Pociąg do Polski

Drugie Węgry, Polityczne trzęsienie ziemi, Oszałamiający sukces konserwatystów – tak zareagowała węgierska prasa na wynik wyborów parlamentarnych w Polsce. Przede wszystkim mówi się nad Dunajem o tym, że jedna partia jest teraz w stanie samodzielnie utworzyć rząd, że do Sejmu wchodzą dwa istniejące zaledwie kilka miesięcy ugrupowania i wreszcie, że tradycyjna lewica nie będzie miała swojej reprezentacji.

Po pierwszych komentarzach pojawiają się pytania jakie wnioski powinni wyciągnąć dla siebie Węgrzy po „warszawskiej lekcji”. Takie podejście może bardzo dziwić w Polsce, gdzie jednym z haseł zwycięskiej partii stała się idea robienia Budapesztu w Warszawie, a orbanowskie pomysły ekonomiczne mają być wprowadzane w życie (np. opodatkowanie banków czy dużych sieci handlowych) już od stycznia.

Skąd więc ten pociąg do śledzenia polskiej sceny politycznej? Od lat polskie wybory są na Węgrzech obserwowane z uwagą, bo powszechne jest określenie „varsói gyors” – warszawski ekspres, które przywołuje się tu zawsze po naszych wyborach, zastanawiając się czy zmiany podobne do tych, które następują w Polsce dotrą za jakiś czas na Węgry. Tak było np. w 1993 roku, kiedy władzę w Polsce przejęli postkomuniści, a w 1994 roku czyli z niewielkim przesunięciem w czasie to samo stało się na Węgrzech, albo gdy polska lewica ulegała rozdrobnieniu i stopniowej marginalizacji, to nikt nie przypuszczał, że po kilku latach jej los podzielą węgierscy postkomuniści.

Takie szablonowe podejście do pytania o wnioski, jakie Węgrzy mogą wyciągnąć dla siebie z warszawskiej lekcji wydaje się tym razem mocno nietrafione. PiS to nie Jobbik, a Fidesz to nie Platforma. Niby Fideszowi bliżej do PiSu z ich kombinacją lewicowego programu gospodarczego i haseł konserwatywno-nacjonalistycznych, ale różnice nie dotyczą jedynie postrzegania Rosji, jak to się niektórym wydaje – Fidesz nie jest obciążony takim ideologicznym balastem jak zwycięski PiS (a w zasadzie zwycięska koalicja prawicowych partii). Orban nie spotkał się z wewnątrzpartyjnym sprzeciwem dla odejścia od dogmatu jakim była np. antyrosyjskość. Gdyby coś takiego zdarzyło się w PiSie to zaraz mielibyśmy wysyp partyjek  prawicowych jak w latach  90.

Pomimo to węgierscy komentatorzy dostrzegają sporo analogii i próbują na podstawie polskich wyborów przewidzieć jak będzie wyglądała ich scena polityczna w 2018 roku, kiedy to na Węgrzech odbędą się wybory parlamentarne. Przykładowo jeden z dziennikarzy liberalnego portalu Index formułuje siedem takich wniosków, cyt.:

1. Przeciwnikiem prawicy niekoniecznie musi być lewica. W Środkowej Europie jak najbardziej realny scenariusz to dwie partie prawicowe walczące o władzę. Wielki znak zapytania czy w 2018 roku największym konkurentem Fideszu będzie lewica (MSZP ze swoimi koalicjantami) czy raczej radykalna prawica (Jobbik).
2. Pogrzebano tradycyjną lewicę. To może być ostrzeżenie dla MSZP.
3. Zielone światło dla nowych partii. Polacy byli głodni nowych twarzy, idei, nowego podejścia do polityki (Kukiz). Wystarczyła znana twarz by osiągnąć polityczny sukces.
4. Znamię korupcji może łatwo zmieść ze sceny cały rząd. Wystarczy jeden poważniejszy skandal by rząd stracił popularność i nawet obiecujące wskaźniki ekonomiczne nie będą w stanie jej przywrócić. Nie dziwi zatem, że Jobbik od lat prowadzi kampanię właśnie w oparciu o temat korupcji.
5. Dobre wskaźniki nie mają znaczenia jeśli ludzie nie odczuwają ich na własnej skórze. Doskonale rozumiał to Fidesz, który nieprzypadkowo w kampanii przed wyborami 2014 zastosował obniżenie podstawowych opłat jako łatwych do zidentyfikowania w codziennym życiu (szczególnie gdy ma się to wytłuszczone i pokolorowane na blankiecie wpłaty).
6. W kampanii obecna była kwestia uchodźców. Choć ich samych w Polsce nie ma, to temat bardzo interesuje wyborców. Sygnał dla węgierskich polityków, że kwestia może być nadal istotna, pomimo zamkniecia granicy i ograniczenia napływu emigrantów.
7. Dwa kroki wstecz dają w efekcie jeden krok naprzód. Kaczyński stał się najbardziej wpływową osobą w państwie, mimo że najprawdopodobniej formalnie nie będzie pełnił żadnej funkcji publicznej. Ruch Kaczyńskiego jest pouczający, bo pokazuje w praktyce, że nikogo nie wolno lekceważyć, bez względu na skalę jego negatywnego postrzegania. Wyborcy potrafią docenić takie czasowe wycofanie się, nawet jeśli dotyczy ono wyłącznie sceny politycznej, a nie tego co dzieje się za kulisami.

No cóż, opinia ciekawa, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sporo tu zaklinania rzeczywistości i trudno się z nią w pełni zgodzić. Nie ma co szukać analogii na siłę.

Z większości opinii, artykułów i reakcji zwykłych ludzi przebija jednak jedna myśl. Oto w końcu Węgrzy nie są sami w swej polityce. Takie opinie są powszechne nie tylko u tych, którzy liczą na zaistnienie jakiegoś sojuszu, który wyrwie ich z izolacji, ale również wśród przeciwników węgierskiej władzy, którzy mają nadzieję, że oto Węgry wreszcie przestaną być jedynym złym dzieckiem Europy. Dzieckiem, które się o wszystko obwinia. Wiadomo, jak dwóch rozrabia, to zazwyczaj wszyscy są skłonni przypisywać winę temu większemu.

Reklamy

Nie taki Budapeszt straszny jak go malują

Ostatnio mocno zadziwiła mnie zapowiedź artykułu jaki zamieścił w Newsweeku szef działu Świat tej gazety, pan Jacek Pawlicki. Tytuł: Archipelag gulasz i zdjęcie taniej wersji unicum, już jakoś tak nie bardzo pasowały mi do ogólnie znanej rzeczywistości – ot klimaty, które jak ktoś się postara to wyszuka w ramach egzotyki, ale żadna reguła. Typowa „polska” furmanka na gumowych kołach. Ale szczęka mi opadła (dosłownie) dopiero gdy obejrzałam umieszczony pod zdjęciem filmik, którego celem było uzmysłowienie polskim wyborcom czym pachnie model władzy węgierskiej, na który powołują się pretendenci do władzy w Polsce.

Pan redaktor już na wstępie zapewnia, że czuje się specjalistą od Węgier, bo często tu bywa (zgodnie z tą zasadą najwięcej specjalistów od spraw węgierskich żyje w byłym NRD, bo zwykli oni nawet dzisiaj spędzać corocznie urlop na Balatonem, no i miłośnicy Gazety Polskiej – oni też przybywają na Węgry co roku). Jak sam jednak przyznaje, po raz pierwszy był tu w roku 2006, a później pojawiał się zawsze kiedy działy się na Węgrzech sprawy istotne politycznie.

Na początek Pan redaktor wymienia „dokonania” obecnej władzy węgierskiej: kilkukrotna zmiana konstytucji, ustawianie przetargów, uzależnienie od siebie 30 do 40% społeczeństwa, czy rozbudzenie nastrojów antyeuropejskich i nacjonalistycznych.

Ponieważ po raz pierwszy był tu dopiero w 2006 r. to pewnie dlatego nie pamięta o tym, że poprzednia władza, która zaczęła tracić wpływy zanim zainteresował się Węgrami zdążyła stworzyć, a w zasadzie zakonserwować (bo to rzecz wywodząca się wprost z czasów Janosa Kadara) system wzajemnych relacji i powiązań, także rodzinnych, przy którym zarzuty o nepotyzm wysuwane w stosunku do ekipy Orbana niemal blakną, a wręcz nabierają prowincjonalnego uroku. Pamiętam jak społeczeństwo komentowało ze złośliwością, że wywodzący się z prowincji ex premier Ferenc Gyurcsany musiał wżenić się w starą komunistyczną dynastię, aby móc cokolwiek zdziałać w węgierskiej polityce. Spadkobiercy Kadara przez lata uważani byli za profesjonalistów, technokratów i nikt im specjalnie w życiorys nie zaglądał, bo i nie było komu – dziennikarze wtedy woleli zajmować się dziewczątkami z okładek Playboya i innymi newsami znad Balatonu. Prywatne relacje polityków tamtego systemu zostawiali w spokoju uznając, że to nieeleganckie się tym zajmować. Temat lustracji (którego w wersji reprezentowanej przez polską prawicę i IPN też nie jestem w stanie zaakceptować, bo przecież można to zrobić tak jak Niemcy) też nigdy nie zaistniał na Węgrzech, bo wystarczyło wyciągnąć teczkę prymasa i najsłynniejszego reżysera i nagle zapanowała powszechna zgoda, że gruba kreska jest fajna o ile nikt tego nie nazwie expressis verbis.

Nie oszukujmy się jednak co do faktu, że inwestycje jakie w ostatnich latach powstawały na Węgrzech to jakiś wielki powód do dumy dla Orbana. Trzeba przyznać, że Węgrzy mogą i zazdroszczą Polakom tego jak te inwestycje wyglądały w ostatnich latach w Polsce: nowe drogi, stadiony i wysoka zabudowa naszych miast imponuje im daleko bardziej niż nam samym. W drugą stronę to nie działa i ktoś kto po raz pierwszy teraz odwiedza Węgry nie bardzo ma czym się zachwycać. Jednak każdy, kto tu przebywa od minimum 10 lat potwierdzi, że choć cudów nie ma, to w stosunku do rządów postkomunistów jest postęp. Udało się dokończyć rozgrzebaną budowę czwartej linii metra, wreszcie odrestaurowano kilka obiektów, które mniej lub bardziej szpeciły Budapeszt, który przecież żyje z turystyki (Varkert Bazar, dwa mosty, okolice Parlamentu). W dość cwany sposób Orban uniknął zarzutów polityki historycznej prowadzonej na żywej tkance miasta – większość zmian przeprowadzono pod szyldem rekonstrukcji stanu przedwojennego. W ten sposób zniknął plac Moskwy i powrócił Szell Kalman ter (na plac o takiej nazwie tramwaje jeździły jeszcze w latach 50 XX wieku i aż dziw brał że Węgrzy tolerowali tę nazwę; niektórzy byli nawet przekonani, że nazwa plac Moskwy była historyczna).Tak samo na swoje miejsce wróciły pomniki premierów Andrassyego i Tiszy, a zniknął niezbyt przez Węgrów lubiany Karolyi. Wrócili koledzy Kossutha. To wszystko w trosce o turystów i zalecenia UNESCO, nawet jeśli nikt tam na taki pomysł jeszcze nie wpadł. Miasto doczekało się również nowego taboru autobusowego, co jest naprawdę wyzwaniem w mieście gdzie istnieje wyjątkowo gęsta i sprawnie działająca sieć autobusowa. Tych inwestycji w Budapeszcie z pewnością mogłoby być więcej i w końcu reprezentujący jego interesy burmistrz Istvan Tarlos popadł w konflikt ze swymi kolegami z Fideszu, mocno inwestującymi na prowincji, z której się wywodzili. Oczywiście niektóre z tych wydatków, szczególnie w Felcsut, z którego pochodzi sam premier były najdelikatniej mówiąc niezbyt uzasadnione. Ogólnie jednak trudno się zgodzić z faktem, że wszystkie przetargi to rodzinny przewał. Dzisiaj nic się tu nie buduje bez udziału środków unijnych, a system nadzoru jaki sprawuje Unia Europejska na jakieś wielkie malwersacje nie pozwala. Oczywiście zdolny się przy tym upasie, ale coś trzeba wybudować – tak to działa w całej Unii i będzie działać. Alternatywą jest brak działania i skazywanie ludzi na emigrację zewnętrzną a także mniej widoczną wewnętrzną. Pamiętam koleżankę, która musiała dojeżdżać do pracy codziennie prawie sto kilometrów, bo w jej miejscowości pracy nie było i Budapeszt to była jedyna szansa. Niestety, nie mogła pozwolić sobie na życie w stolicy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Orban podjął walkę z dysproporcjami rozwoju na Węgrzech, niezależnie od pobudek. Polakom często umyka ta jedna z fundamentalnych różnic pomiędzy naszymi krajami. Polska składa się z kilku dużych ośrodków miejskich, które są w stanie dość skutecznie rywalizować ze stolicą. Na Węgrzech skala jest zupełnie inna: Budapeszt, nieco większy od Warszawy za konkurentów ma miasta wielkości Kielc czy Konina.

Zrównoważony rozwój całego kraju, to coś co zaniedbali rządzący przez ostatnie lata Polską, wzbudzając niepotrzebne antagonizmy. Fakt, że obecnie jedyne porządne i w miarę tanie połączenie drogowe z Warszawy to Wrocław i Gdańsk, nie przysparza pewnie władzy sympatii w Krakowie czy Lublinie. Orban tymczasem wysyła ministerstwa na prowincję dając szansę wykształconym ludziom z mniejszych ośrodków miejskich. Skoro nie udało się zapewnić domów czy mieszkań w Budapeszcie to czas, żeby góra przyszła do Mahometa.

Co do zmian konstytucji, to trzeba przyznać z perspektywy czasu, że możliwości jej zmiany jakie miał Fidesz nie zostały przez niego wykorzystane. I to ani źle, ani dobrze – bo nie ma co się oszukiwać, że jest to twór doskonały. Inna sprawa czy istniejący system wyborczy (skonstruowany w dużej mierze przez poprzednią władzę), w którym istnieją jakże nas intrygujące JOWy, dawał rzeczywistą legitymację Fideszowi do dokonywania takich zmian. W rezultacie Fidesz zlikwidował np. całe państwo. Była Republika Węgierska i teraz już jej niby nie ma, ale np. prezydent republiki został. W życiu codziennym termin Koztarsasag jest nadal w użyciu i nie ma co wydziwiać gdy otrzyma się tak opatrzony dokument.

Uzależnienie od siebie społeczeństwa? To po prostu realizacja postulatów wyborczych. Tak skuteczna, że nawet żelazny elektorat postkomunistów, jakim byli do czasu Romowie, przeszedł na stronę Orbana. Na tym przykładzie widać też, że praktyka uzależniania od siebie nawet bardziej cechowała poprzednią władzę. Zwycięstwo Fideszu było możliwe właśnie dzięki temu, że obiecał to uzależnienie. Oczywiście wykształconym, niezależnym to się nie spodoba, ale kto tam się będzie nimi przejmował. Ten sam sposób myślenia stał się receptą na sukces Dudy. 51% głosujących Polaków nie trzeba uzależniać od władzy – oni tego żądają! Różnica jest taka, że polscy pretendenci prawdopodobnie nie będą w stanie odnieść w tym zakresie takiego „sukcesu” jak Orban, i to a nie cokolwiek innego spowoduje odpływ ich elektoratu. A Węgrzy? Ostatnie ich wybory pokazują, że wielu reaguje na tę nadopiekuńczość, choć myślę, że Pan redaktor się zgodzi, że wybór Jobbiku to jest diabelska alternatywa.

No właśnie, przy tej opcji oskarżanie Orbana o antyeuropejskość i nacjonalizm wydaje się nieproporcjonalne. Oczywiście lubi sprawiać takie wrażenie, ale przecież wie gdzie leżą pieniądze. I stąd właśnie bierze się ironiczne nazywanie go przez Junckera „dyktatorem”. Juncker dobrze wie jak bardzo Węgry potrzebują Unii oraz że ta może spokojnie obejść się bez Węgier (o czym nie omieszkał przypomnieć Orbanowi gdy ten zaczął dywagować nad karą śmierci – oj, tłumaczył się potem Orban, że to tylko takie akademickie dysputy, wolność wypowiedzi wyciągał. Kupa śmiechu była). O tym jak pragmatyczni są w kontaktach międzynarodowych Węgrzy przekonali się najboleśniej właśnie zwolennicy PiS i nie ma co się dalej nad tym rozwodzić. I jeśli miałabym wybierać z dwojga złego, to życzyłabym polskiej prawicy odpowiednika Szijjartó a nie Fotygi.

W końcu z ust Pawlickiego pada żelazny argument, jakoby za Orbana milion młodych Węgrów wyjechało do innych krajów (skąd te dane?). Redaktor bardzo się martwi, że nie wrócą. A może ku uciesze środowisk liberalnych właśnie wrócą, przywożąc ze sobą nowe idee. To, że w przeciwieństwie do Polaków, Rumunów i Litwinów, Węgrzy wybierali dotąd swoją przaśną, ale własną szufladę, to jeden z głównych powodów ich wyalienowania w Europie i świecie. Pan redaktor, tak jak krytycy prezydentowej Komorowskiej, w emigracji widzi jedynie jakieś straszliwe nieszczęście, nie widząc możliwości jakie ona daje. Taki Kazio Marcinkiewicz, znalazł nową wielką miłość i pracę w banku. A tak na poważnie, takie postawienie sprawy w sumie obraża mnie samą, bo ja też jestem emigrantką. Ale wyemigrowałam, bo Węgry mimo swoich niedoskonałości, o których można by wiele pisać zawsze mnie ciągnęły (pan redaktor też mógłby trochę tu pomieszkać, to naprawdę ułatwia pisanie o tym kraju). Czas aby przestać postrzegać zarówno węgierskich jak i polskich emigrantów jak tych którzy nie mają innego wyjścia – jeżeli polscy politycy i dziennikarze będą wmawiać wszystkim, że jesteśmy tym samym czym emigranci z Afryki i Azji to rzeczywiście będziemy tak traktowani. Druga strona musi mieć świadomość, że dla nas jest to jedynie opcja, która może, a nie musi wzbogacić ich społeczeństwo. Węgrzy sami nie demonizują swojej emigracji i może dlatego w przeciwieństwie do nas nie potrzebują wiz do USA. Jak widać Amerykanie nie boja się ich potencjału emigracyjnego, tak jak Pan redaktor.

I tu przechodzę do wisienki na torcie, czyli strasznego snu Pana redaktora, w którym straż honorowa w rogatywkach stanie u grobu Kaczyńskiego (tak dla przypomnienia przywrócił je po stanie wojennym Jaruzelski, chcąc się przypodobać nieco społeczeństwu). Przyrównywanie tej wizji do straży pełnionej przy koronie Św. Stefana stanowi dowód na to, że zupełnie nie zastanawiał się czym dla Węgier i Węgrów jest Św. Korona.

Po pierwsze: Węgrami nie rządzi trumna. W przeciwieństwie do Polski, tu codzienna warta honorowa pilnuje parlamentu, prezydenta i Świętej Korony. Grób nieznanego żołnierza jest w niewyobrażalny dla Polaków sposób zaniedbywany.

Po drugie: Gdybyśmy więc mieli się wzorować na węgierskiej ceremonii, to nasi żołnierze musieliby defilować wokół orła. Ten musiałby siedzieć w klatce, co raczej nie kojarzyłoby się dobrze. Ewentualnie trzeba byłoby go wykonać z jakiejś substancji. Z kampanii wyborczej wiemy, że nie powinna być to czekolada ani chleb, a wielu rzeźbiarzy w Polsce udowadnia ostatnio, że i ze szlachetniejszym materiałem sobie nie radzą. Sprawa się więc komplikuje.

Po trzecie: Naśladując dalej, orzeł musiałby siedzieć w naszym Sejmie, od czego by osiwiał, a może nawet zrobiłby się biały. W przeciwieństwie bowiem do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa trzyma swoją koronę w Tower, które było więzieniem (i nikt nie narzeka na gwardzistów, którzy pilnują korony i kruków), Węgrzy swoją koronę trzymają w instytucji symbolizującej demokrację, czyli w parlamencie.

Po czwarte: Orzeł i tak nie zastąpi korony, bo to nie tylko rzecz materialna dążąca do abstraktu. To instytucja. Tym bardziej nie widzę w tej roli trumny, choć tak próbowano traktować przed wojna trumnę Piłsudskiego. Węgierska korona to symbol ustroju nieokreślonego. Kiedy admirał Horthy między którym a wspomnianym Piłsudskim można by znaleźć znacznie więcej analogii i bardziej ciekawych niż te którymi zajął się Pan redaktor, ustanowił tę instytucję (Świętej Korony), to prawdopodobnie wielu zastanawiało się o co mu chodzi na równi z tym momentem kiedy Orban zmieniał nazwę kraju. On tymczasem tworzył podstawę do porozumienia między bardzo spolaryzowanym społeczeństwem węgierskim. Pogodzenie prohabsburskich arystokratów, demokratycznych socjaldemokratów, pozbawionych ziemi chłopów czy mającej więcej niż autorytarne zapatrywania przedstawicieli burżuazji wydawało się niemożliwe. Podobne konflikty przerosły Hindenburga w Niemczech, który nie zapanował nad żywiołem. Horthyemu się udało. Nawet jego najwięksi krytycy przyznają, że wynikało to z samoograniczenia, co może dziwić gdy widzimy jego galowe, admiralskie mundury i słabość do przejazdów na białym koniu. Umiał się jednak powstrzymać od włożenia tej korony na własną głowę. Włożył ją na głowę narodu uosabianego przez parlament, obwożąc ją tryumfalnie pociągiem po całych Węgrzech.

Jak na razie Orban w jakiś sposób korzysta z pomysłów Horthyego, choć oficjalnie od niego się odżegnuje, czym po raz kolejny daje dowód zręczności w balansowaniu pomiędzy oczekiwaniami różnych grup społeczeństwa węgierskiego i opinii różnych środowisk zagranicznych. Tego umiaru w symbolicznej polityce życzyłabym nowemu prezydentowi i jego zwolennikom, jeśli ci ewentualnie dojdą do władzy. Niestety Polacy w przeciwieństwie do Węgrów nie mają takiego symbolu, który łączyłby ich ponad podziałami i trudno tego oczekiwać w kraju, w którym wszyscy odwołują się do trumien albo krzyży, zamiast korony albo koronowanego orła. Choć koronę wieńczy krzyż, to przecież nikt tu się nie zastanawia czy jest on katolicki, kalwiński czy może prawosławny. Jest mały, przekrzywiony i na tej jednej koronie naprawdę wystarczy.

Archipelag gulasz to niewątpliwie atrakcyjny tytuł dla artykułu. Mam nadzieję, że sam artykuł, którego jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać, w przeciwieństwie do zapowiedzi, do której się tu odnoszę, nie próbuje na siłę uzasadniać użycia tej jakże „błyskotliwej” gry słów.

http://swiat.newsweek.pl/wegry-viktor-orban-skrajna-prawica-polityka-swiat-wiadomosci,film,364193.html

Cisza powyborcza

W niedzielnych wyborach uzupełniających do Parlamentu, w Tapolca, rozpisanych w związku ze śmiercią posła z Fideszu, zwyciężył kandydat Jobbiku Lajos Rig. Rig niewielką przewagą głosów – 1% pokonał Zoltana Fenyvesiego z Fideszu. Kandydat Jobbiku otrzymał 35% głosów, na kandydata Fideszu głosowało 34% wyborców, lewica otrzymała 26% głosów. Oficjalne wyniki mają zostać podane w czwartek. Rok temu w Tapolca różnica była większa i na korzyść Fideszu – Fidesz 43%, lewica 27%, Jobbik 23.5%.

Premier Orban zapytany przez dziennikarza Indexu o przyczynę wygranej Jobbiku, odpowiedział jednym słowem – naród, twierdząc tym samym, że rząd nie jest odpowiedzialny za wzrost popularności skrajnej prawicy. Premier dodał, że mamy demokrację i że on nie odpowiada za decyzje podejmowane przez ludzi. Ciekawy tok myślenia, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie afery, które stały się udziałem tego rządu.

Według badań Szonda Ipsos z lutego, rośnie grupa wyborców niezdecydowanych, wśród których 650 tys. wyraża niezadowolenie z obecnej polityki rządu. Jobbikowi udało się pozyskać już 150 tys. tych niezadowolonych, celem jest oczywiście przejęcie głosów pozostałych. Przez ostatni rok obserwujemy zmianę wizerunku partii, która odcinając się od faszyzującej przeszłości chce być teraz postrzegana jako partia ludowa. Czy takie zmiękczenie odstraszy część ich radykalnego elektoratu? Wyniki wyborów z 2014 roku na to nie wskazują, a bardziej radykalna Magyar Hajnal nie jest w stanie stworzyć liczącej się siły.

Na Jobbik nie głosują już tylko północno-wschodnie Węgry, ich zwolennicy rozsiani są po całym kraju i choć Jobbik wciąż nie jest zbyt popularny w stolicy i większych miastach, to coraz częściej głosują na nich mieszkańcy małych miasteczek i miejscowości na prowincji, którzy kiedyś opowiadali się za Fideszem. Tak więc drobnomieszczanie nie wstydzą się już głosować na tę partię. Dlaczego jednak mieliby się wstydzić? Jeśli pozwala się na paradowanie gardy w nielegalnych, czarnych mundurach w święto narodowe, a policja wierna zawsze każdej władzy – udaje że nic nie widzi. To zapewne miało według pomysłu Fideszu działać jak straszak, ale chyba znieczuliło Węgrów.

Pomimo braku zaplecza intelektualnego oraz konkretnego programu gospodarczego, bez którego trudno stać się partią rządzącą, Jobbik za realne uważa zwycięstwo w wyborach w 2018 roku. Sam Rig, który zwyciężył w Tapolca był pielęgniarzem w szpitalu, ale gdyby Vona go o to poprosił, z łatwością wyobraża sobie siebie w rządzie jako odpowiedzialnego za sprawy opieki zdrowotnej. Niektórzy analitycy zaczynają poważnie traktować zapowiedzi Jobbiku i plany zbudowania przez nich w ciągu najbliższych lat potrzebnego zaplecza. Większość jest jednak zgodna, że to plany nierealne, bo z takim dorobkiem jak dotychczasowy, Jobbikowi raczej trudno będzie stać się partnerem Zachodu, co skazałoby kraj na międzynarodową izolację, choć Vona ostatnio mocno deklaruje chęć stworzenia dobrych kontaktów z Niemcami.

Wygasa miłość do Fideszu i jeśli nawet część jego zwolenników pozostanie w domach, nie chcąc wspierać ani Jobbiku ani lewicy, to system wyborczy kierujący się zasadą, że zwycięzca bierze wszystko, przy którym już tak bardzo Fidesz majstrował, teraz może odbić mu się czkawką. 60% głosujących na lewicę i Fidesz w Tapolcy, nie ma teraz wcale swojego reprezentanta w parlamencie. Jednocześnie rządzący utracili większość konstytucyjną, co może im teraz uniemożliwić wygodne dla siebie zmiany w prawie wyborczym. Trudno będzie teraz też bronić konstytucji przed niepotrafiącymi ukryć niechęci do zasad demokracji, po tym jak się zrobiło z niej świstek papieru. W Niemczech ta metoda wielokrotnie powstrzymywała ekstremistów pozwalając urzędowi ochrony konstytucji na delegalizację partii nawołujących do obalenia ustroju. Na Węgrzech sam Orban zlikwidował republikę i tak naprawdę to nikt nie wie w czym dokładnie teraz żyje. Jeśli jutro ktoś tu ogłosi monarchię absolutną to też nikogo to zbytnio nie zdziwi.

Czy partia, która ma w swoim kierownictwie osoby nie kryjące rasistowskich poglądów i wygłaszające je publicznie, dzielące się na forum prostackimi żartami o Cyganach czy Żydach ma szansę stać się siłą rządzącą w tym kraju (nawet jeśli ociepli swój wizerunek, udając że takich poglądów nie podziela)? Po ostatnich wyborach w Tapolca ludzie jakby ze zdumieniem przecierają oczy budząc się z rodzajem moralnego kaca. Do wytrzeźwienia jednak daleko i niewielka garstka protestujących ginie w większości, pogrążonej w jakiejś apatii, a może nawet ze złośliwą satysfakcją komentujących, że oto jest nauczka dla władzy. Hitler wzywał kiedyś Niemców aby się obudzili, a jego pogrobowcy zdają się mówić teraz w całej Europie: Ciii…, śpijcie dalej, nic się takiego nie dzieje.

Paks – wielka tajemnica

Po burzliwym głosowaniu węgierski parlament utajnił jak to określono „biznesowe i techniczne szczegóły” umowy z rosyjskim Rosatomem na rozbudowę elektrowni atomowej w Paks. Umowa została utajniona na 30 lat. Do podjęcia tej decyzji konieczne było 2/3 głosów węgierskich parlamentarzystów i teoretycznie wydawało się, że po niedawnej przegranej Fideszu w Veszprem uda się powstrzymać rządzących przed jak to określa Fidesz „kontraktem stulecia”, a które to określenie w kontekście utajnienia szczegółów kontraktu jest mocno wyszydzane przez opozycję.

Za było 130 głosów, 62 przeciw i 1 wstrzymujący się. Spośród posłów Fidesz-KDNP wyłamał się Janos Bencsik wstrzymując się od głosu. Bencsik, który obecnie jest przewodniczącym podkomisji ds. energetyki, a który w poprzednim rządzie Orbana pełnił funkcję sekretarza ds. energetyki, wielokrotnie pozwalał sobie na krytykę polityki energetycznej obecnego rządu. W głosowaniu nie wziął udziału jeden z deputowanych skrajnie prawicowego Jobbiku, bo jak twierdzi został zastraszony, on i jego rodzina, przez – jak to określił przedstawiciel tej partii – “cygańską mafię”.  

Rząd węgierski próbuje wszystkich przekonywać, że tego typu utajnienie informacji jest standardem w krajach zachodnich, argumentując, że w obecnej chwili na świecie budowanych jest 69 bloków reaktorów nuklearnych i w każdym z tych przypadków towarzyszące im umowy pozostają tajne. Oprócz oczywistych szczegółów technicznych i kwestii bezpieczeństwa istnieje przecież szereg danych, które powinny być objęte tajemnicą handlową, a których ujawnienie godziłoby w interes narodowy.

Całkowite koszty rozbudowy elektrowni w Paks są szacowane na 12 mld Eur, na inwestycję Rosja udzieli Węgrom pożyczki w wysokości 10 mld Eur. Dwa nowe bloki elektrowni mają rozpocząć działanie w 2025/26 roku i będą pokrywać połowę zapotrzebowania Węgier na energię elektryczną, a cztery działające obecnie zostaną całkowicie wyłączone w latach 2032-37.

Opozycja próbuje w tej chwili apelować do prezydenta Adera o niepodpisywanie ustawy, ale wierny towarzysz Orbana z Fideszu raczej się nie zawaha. Większe nadzieje pokładane są w Trybunale Konstytucyjnym. Wg. MSZP decyzją w sprawie Paks frakcja Fideszu zasłużyła sobie na tytuł najbardziej skorumpowanej grupy parlamentarnej wszechczasów. PM mówi o zalegalizowaniu przez rząd gigantycznej kradzieży, LMP uważa, że utajnienie umowy narusza konstytucję oraz uzgodnienia wynikające z unijnego prawa o ochronie środowiska, a Jobbik stwierdził że w słusznym celu też można ukraść ogromne pieniądze.

Obawy opozycji do pewnego stopnia próbuje rozwiać unijna komisarz do spraw konkurencji Margrethe Vestager, twierdząc że Komisja Europejska pomimo utajnienia umowy ma potencjał i narzędzia pozwalające na poznanie szczegółów umowy zawartej pomiędzy rządem węgierskim i Rosatomem, choć nie chce podać szczegółów, kiedy np. miałoby się tego typu śledztwo rozpocząć.

Może się jednak okazać, że z tym potencjałem Unii wobec tego projektu nie jest tak jak pani komisarz myśli: w czasie wizyty kanclerz Merkel Węgrzy włączyli do projektu niemieckiego Siemensa, a teraz pojawiły się informacje, że swój kawałek tortu w inwestycji dostanie amerykański Westinghouse.

Nieoczekiwany wynik wyborów w Veszprém

Wybory uzupełniające do parlamentu w tradycyjnie prawicowym Veszprém wygrał w niedzielę niezależny kandydat Zoltán Kész popierany przez lewicę. Kész otrzymując 43% głosów zwyciężył z przewagą 10% nad kandydatem Fideszu Lajosem Némedi. Fidesz–KDNP traci tym samym konstytucyjną większość 2/3 głosów w parlamencie.

Wyborcy mają rację – powiedział Tibor Navracsics, były minister w rządzie Fidesz, a obecnie komisarz w UE, po którym mandat obejmie Kész. Navracsics wygrał w wyborach w tym okręgu wiosną 2014 z przewagą 20% nad kandydatem lewicy. W Fidesz spodziewano się, że tym razem różnica między kandydatami będzie mniejsza, ale liczono jednak na wygraną. Fidesz musi wypracować nową strategię – dodał Navracsics, który ostatnio nie szczędzi gorzkich słów swojej byłej partii. Viktor Orbán komentując wynik wyborów powiedział, że należy uszanować decyzję wyborców i jednocześnie wyciągnąć z tej porażki wnioski: nie można spocząć na laurach.

Posiadanie 2/3 większości parlamentarnej oznaczało możliwość zmiany nie tylko konstytucji ale i ordynacji wyborczej, z czego Fidesz korzystał.

2/3 głosów jest poza tym niezbędne do obsadzania wielu ważnych stanowisk w państwie i choć zostały one już w większości przez Fidesz obsadzone, to bez tego jednego głosu fideszowscy nominaci nie będą przez kilka następnych lat do wyborów szachowani możliwością ich swobodnego odwołania. Może to ich zachęcić do wzniesienia się ponad partyjne interesy, tak aby w przyszłości pozostać wiarygodnymi w środowiskach prawniczych czy akademickich, z których najczęściej się wywodzą.

Pogłębiać się może teraz również wewnętrzna erozja w samym Fideszie, w którym trwa konflikt zainicjowany przez Lajosa Simicskę (Simicska story I, Simicska story II), choć wydawało się, że w ostatnich dniach ten spasował, widząc jak słabe ma karty w ręku. Oligarcha doszedł chyba jednak do wniosku, że warto pozostać w grze, widząc jak drugiej stronie nie idzie karta.

I tak państwowa telewizja wiadomość o przegranych wyborach podała na 17 miejscu, a tymczasem główna gazeta Simicski nie odpuszcza tematu, co nie oznacza jednak, że cieszy się z tego zwycięstwa, nazywając zwycięskiego kandydata koniem Kaliguli. Magyar Nemzet neguje pozytywne cechy zwycięzcy, podkreślając, że wyborcy głosowali w sposób negatywny, przeciwko (w domyśle: nie mogąc głosować na lepszego kandydata jakim przecież mógł być Simicska). Nie głosowano na kandydata lecz przeciw rządowi.

W jednym z redakcyjnych komentarzy znajdujemy ewidentne odwołania do działań rządu i jego otoczenia i jak za komuny wezwanie do samokrytyki, do naprawienia błędów i wypaczeń oraz pozbycia się niekompetentnych doradców. Główny doradca premiera, Árpád Habony, do którego bez wątpienia odnoszą się te zarzuty, od pewnego czasu stał się przedmiotem śledztwa dziennikarskiego, kiedy okazało się, że wskazane przez niego w CV uczelnie nie są w stanie potwierdzić jego wykształcenia. Jeszcze niedawno jeden z polityków Fideszu rozpływał się nad wrodzonym talentem strategicznym Habonya, który pokazał Fideszowi jak prostym zajęciem jest polityka. Dziś natomiast, po przegranych wyborach w Veszprém wróży się koniec ery tego typu PR-owców. Jak widać polityka ich przerosła.

Simicska story cz.II

Szara eminencja Fideszu

Simicska formalnie nigdy nie wykazywał wielkiej aktywności politycznej w Fidesz. Wszyscy jednak wiedzieli, że jest on szalenie ważny jako człowiek, który potrafił zadbać o finanse partii – przez lata był największym biznesmenem wspierającym Fidesz, a jego zasługą było zorganizowanie pro-fideszowskich mediów. W czasie pierwszego rządu Orbána nie objął żadnej teki ministerialnej, był raptem szefem urzędu podatkowego (co dobrze świadczy o tym, że wiedział gdzie leżą konfitury).

Po powrocie do władzy w 2010 roku wydawało się, że Orbán „uczciwie” odwdzięcza się swojemu przyjacielowi i temat kontraktów budowlanych, które przypadły firmom Simicski w trakcie trwania pierwszej kadencji rządu Fideszu był potem głównym zarzutem jaki wysuwała opozycja w kolejnej kampanii wyborczej. Współpraca między starymi przyjaciółmi układała się jednak wtedy tak dobrze, że ilość brudów, jakie mogła prać w kampanii opozycja nie wystarczyła by odebrać Fideszowi choćby większość konstytucyjną (choć było blisko), nie mówiąc już o wygraniu wyborów. Opozycji sprawy nie ułatwiał sam Simicska, którego pieniądze i władza zdawały się nie psuć – unikał on kamer, prowadząc skryte życie na prowincji. Do momentu wybuchu konfliktu w obiegu medialnym funkcjonowało tak mało zdjęć Simicski, że opozycja nie była w stanie zdobyć aktualnego zdjęcia do swojej kampanii politycznej wymierzonej w przyjaciela Orbána.

Jednak wybory z 2014 przyniosły nowy Fidesz, w którym zaczęły być widoczne inne postacie niż tylko Orbána. Twarzami coraz „ciekawszych” pomysłów zaczęli być tacy politycy jak Kövér, Balog, Navracsics, Rogán, Szijjártó, Várga czy nawet burmistrz VIII dzielnicy Budapesztu Kocsis. Zaczęli pojawiać się w mediach mówiąc o swoich pomysłach. Oczywiście głos Orbána bywał ostateczny, ale czasami można było odnieść wrażenie, że popierając niektóre z projektów jest stawiany przed faktami dokonanymi, z którymi po namyśle zdecydował się nie walczyć.

Największą jednak karierę zrobił Dyzma węgierskiej sceny politycznej – János Lázár.

Urodzony w 1975 roku jest reprezentantem zupełnie innego pokolenia niż sam premier, jego kolega Simicska, obecny komisarz europejski Navracsics czy marszałek parlamentu Kövér. Z premierem łączy go jednak pewna ważna rzecz – obaj pochodzą z węgierskiej prowincji. Lázár nie studiował w Budapeszcie, tylko w Szegedzie, a po studiach nie ruszył do stolicy, ale wrócił do rodzinnego Hódmezővásárhely, gdzie się urodził i skończył szkołę średnią. Mieszkańcy zaś wybrali go w 2002 roku burmistrzem, dwa lata po tym jak wstąpił do Fidesz.

Stanowisko burmistrza łączył ze stanowiskiem posła do parlamentu przez następne 10 lat. W 2012 został sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, aby po dwóch latach zostać jej szefem i ministrem bez teki. Jednak to nie koniec kariery tego człowieka – pod jego rządami szef kancelarii stał się superministrem, zagarniając coraz to nowe zadania i uprawnienia. Jedni widzą w nim potencjalnego następcę Orbána a inni zderzak, który ten poświęci, gdy lud będzie domagał się głowy winnego.

Rosnąca władza tego stosunkowo młodego karierowicza z prowincji doprowadziła go do konfliktów ze starą gwardią. Kövérem – zmiana pokoleniowa w partii, Navracsicsem – który jako wykładowca akademicki i kandydat na wysokie unijne stanowisko skrytykował autorytarne działania rządu i swoją własną wobec niego uległość w przeszłości. A w końcu z Simicską.

I choć ten konflikt mógł się wydawać najoczywistszy to na początku wcale tak nie było. Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki, że Orbán chce pokazać swemu byłemu koledze jak wielki dystans ich dzieli, to właśnie Lázár próbował łagodzić spór. Premier jednak nie miał zamiaru odpuszczać Simicsce i wkrótce Lázár musiał przestać stać w rozkroku, a gdy już przestał to przeszedł do ataku. Pomysł kandydowania Simicski do parlamentu jako niezależnego (a przecież jednoznacznie kojarzonego z Fidesz) kandydata wśród innych polityków wywołał wesołość i stwierdzenia w stylu „ten żartowniś Ludwik”, Lázár śmiał się najgłośniej, ale najwyraźniej nieszczerze.

Ale jak to się stało, że premier zdecydował się uderzyć w skarbnika partii, człowieka, który przez wiele lat niepodzielnie rządził jej finansami? Czy stał za tym Lázár?

Jak spekulowały media węgierskie w sierpniu 2014 (HVG, Magyar Narancs) za zmianą stanowiska Orbána stał Árpád Habony. W roku 2014, który był rokiem potrójnych wyborów jako główny doradca do spraw komunikacji stał się powiernikiem premiera. Jego nastawienie w opozycji do Simicski nie wynikało tylko z chęci wpływu na szefa Fidesz, ale również z faktu, że związana z nim agencja jest konkurentem biznesowym Simicski. W imperium biznesowym Simicski istotną rolę odgrywała agencja reklamowa, która pozwalała wraz z jego mediami na czerpanie ogromnych zysków z reklam i ogłoszeń zlecanych przez państwo.

Media twierdzą, że Habony przekonał premiera, że można zdywersyfikować poparcie kapitałowe dla jego partii, opierając się na węgierskim biznesie. Możliwe, że to on stoi za przyjaźnią Orbána z Sándorem Csányim, szefem największego węgierskiego banku OTP czy László Baldaufem szefem sieci handlowej CBA.

Żeby spacyfikować stawiającego się oligarchę Habony doradził ponoć stworzenie Nemzeti Kommunikációs Ügynökség – NKÜ – Narodowego Urzędu Komunikacji, który zastąpiłby usługi zewnętrznych agencji reklamowych. Osobą nadzorującą ten nowy urząd został oczywiście Janos Lazar, tym samym premier ustawił go w opozycji do jego dawnego przyjaciela Simicski, który jakoby upatrywał w Lazarze następcy Orbána. János Lázár nie ma jednak większych problemów sentymentalnej natury, bo już w 2014 roku udowodnił premierowi swą wierność wycinając na jego polecenie ludzi Simicski z wpływowych stanowisk oraz pozbawiając oligarchę olbrzymich dopłat rolnych, które stanowiły jedno z głównych źródeł jego finansowej potęgi. Jednocześnie, pomimo że Lázár nie pałał sympatią do obecnie największego oligarchy i właściciela banku OTP Sándora Csányiego (uważał że ten osobiście polecił nie przyznać kredytu zarządzanemu przez Lázára Hódmezővásárhely; Lazar w jednym z wywiadów porównał go do ośmiornicy otaczającej swoimi mackami państwo, przy którym Simicska wydaje się małą myszką), to obecnie na polecenie Orbána musiał uregulować sobie stosunki z tym oligarchą.

Wracając do bohatera tego wpisu, Simicska nie zamierzał łatwo przyjmować ciosów i jako jedyny w partii postanowił przeciwstawić się Orbánowi. Stał się tym samym podwójnie niebezpieczny. Mógł być przykładem dla innych posłów z Fideszu, że ich indywidualny głos się liczy. Dlaczego jednak Simicska nie stanął do wyborów w Veszprém? Czy zwyciężyła partyjna lojalność? Raczej nie. Deklaracja Narodowego Urzędu Komunikacji, że będzie zamieszczać reklamy tylko w telewizji i radiu państwowym, a także informacje o tworzeniu kanału informacyjnego w państwowej telewizji co przełamie monopol informacyjny Simicski w Fidesz, to były dodatkowe poważne ciosy dla oligarchy. Możliwe, że nokautujące. Prawdopodobnie samą groźbą nie zmieniono jego zdania i coś musiano mu obiecać. Co to było może tłumaczyć wybuch wściekłości oligarchy, do którego doszło w piątek.

Czy wstanie z desek? Problem w tym, że w otoczeniu coraz silniejszych i młodszych konkurentów, nikt już może nie dać szansy staremu mistrzowi. Ludzie z jego otoczenia zaczęli go opuszczać.

Bomba rozbrojona, a cały czas coś tyka

Po wybuchu szwajcarskiej bomby polskie media od lewa do prawa chwaliły przenikliwość Orbana i jego rządu, który wymógł na bankach konieczność rozliczania kredytów mieszkaniowych udzielonych we frankach po stałym kursie z 2014, w obecnej sytuacji będącym niedościgłym marzeniem np. polskich kredytobiorców.

I tu nastąpiła rzecz niesłychanie dziwna. Niewątpliwy sukces Orbana jakby niezauważony na Węgrzech. Oczywiście w mediach opozycyjnych to wcale nie dziwi, ale Magyar Nemzet czy Magyar Hirlap nie wykorzystujące okazji do pochwalenia mężów opatrznościowych, jakimi naród obdarzył Fidesz?

Zamiast ukazywać jak wiele premier zrobił dla „frankowiczów”, ten peroruje o konieczności zmiany polityki imigracyjnej Unii Europejskiej i konieczności ochrony przed imigracją ekonomiczną. Węgrzy nigdy jakoś nie byli entuzjastami wielokulturowości, ale wydaje się, że niepokoje premiera nijak się mają do problemów ich dnia codziennego. Skąd więc ta niechęć do podniesienia flagi sukcesu która sama pcha się w ręce? Dlaczego główna gazeta prorządowa w końcu w swym lakonicznym komentarzu redakcyjnym ogranicza się do cytowania pochlebnych opinii z zagranicznych gazet?

Po pierwsze – Kto teraz wyrówna te koszty bankom? Jeszcze niedawno takie pytanie napotkałoby na prostą i dość cyniczną odpowiedź rządzących, że niech sobie same wyrównają, bo bank przecież nie zbiednieje. Teraz jednak coś się zmieniło. Zakup od GE Capital – Budapest Banku, a potem od  BayernLB – banku MKB, to początek planu Orbana, który stwierdził, że chciałby aby 60% banków na Węgrzech znalazło się w węgierskich rękach. Tak się składa, że teraz te węgierskie ręce to jego własne, jako właściciela Budapest Banku i MKB oraz jego kolegi ze stadionu, właściciela OTP Sandora Csanyiego. No i jak tu, tak miłym ludziom zrobić przykrość? Warto dodać również, że przejęcie MKB, generującego olbrzymie straty i tak już będzie kosztowało rząd niemałe pieniądze. Extra dotacja dla „frankowiczów” wynikająca z różnicy między sztywnym węgierskim kursem a tym po uwolnieniu, to dla nowych właścicieli niezbyt miła informacja.

Po drugie: Plan sztywnego kursu dotyczył tylko kredytów mieszkaniowych, podczas gdy ci którzy mają kredyty konsumpcyjne we frankach nadal muszą spłacać wg. aktualnego kursu. Oczywiście utrata samochodu to nie to samo co utrata domu, ale ci których to dotknie z pewnością będą mieli żal, nie do siebie czy banków które taki kredyt im wcisnęły, ale do rządu, który innym przecież pomógł.

Po trzecie: utrata wartości forinta do euro i dolara. W zeszłym tygodniu forint zaliczył najgorszy z kursów w stosunku do dolara w swej historii. To już nie tylko wynik problemów z frankiem, ale efekt powiązania Węgier z upadającym rynkiem rosyjskim. Na tej samej zasadzie swą wartość traci polska waluta, ale procentowy udział Węgier w pakietach z papierami rosyjskimi jest wyższy niż Polski. Polityczne decyzje rządu też raczej pogłębiały do tej pory tendencje kojarzenia Węgier z rynkiem rosyjskim. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że spadek wartości forinta to świetna informacja dla węgierskich eksporterów i zachodnich inwestorów. Jednak jakoś nie widać przed biurem Mihalya Vargi kolejki chętnych do zainwestowania na Węgrzech. Ten chwalił się ostatnio sukcesem w pozyskaniu 500 miejsc pracy w branży IT i to od Amerykanów, którzy ostatnio są trudnym partnerem dla węgierskiego rządu, ale to gorzki sukces. W tym samym czasie brytyjska sieć Tesco ogłosiła zamknięcie 13 sklepów i likwidację 560 miejsc pracy. Winą obarczyła rząd, który wprowadził niekorzystne dla wielkich sieci przepisy. Minister Varga uznał takie postawienie sprawy za dalece nieuczciwe, bo Tesco tnie koszty na całym świecie po ujawnieniu nieprawidłowości w centrali w UK. Trzeba jednak przyznać ze skala cięć w innych krajach jest mniejsza niż na Węgrzech – rząd węgierski dał koncernowi dobry powód.

Po czwarte: wydaje się, że dzisiejszy wyborca Fideszu to już nie ten młody człowiek (nazwa partii to w końcu Związek Młodych Demokratów, z czego obecnie został głównie Związek), wykształcony, poszukujący swego miejsca w życiu, na co nie bał się zaciągnąć kredytu we frankach. Obecnie to tak jak wyborca polskiego PIS – człowiek, który od kredytów stara się trzymać z dala albo z dala od nich trzyma go bank. Naturalnie epatowanie hojnością dla tych, którzy podjęli złe decyzje finansowe spotyka się w oczach takiego wyborcy z takim samym zrozumieniem jak pomoc socjalna dla mniejszości narodowych. Ten wyborca to też nie przedsiębiorca, który może zyskać na obniżeniu wartości forinta do euro – on traci i tak już niewielką siłę nabywczą swej pensji czy emerytury. Życia nie ułatwia mu też walka z wielkimi sieciami handlowymi: niby oficjalnie taki wyborca popiera wszystko co węgierskie, ale potem po mleko, piwo i bułki idzie do Tesco, Spara czy innego Lidla. Robienie tych samych zakupów w węgierskich sieciach CBA czy Coop jest dużo droższe.

Do tego właśnie wyborcy zwrócił się Antal Rogan i trzeba przyznać, że doszedł do całkiem ciekawych wniosków. Będąc liderem fideszowskiej frakcji parlamentarnej zaczął zastanawiać się w ramach Komisji Ekonomicznej Zgromadzenia Narodowego, dlaczego w związku z obniżeniem cen paliw nie doszło do obniżenia cen „(…) chleba albo rogalików? Czemu tak się nie stało z innymi usługami?”. Niestety nie wiadomo czy uzyskał jakąś sensowną odpowiedź.

Ciekawe jest jednak to, że następnie wypowiedział się odnośnie kwestii wprowadzenia euro jako waluty na Węgrzech. Tematu tego nie poruszał dawno już nikt na Węgrzech, ale ostatni spadek wartości forinta do tej waluty przywrócił jego sens. Zdaniem Rogana dla węgierskiej gospodarki realnym terminem byłyby lata 2018-2020, jednak jak dodał – przykład Słowenii czy Słowacji pokazuje, że euro niekoniecznie musi być dla Węgier korzystne.

Najciekawsze pytanie padło na końcu. Czy w 2017 po Janosu Aderze na stanowisko prezydenta zamierza kandydować Viktor Orban, przy założeniu, że węgierski system władzy zostanie zamieniony w półprezydencki? Rogan skwitował to jako bzdurę. Z doświadczenia jednak wiadomo, że nie takie bzdury na Węgrzech stawały się ciałem. Ciekawe jak te spekulacje skomentuje sam premier.