia@gmail.com

W przypadku złej pogody warto rozważyć poniższe propozycje:

W sobotę 19 września w Dürer Kert – jesienna giełda rowerowa.

19-20 września Dni Europejskiego Dziedzictwa Kulturowego – koncerty, spacery historyczne, można będzie zwiedzić wybrane muzea, archiwa. Program jest bardzo bogaty, szczegóły tu.

Noc Teatrów w sobotę, 19 września – to okazja do spotkania z aktorami i ludźmi teatru, którzy na co dzień nie są widoczni, a też tworzą teatr. Wśród licznych atrakcji będzie można obejrzeć przedstawienia, uczestniczyć w lekcji tańca z autorką choreografii do węgierskiego Fame, zgłębić tajniki synchronu, zostać suflerem. Przygotowano garażową wyprzedaż i licytację kostiumów oraz fragmentów scenografii. Na liście brakuje w tym roku teatru lalek, w którym trwa remont po letniej nawałnicy, która niejednemu dała się we znaki w Budapeszcie.

Cukiernia Szalai

Nieopodal Parlamentu, ale jednocześnie nieco na uboczu od głównego szlaku turystycznego, przy ul. Balassi Bálint 7 ukrywa się mała rodzinna cukiernia Szalai. Zaglądam tam czasem z dzieciakami w drodze do  domu po zajęciach w bemowskim przedszkolu.

Cukiernię założył dziadek właściciela w 1917 roku i pierwotnie mieściła się ona przy Szent István korut (obecnie znajduje się tam kawiarnia Európa). Po wojnie lokal znacjonalizowano i w tamtej lokalizacji nigdy nie wrócił on do starych właścicieli. W roku 1953 w trakcie małej odwilży po śmierci Stalina rodzinie ponownie udało się otworzyć cukiernię, o wiele mniejszą i w nowym miejscu, w sąsiedztwie placu Kossutha. W 1956 roku miejsce stało się bardzo niespokojne o czym mówi wiele podręczników historii Węgier, ale również i właściciel, kiedy wspomina czasy swojego ojca, Gyorgya seniora. Potem wszystko wróciło do swojej sennej normy – lokal kategorii III, czynne codziennie oprócz poniedziałków i wtorków. W cukierni pracuje już czwarte pokolenie – cukiernikiem został również syn pana Gyorgya, Bence, przygotowując się do przejęcia rodzinnego biznesu.

Jeśli będziecie w okolicy, warto wpaść tam na kawę i pyszne strudle jabłkowe (almas retes) lub wiśniowe (meggyes retes). Naszym ulubionym jest svajci kifli, rogalik z orzechowo-migdałowo-bakaliowym nadzieniem przypominający nieco poznańskie rogale marcińskie (nie ma w nim niestety białego maku). W Szalai skosztujemy i innych węgierskich słodkości, jest i Dobos torta, i Stefania i Sacher, wszystkie sporządzane wg. tradycyjnych węgierskich receptur, bez użycia polepszaczy.

Miejsce jest spokojne, nie próbujące stawać wzorem sąsiadów do walki o pseudo luksusową klientelę, właściciel zawsze obecny i skory do pogawędki, między innymi o polskich gościach i sąsiadach lokalu. Siadamy więc sobie w Szalai w leniwe sobotnie popołudnie, za oknem przemyka tramwaj nr 2, słodkości rozpływają się w ustach a w nas rozpływa się poczucie czasu.

Szalai Cukrászda: 1055 Budapest, Balassi Bálint u. 7, czynne śr-ndz 9.00-19.00 

Budapeszt jubileuszowy

W niedzielę 31 maja oglądajcie Makłowicza w podróży! Odcinek 178 kręcony był w Budapeszcie. Pan Robert jest znanym miłośnikiem i popularyzatorem węgierskiej kuchni i smaków Monarchii. Zobaczymy co ugotował w stolicy Węgier. TVP2 godz. 11.00

Pod koniec XIX w. w Budapeszcie świętowano 1000-lecie węgierskiej ojczyzny nad Dunajem i Cisą. Z tej okazji stolica wzbogaciła się m.in. o gmach Parlamentu, plac Bohaterów, hale targowe i pierwszą w kontynentalnej części Europy linię metra. Robert Makłowicz podąża szlakiem millenijnych atrakcji. Zagląda też do Wielkiej Synagogi w dzielnicy żydowskiej, do koszernej restauracji, na urządzony w kamienicy targ Szimpla Market oraz do Gundela – kulinarnej wizytówki Budapesztu. W programie także przyrządzanie gulaszu podczas rejsu statkiem.

Nowe oblicze tradycyjnej hali targowej

Jedną z mniejszych sióstr znanej wszystkim Centralnej Hali Targowej (pisałam o niej wcześniej tu) jest ta z V dzielnicy, mieszcząca się przy ulicy Księżycowej – Hold u.13, przemianowana niedawno na Belvárosi Piac czyli Targ Śródmiejski. Budynek powstał w roku 1897 według projektu Győző Cziglera (architekta słynnych Łaźni Széchenyiego), w 2014 roku został odremontowany. Nie pomogło to jednak przyciągnąć kupujących i nie zatrzymało powolnego umierania targowiska. Z miesiąca na miesiąc ubywało straganów i wreszcie stało się jasne, że potrzebny jest jakiś inny pomysł na to miejsce.

W tej części piątej dzielnicy swoje siedziby mają obiekty rządowe i parlament, banki czy instytucje międzynarodowe, różne biura, brakuje natomiast stałych mieszkańców, którzy robiliby tu regularnie zakupy. Dolny poziom hali jest łącznikiem pomiędzy ulicami Hold i Vadász – znajduje się tu parę stoisk z warzywami, wędlinami – obecnie można policzyć je na palcach jednej ręki. Będąc tam ostatnio ucięłam sobie pogawędkę z panami ze stoiska Magyar Termékház, sieci zrzeszającej węgierskich producentów żywności, którzy akurat prezentowali swoje produkty. Mieli m.in. smakowe piwa z małego browaru Üllői spod Budapesztu (przy okazji dowiedziałam się, że żona producenta jest Polką). Wszystko to ładnie, ale raczej nie uratowałoby targowiska, choć pozwala mu w pewnym stopniu zachować jego tradycyjny wymiar.

Jeżeli jednak miejscu temu uda się odnieść sukces, to raczej będzie to zasługa oferty gastronomicznej. Na piętrze znalazły swoje miejsce, jak to na węgierskich halach targowych, bary z szybkim jedzeniem. Jedzenie na tym targu jest jednak inne od tego co zazwyczaj oferują hale targowe, choć i tradycyjne stoisko ze smażonymi hurkami (kiszkami), sznyclami i piklami tu znajdziecie. Ta hala to niejako stałe miejsce dla tych, którzy lubią tak ostatnio modny street food – owoce morza, zupa pho i przedni włoski makaron. Nie dziwi więc, że stała się ona popularnym miejscem na zjedzenie lunchu, co nie stanowi na Węgrzech jakiejś nowomodnej ekstrawagancji tylko wynika z konieczności zagospodarowania godzinnej przerwy w pracy. Jak już wspomniałam, okolica pełna jest wszelkich biur i urzędów, tak więc bywa tu i klientela z wyższej półki, ale ceny nieco jedynie wyższe niż gdzie indziej.

Wszystko zaczęło się od pomysłu szefa kuchni Lajosa Biró, znanego wcześniej z kilku dobrych lokali w VIII dzielnicy, np. słynnego Bock Bisztró (nazwa lokalu pochodzi od nazwiska jednego z założycieli Józsefa Bocka, uznanego producenta win z rejonu Villány). Lajos Biró, którego osoba to marka kojarzona z wysoką jakością, miał swoją wizję zagospodarowania hali na Hold utca. Otóż postanowił on odwrócić tradycyjne funkcje hali targowej, stawiając na pierwszym miejscu ofertę gastronomiczną, nie rezygnując jednocześnie z funkcji handlowej, która stanowi jednak dodatek. Biró otworzył na górze swoją restaurację A Séf utcája (ulica szefa kuchni), a następnie ściągnął kilku znajomych z branży, przekonując ich, by też otworzyli tu biznesy. I stał się cud. W porze lunchu, już od południa hala zaczyna zapełniać się klientami, których przyciąga dobra kuchnia serwowana w stylowym otoczeniu (czego może nie widać na załączonych zdjęciach, bo robiłam je o poranku – swoją drogą o tej porze można tam w spokoju zjeść śniadanie czy wypić poranną kawę).

Godna polecenia jest restauracja samego Biró, A Séf utcája, serwująca m.in. tradycyjne węgierskie pieczone mięsa. A z drugiej strony dla kontrastu mamy kuchnię tajską i wietnamską ala street food. Idąc dalej napotkamy królów węgierskich dań z kiełbasy – Kolbice oraz inne bistra, np. z makaronem, chińszczyzną czy tradycyjnymi węgierskimi przekąskami.

Na to miejsce postawił też właściciel Czerwonego Homara (Vörös Homár), otwierając najpierw na dole stoisko ze świeżymi rybami i owocami morza, o które w Budapeszcie czasem naprawdę trudno – tu wybór jak na Budapeszt jest całkiem dobry. Zachęcony sukcesem, po jakimś czasie otworzył na górze bar Czerwony Homar. Na brak gości nie narzeka.

W sąsiedztwie, przyklejone do hali ulokowało się Kispiac Bisztró z kuchnią węgierską – serwują różne pieczone mięsa, świeże sałatki, surówki, mają duży wybór węgierskich win i kawy, choć ceny do najniższych nie należą, no cóż prawdziwy szampan musi kosztować.

I tak chyba jest lepiej niż na przykład w podobnej hali targowej, którą jakiś czas temu odremontowano przy placu Batthyánya. Połowę zabytkowego obiektu zajął tam bank do spółki z supermarketem i cały czar gdzieś prysnął. Każdy kto wchodzi tam do środka skuszony jej klasycznym frontem, przeżywa rozczarowanie.

Przy Hold utca warto jeszcze sprawdzić nowy pomysł testowany właśnie przez zarządzających halą – After Work Friday, który zorganizowano po raz pierwszy w ten piątek między 18.00 a 22.00 (następny już za tydzień, 17 kwietnia). Jeśli idea się przyjmie, będzie to fajna miejscówka, żeby wyskoczyć po całym tygodniu pracy na lampkę wina z przekąską, przy dobrej muzyce – coś w stylu hiszpańskich tapas. Muszę przyznać, że właśnie w Madrycie widziałam taką halę targową, która w godzinach wieczornych pękała w szwach, stając się jednym z najpopularniejszych miejsc spotkań mieszkańców miasta i być może inspiracją dla opisanych wyżej budapeszteńskich restauratorów. Hala na Księżycowej to taki ukryty smaczek Budapesztu, który mam nadzieję będzie się rozwijał w dobrym kierunku. Życzę im sukcesu na miarę tego hiszpańskiego.

Belvárosi Piac, 1054 Budapest, Hold u.13 pon 6.30-17.00, wt-pt 6.30-18.00, sob 6.30-14.00, ndz – zamknięte