Zielone Świątki na Węgrzech

Zielone Świątki to na Węgrzech najważniejsze po Wielkanocy i Bożym Narodzeniu święto chrześcijańskie. Słowo pünkösd pochodzi od greckiego Pentēkostē (pięćdziesiąt). I choć w łacińskim świecie użycie greckiej terminologii wskazuje na chrześcijański charakter, to ewidentnie święto to nawiązuje do rzymskich tradycji przedchrześcijańskich – wszechobecna mnogość kwiatów to przecież rzymskie floralia, oddanie czci bogini roślinności i kwiatów Florze, w szerszym rozumieniu odnoszące się do płodności.

Na Węgrzech jednym z popularniejszych zwyczajów związanych z tym świętem jest wybieranie zielonoświątkowego króla. W niektórych regionach przetrwała tradycja organizowania zawodów, w czasie których kawalerowie mogą sprawdzić się w różnych dyscyplinach: np. jeździe konnej, ale też strzelaniu, podnoszeniu ciężarów, koszeniu, itd. Zwycięzca zostaje królem i w czasie trwania święta ma prawo do noszenia korony (stąd wzięło się powiedzenie „pünkösdi királyság” – zielonoświątkowe królestwo, odnoszące się do krótkiego okresu rządzenia). Oprócz tytułu króla zyskuje przywilej przewodzenia wspólnocie w czasie wesel i zabaw oraz otrzymywania trunków i jedzenia na koszt wspólnoty.

Na wsiach znany był też zwyczaj wybierania królowej. Była to najpiękniejsza i najmłodsza dziewczyna, która w otoczeniu starszych panien (a czasem i w towarzystwie króla), ustrojona kwiatami i zielonymi gałązkami ruszała na obchód domostw, w czasie którego sypano płatki kwiatów, śpiewano piosenki. Starsze dziewczęta otaczały młodszą, rozpościerały nad jej głową chustę lub nakrywały ją welonem, następnie wypowiadały życzenia obchodząc ją dookoła i na zakończenie unosząc – zwyczaj ten miał zapewnić gospodarstwu dobre plony.

Na powitanie wiosny okna lub płoty przyozdabiano w maiki, zielone gałązki, kwiaty rózy, piwonii, bzu albo jaśminu, co miało chronić domostwa przed uderzeniami piorunów. Czasem maiki w ramach zalotów były przyczepiane przez kawalerów do ogrodzeń domów, w których mieszkały młode panny.

W niektórych rejonach Zachodnich Węgier po wsiach chodził pochód z tureckim baszą – chłopakiem przebranym za Turka, ubranym w wypchane słomą spodnie, którego koledzy okładali kijami zmuszając do podskoków. W zamian za przedstawienie otrzymywali od gospodarzy pieniądze lub poczęstunek. Gdzie indziej chodził król ustrojony w gałązki bzu, a czasem spotykało się pochód przebranych, skutych łańcuchami jeńców, którzy chodząc od domu do domu prosili dziewczyny by te zlitowały się nad ich losem i wspomogły drobnym poczęstunkiem.

Ważnym wydarzeniem dla wiernych jest pielgrzymka do Csíksomlyó w Siedmiogrodzie (csíksomlyói búcsú), miejsca kultu maryjnego, gdzie co roku w sobotę poprzedzającą Zielone Świątki spotyka się nawet kilkaset tysięcy Węgrów, przybywających z różnych krajów Basenu Karpat. Tradycja spotkań w Csíksomlyó odwołuje się do wydarzeń z 1567 roku, kiedy Jan Zygmunt Zapolya, władca siedmiogrodzki próbował siłą zmusić strzegących granicy Seklerów do przejścia z wiary katolickiej na unitarianizm. Seklerzy postanowili bronić swojej wiary i udało im się odnieść zwycięstwo pod Nagyerdő w 1567 roku (choć fakt bitwy bywa podawany przez historyków w wątpliwość). Książę ogłosił w końcu wolność wyznania i wprowadził system, w którym taki sam status mieli katolicy, luteranie, kalwini i unitarianie. Seklerzy zaś w podzięce Matce Boskiej poprzysięgli, że będą spotykać się co roku na pamiątkę zwycięstwa.

Zgromadzony w czasie sobotniej mszy tłum robi wrażenie, szczególnie kiedy z wielu tysięcy ust zaczyna rozbrzmiewać węgierski hymn. Jest to zarazem święto diaspory węgierskiej, manifestacja narodowej przynależności i solidarności z Węgrami żyjącymi poza granicami kraju. Z Węgier pielgrzymi mogli dojechać na miejsce m.in. słynnym pociągiem: z Szombathely wyruszył Csíksomlyó Expressz, do którego w Budapeszcie dołączył Szekely Gyors (Ekspres seklerski) tworząc 16 wagonowy skład przewożący ponad 1000 pasażerów. Na miejscu obecny był również prezydent Węgier Janos Ader, co również świadczy o randze wydarzenia. Warto zajrzeć na transindex.ro, gdzie znajdziecie świetną galerię zdjęć z tegorocznego spotkania, kilka z nich poniżej.

Wielkanoc na Węgrzech – Hollókő

Tradycja Lanego Poniedziałku, która w Polsce wyewoluowała w dzikie wojny uliczne (którym w końcu trzeba było przeciwstawić siłę argumentów prawnych) zrodziła się z wiejskich zwyczajów, kultywowanych na wsi do dziś. Tam jednak nikt się nie obraża, a wszystko jest uregulowane ramami tradycji. Bo też żadna panna nie może się obrazić jeśli wiele wody zostanie na nią wylane – widać, że się kawalerom podoba. Ta, jak i wiele innych tradycji wielkanocnych łączą Polaków i Węgrów. Czasami wręcz odnoszę wrażenie, że polskie fakultety etnograficzne powinny otworzyć jakąś stałą placówkę na Węgrzech – tak wielkie było przenikanie się kultur chłopskich między oboma narodami. Niewątpliwie jednak elementem zazdrości polskich etnografów jest masowy udział Węgrów w pielęgnacji dawnych zwyczajów (po części wynikający z ruchu táncházów – domów tańca), który jednak tak jak i w Polsce spotyka się z krytyką i zarzutami o „cepeliowość”. Tak czy owak, żywe wielkanocne zwyczaje ludowe ściągają w Wielkanoc tłumy do malutkiej wioseczki na północnym skraju Węgier, niedaleko od słowackiej granicy.

Hollókő – wioska położona jest w komitacie Nógrád, ok. 100 km od Budapesztu, w otoczeniu wzgórz Cserhát. Znana jest z tego, że jej stara część zwana Ófalu w roku 1987 została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wioska zachowała swój oryginalny charakter, który przejawia się w jednolitym budownictwie w stylu Połowców (Palócok) – długie bielone chaty, z uroczymi gankami i rzeźbionymi szczytami dachów, wybudowane na wąskich działkach, gdzie do części mieszkalnej składającej się tradycyjnie z trzech izb przylegają pomieszczenia gospodarskie.

Początki wioski sięgają XVII wieku, jednak przez wieki drewniane domy często były niszczone przez pożary. Po ostatnim pożarze z roku 1909 chaty odbudowano na kamiennych podmurówkach i w tej formie większość przetrwała do dziś, zachowując niezwykłą spójność zabudowy (ponad 50 chat położonych wzdłuż ulic Petőfi i Kossuth). W centrum wsi znajduje się kościół rzymsko-katolicki z 1889 roku, kryty gontem, z drewnianą wieżą.

Nad wsią górują ruiny XIII wiecznego zamku (częściowo odrestaurowany, można go zwiedzać). Dookoła rozpościera się Park Przyrody Hollókő (141 ha) z trasami dla pieszych i rowerzystów. Symbolem osady jest kruk trzymający w szponach kamień, stąd nazwa Hollókő – kruczy kamień. Jedna z legend mówi, że pewnego razu András Kacsics właściciel sąsiadującej z dzisiejszym Hollókő Pusztavárhegy, porwał piękną dziewczynę, której piastunka okazała się być wiedźmą. By uwolnić dziewczynę zawarła ona pakt z diabłem. Na rozkaz czarta diabelscy synowie pod postacią kruków przenieśli w nocy kamienie z wieży, w której więziona była dziewczyna, oswobadzając ją.

Wioska przyciąga turystów przez cały rok, ale szczególnie tłoczno jest tutaj wiosną, w czasie świąt wielkanocnych, kiedy organizowany jest festiwal znany pod nazwą Wielkanoc w Hollókő. Jest to cykl imprez trwających od Wielkiego Piątku do Poniedziałku Wielkanocnego, prezentujących zwyczaje związane z Wielkim Tygodniem. My wybraliśmy się do Hollókő w Lany Poniedziałek, by pokazać chłopcom tradycje związane z tym dniem. Jak już wspomniałam na wstępie, razić może, że oczywiście wszystko zorganizowane jest na pokaz, że pokazowa jest niejako cała wioska, wokół której prężnie rozwija się turystyczny biznes (np. w tym roku wstęp na festiwal kosztował 2500 Ft od osoby, dla dzieci wstęp wolny). Dzięki temu możliwe jest jednak utrzymanie skansenu, a i mieszkańcy wioski znajdują w ten sposób zajęcie. Turyści z całego świata (Japończycy, Chińczycy, Amerykanie, Polacy a nawet Afrykanie, choć co ciekawe nie było Rosjan którzy tak prężnie rozwijają ostatnio kontakty turystyczne na Węgrzech).

Na Węgrzech nie zanikł zupełnie zwyczaj polewania (locsolkodás) czy to wodą kolońską, czy perfumami czy też zwykłą wodą, ale istnieje w zdecydowanie symbolicznym wymiarze. Dziewczęta, które liczą na coś więcej odnajdą to na niektórych wsiach, a szczególnie w Hollókő (ale i innych wioskach na ziemi Połowców). Tu wciąż jeszcze wylewa się tej wody całkiem spore ilości. Po centrum wsi paradują wtedy zastępy dziewcząt i kawalerów uzbrojonych w wiaderka, dzbanki, cebrzyki, śpiewając i deklamując żartobliwie między sobą. Dziewczyny piszcząc uciekają, widowni też się trochę dostaje (ale tak symbolicznie – uwaga na osobnika z wąsami a la Dali – odwdzięcza się za pochwalenie wyhodowanych wąsów polewając wodą). U naszych chłopców ten punkt programu zdecydowanie zajął pierwsze miejsce na liście atrakcji tego dnia, udokumentowany został nawet ich czynny udział w tej zabawie.

Uwagę zwracają przede wszystkim stroje – spódnice dziewczyn z tylu warstw, że tworzą szerokie klosze, co pewnie wraz z chustami chroni jej przed chłodem (pomimo tego że świeciło słońce, było dość zimno). Stroje te, noszone są tylko na specjalne okazje, święta czy imprezy prezentujące folklor regionu. Różnorodność jest duża, o czym można się przekonać odwiedzając np. ulokowane w jednej z chat muzeum lalek, prezentujące stroje ludowe z różnych części Węgier. Różny kolor, długość i zdobienia wskazują na region z którego pochodzi dany strój. Możemy wyróżnić kilka grup strojów Połowców: z Hollókő, Buják, Kazár, Őrhalom, Rimóc.

Wielkanoc na Węgrzech, podobnie jak w Polsce kojarzy się nieodłącznie z jajkami malowanymi w tradycyjne, ale i w różne bardziej fantazyjne wzory. Tu również w zależności od regionu istnieją różnice w technice wykonania, kolorach czy motywach. Mieliśmy okazję podziwiać te piękne pisanki (himestojás) malowane ręcznie, niektóre z użyciem wosku albo powstałe przez zdrapywanie farby z wydmuszek, pomalowanych wcześniej farbami takimi jak do farbowania materiałów. Maluchy zapragnęły wykonać własne egzemplarze i jak na pierwszy raz „drapanki” wyszły im całkiem nieźle. Udało nam się nawet dowieźć je w całości do domu.

Dzieciom, zarówno miejscowym jak i przyjezdnym najwyraźniej się podobało.

Zatrzymaliśmy się na koniec na jednym z podwórek należącym do Kerekes Band by posłuchać jak grają chłopaki z Góbé – to węgierski zespół, który gra folk wyrastający z tradycji Siedmiogrodu i Wojwodiny. Lawirowanie na granicach gatunków, klasyczne wykształcenie muzyczne plus elementy współczesnego jazzu, country i rocka dają całkiem ciekawą mieszankę.

Kiedy opuszczaliśmy teren festiwalu, naszą uwagę zwróciła dyplomatyczna limuzyna – okazało się, że to nowa ambasador USA w ramach zgłębiania swojej wiedzy o Węgrzech postanowiła odwiedzić wioskę Palóców. Potrafiła jednak tak wmieszać się w tłum turystów, że minęła nas niezauważenie. Będąc już na parkingu na obrzeżach Hollókő wciąż słyszeliśmy dudnienie dochodzące od strony sceny – były to odgłosy podskoków, przytupów i innych hołubców, które szczególnie urzekły Młodszego. Nie wiem tylko czy nasi sąsiedzi z dołu będą w stanie zrozumieć tę fascynację…

Więcej o Wielkanocy na Węgrzech tu.

Żarłoczny czwartek

Torkos csütörtök – dosł. żarłoczny albo łakomy czwartek, wypada na Węgrzech po Środzie Popielcowej (hamvazószerda) a więc tydzień po tłustym czwartku, choć wszystko na to wskazuje, że jest de facto tłustym czwartkiem. Według niektórych źródeł w tradycji ludowej była to ostatnia okazja, żeby najeść się do syta przed okresem wielkiego postu (nagyböjt) poprzedzającym Wielkanoc (húsvét). Spożywano wtedy to co pozostało po ostatnim tygodniu karnawału (farsang), w szczególności tłuste potrawy, tak żeby nic się nie zmarnowało. Środa Popielcowa należy już do wielkiego postu, a zatem na jeden dzień post zawieszano. Nie wiadomo na ile ten zwyczaj wyrasta faktycznie z tradycji, a na ile jest wynikiem pomyłki, bo jako dzień zjadania „ostatków” wymieniany jest na Węgrzech czasem wtorek przed Popielcem (tak jak u nas i w innych krajach).

Inne źródła podają, że to przesunięcie o tydzień w stosunku do tłustego czwartku nastąpiło na Węgrzech dopiero w drugiej połowie XX w. i było wynikiem zabiegów poprzedniego systemu, by obniżyć rangę i religijny wymiar wielkiego postu. Bywało, że zakładowe czy szkolne zabawy urządzano w czasie wielkiego postu, a nawet w Środę Popielcową. Po zmianie systemu o nowej-starej tradycji jakby zapomniano i dopiero w 2006 roku wskrzesiła ją Węgierska Turystyka, organizując reklamową akcję gastronomiczną, do której przyłączyło się wiele restauracji w całym kraju. I tak od kilku lat restauracje i niektóre hotele na Węgrzech oferują tego dnia 50% zniżki dla gości.

Akcja cieszy się ogromną popularnością, co roku tysiące Węgrów rusza do ulubionych restauracji by skorzystać z możliwości najedzenia się do syta za pół ceny. Warto więc wcześniej zarezerwować miejsce, żeby nie obejść się smakiem. Listę miejsc, które biorą udział w tegorocznym Torkos Csütörtök (19 lutego 2015) znajdziecie tutaj. Jest kilka możliwości wyszukiwania, np. wg. regionu Węgier, tylko stolica, wg. dzielnic Budapesztu.

Zapowiedzi 05.02.2015

12-17 lutego: Mohácsi Busójárás 2015. Prawdziwe hungarikum, żywa folklorystyczna legenda. Obchody końca karnawału na południowym krańcu Węgier, wywodzące się z tradycji  zamieszkujących te tereny Šokci (ludność pochodzenia chorwackiego). Busó to ludzie ubrani w charakterystyczne maski. Legenda mówi, że w czasie gdy tereny te najechali Turcy, ludność Mohacza uciekła z miasta i schroniła się w pobliskich lasach i bagnach. Pewnego razu, gdy siedzieli przy ognisku znikąd wyłonił się starzec, który powiedział, żeby się nie bali, bo ich życie wróci niedługo do ładu. Tymczasem mają przygotowywać z drewna różnoraką broń i straszne maski dla siebie oraz czekać na burzliwą noc, gdy zamaskowany rycerz przyjdzie po nich. Po tych słowach starzec zniknął. Po kilku dniach, rzeczywiście w noc burzową zjawił się rycerz. Poprowadził przebranych w maski mieszkańców z powrotem do Mohacza i tam nakazał im robić jak najwięcej hałasu. Przerażeni strasznymi maskami i piorunami Turcy uznali, że atakują ich demony i uciekli zanim wstało słońce. Na pamiątkę tych wydarzeń postał zwyczaj pochodów zamaskowanych Busó, który obecnie stanowi okazję do prezentacji tradycji, ludowej muzyki i tańców. Wg. innej legendy Busó mieli odstraszać nie Turków tylko zimę. Te tradycyjne uroczystości zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO w 2009 r. W obchodach biorą również udział grupy przebierańców z Serbii i z Polski, a podobny zwyczaj znany jest także w Bułgarii czy Szwajcarii. Główne obchody mają miejsce w niedzielę. Tu szczegółowy program.

6-8 lutego: VIII. Mangalica Budapest Festival na Szabadság tér. Choć główną bohaterką będzie endemiczna węgierska włochata świnka – czyli mangalica, to organizatorzy zapowiadają prezentacje różnorakiej oferty małych lokalnych producentów (sery, olej, syropy, miód, dżemy, przyprawy itp.) Mangalica obecnie wraca do łask, bo jej mięso jest nie tylko smaczne, ale ponoć bardziej zdrowe od klasycznej wieprzowiny. Popyt na mięso mangalicy jest tak duży, że wcale nierzadko zdarzają się próby jej fałszowania. Na festiwalu produkty mają być prezentowane pod kontrolą Narodowego Stowarzyszenia Hodowców Mangalicy, tak aby wszyscy mogli poznać jej prawdziwy smak.

5-8 lutego: Miskolc stanie się węgierską stolicą zimnych nóżek (kocsonya). Aby to podkreślić ma tam powstać największa galareta na Węgrzech. W ramach kilkudniowej imprezy wystąpi mnóstwo węgierskich gwiazd muzyki sponsorowanych przez Becherovkę – co trochę mi się kłóci z moją wizją alkoholu podawanego do „meduzy”. Wstęp na wszystkie koncerty bezpłatny.

 7-8 lutego: Międzynarodowa Wystawa Kotów w Lurdy Ház w Budapeszcie. Będzie można nie tylko obejrzeć te najpiękniejsze i egzotyczne, ale również skorzystać z porad weterynaryjnych, nabyć kocie gadżety, a na najmłodszych czekają specjalne programy z kotami w roli głównej. Co ciekawe w ramach wystawy zaprezentowane zostaną również mniejsze zwierzęta takie jak karłowate króliki, fretki czy inne hodowane w domach gryzonie – pozostaje mieć nadzieję, że koty ich nie pozjadają.

6-7 lutego: Festiwal wsparcia dla Food Not Bombs. Dwudniowa impreza w trakcie której będą zbierane środki na realizację tej społecznej inicjatywy. Polega ona na rozdawaniu ciepłych, wegańskich lub wegetariańskich posiłków ludziom biednym, bezdomnym i bezrobotnym. Akcji towarzyszy przekaz antyrządowy i antywojenny, a jej ideą przewodnią jest pokazanie, że pieniądze marnowane są na zbrojenia, podczas gdy wielu ludzi umiera z głodu. 6 lutego w Durerkert o 20.00 zagrają alternatywne zespoły Ricsárdgír, Sonya , Giant, ZUP. 7 lutego w Limo Café (V dzielnica, Belgrád rkp. 9.) o 19.00 zagrają HC/punkowe zespoły: Tumo, Diskobra, Wasted Struggle, Cvlt of Grace, Mudpie, Exterminating Angel, Crippled Fox, Hanoi, Wroongg!, Tango Underground, Fake Shakes – bilety minimum 1000 Ft.

Sobota 7 lutego, o godzinie 20.00 – Matt Bianco. Osobom zainteresowanym jazzem więcej nie trzeba już mówić, a jeśli ktoś nadal nie wie o co chodzi: brytyjski zespół (obecnie duet), który podbił w latach 80 listy przebojów jazzu i któremu udało się zaistnieć również w głównym nurcie popu. Wszystko to dzięki nowoczesnemu jak na tamte czasy połączeniu jazzu i bossanovy z soulem, latin popem (pod koniec lat 80 zespół współpracował z mężem Glorii Estefan jako producentem) czy wręcz muzyką dance. Dla Polaków w historii zespołu istotne jest, że to razem z nim odniosła na zachodzie sukces Basia Trzetrzelewska znana wcześniej w Polsce jako jedna z Alibabek. Wokalistka nawet po opuszczeniu zespołu pozostała wierna jego klimatom. Dość nietypowa lokalizacja koncertu – MOM Sport – Uszoda és Sportközpont, 1123 Budapeszt, Csörsz u. . 14-16

W niedzielę 8 lutego: TVP 2 o 11.35 powtórkowy program U Szeklerów z cyklu Makłowicz w podróży. „Tajemniczy lud Szeklerów zamieszkuje do dzisiaj północny Siedmiogród a ich Święta Skała góruje nad wioską Rimetea, po węgiersku zwaną Torocko. Wioska została starannie odnowiona w latach 90-tych (zdobyła laur „Europa Nostra!”), a w jej centrum stoi zbór unitariański. Udziela on akurat ekumenicznej gościny węgierskim katolikom, licznie przybyłym na mszę świętą… na motocyklach. Robert wyjaśnia cel ich wizyty. Nazajutrz, w miejscowym pensjonacie asystuje przy pieczeniu chleba i zjada z gospodarzem tradycyjne szeklerskie śniadanie. Na obiad kosztuje rumuńskie zupy – flaczki na kwaśno i estragonową – a własnoręcznie, pod Świętą Skałą, gotuje kapustę po szeklersku.”(fb Robert Makłowicz)

Cirque du Soleil w Budapeszcie 13-15 lutego w Papp László Budapest Sportaréna. Ceny biletów tu.

Choinkowe barykady

Ciekawe zjawisko – w mieście powstają prawdziwe choinkowe barykady. Czy to obrońcy świąt którzy nie mogą pogodzić się z końcem zimowej przerwy? Nie, to po prostu typowy widok po którym można poznać w Budapeszcie, że nadchodzi Trzech Króli. Podobnie jak w Polsce do tego dnia trzyma się żywe choinki. Kto w tym czasie nie wystawi swojej na ulicę ten będzie jej szkielet oglądał przez najbliższe miesiące przed swoim domem (dozorcy palcem nie kiwną, bo przecież każdy wiedział kiedy trzeba choinkę wystawić).

Niestety zawsze znajdą się tacy, którzy jednak nie wiedzieli, a służby porządkowe za swój obowiązek uważają wychować obywatela – i tak przez ostatnie lata zawsze się jakieś choinkowe truchło walało na ulicy do marca.

Luca nap czyli zwyczaje na św. Łucję

13 grudnia – dzień św. Łucji to dzień, w którym dość dobrze widać przenikanie się zwyczajów chrześcijańskiego adwentu ze starymi pogańskimi wierzeniami, dotyczącymi święta przesilenia, a także z wierzeniami już schrystianizowanych ludów w to, że po świecie nadal uganiają się różne ciemne siły i czarownice.

Chrześcijańska patronka św. Łucja jak żadna inna nadawała się żeby umieścić ją w ostatnim dniu panowania ciemności na ziemi, kiedy jeszcze nie doszło do przesilenia. Święta ta pochodząca z Syrakuz na Sycylii wyłupiła sobie oczy po tym gdy została skazana za wyznawanie swej wiary na umieszczenie w domu publicznym.

Na Węgrzech ludowe zwyczaje związane z tym dniem (Luca nap) nie odbiegają zbytnio od wierzeń innych ludów Europy i opierają się na różnych wróżbach, przepowiedniach i zabiegach próbujących odżegnać złe czary. Wierzenia i tradycje dotyczące tego dnia odnoszą się zasadniczo do trzech różnych aspektów życia ludzi, szczególnie na wsiach. Po pierwsze, zgodnie z dawnym niereformowanym kalendarzem w tym momencie roku przestawało ubywać dnia, co dla prostych ludzi żyjących w świecie chrześcijańskim jak i przed-chrześcijańskim było widomym znakiem zwycięstwa światła nad ciemnością. Z tego pierwszego aspektu wynika to, że ludzi otaczają nieprzyjazne im siły związane z nocą, najczęściej uosabiane przez czarownice. Dlatego też w tym dniu tryumfu światła za pomocą odpowiednich zabiegów można je wykryć czy też się przed nimi ochronić. Idąc dalej tym magicznym tropem, dochodzimy do trzeciego aspektu, którym była chęć odgadnięcia przyszłości, często determinowanej przez nieokiełznaną a co za tym idzie nieprzyjazną ludziom przyrodę, sposobu, który należy wybrać by dożyć kolejnych obfitych zbiorów.

O ile dziś tego typu magiczne zwyczaje w Polsce nie kojarzą nam się powszechnie z 13 grudnia, a  bardziej z Andrzejkami, to na Węgrzech pamięć o tych tradycjach jest jeszcze dość żywa właśnie w tym dniu. Warto wspomnieć o kilku ciekawszych spośród nich. Niewątpliwie najbardziej spektakularnym, choć trudno powiedzieć na ile praktykowanym z uwagi na kwestię dostępności drewna (ciekawe czy w marketach budowlanych można dostać bez problemu aż tyle jego rodzajów) było wykonywanie tzw. luca-szek czyli specjalnego stołka z 13 kawałków drewna pochodzących z 9 różnych gatunków drzew. Jego kształt miał wywodzić się od pentagramu (opartego na pięciokącie wiedźmy – boszorkányszög). Pracę należało rozpocząć 13 grudnia i kontynuować każdego dnia aż do świąt (stąd wzięło się przysłowie, że coś robi się bardzo wolno, powstaje bardzo długo „Lassan készül, mint a Luca széke”).

Stołek należało następnie przemycić do kościoła na pasterkę. Kto na nim stanął mógł zobaczyć które ze zgromadzonych kobiet są czarownicami (było wtedy widać ich rogi; dlatego też ponoć przy wejściu do kościoła pochylały głowy, by nimi nie zawadzić o futrynę). Kto czarownicę wypatrzył musiał biec do domu ile sił w nogach, żeby go wiedźmy nie dopadły i nie zniszczyły stołka. Można było je spowolnić rozsypując za sobą mak, który te musiały zbierać. W domu należało stołek wrzucić do ognia,  a jego drewniane kawałki paląc się wydawały krzyki oznaczające koniec czarownicy. Następnie w dziurkę od klucza wpychano czosnek, w lewą futrynę drzwi wbijano nóż a miotłę umieszczano w poprzek drzwi – te zabiegi zapewniały idealną ochronę przed złymi mocami.

U reformatów drewniany stołek zabierano z kolei na rozstaje dróg – ulubione miejsce zbierania się czarownic. Kto na stołku stanął mógł odkryć kto we wspólnocie ma złe moce.

Podobnym zwyczajem było wykonywanie bata z rzemyków – codziennie dokręcano po jednym rzemieniu tak by całość była gotowa do świąt. W noc Bożego Narodzenia należało z niego strzelić, na ten dźwięk zbierały się czarownice.

Na wsiach istniał też zwyczaj lucazas – chodzenia po domach przebranych za duchy dzieci, które za drobne upominki czy poczęstunek wypowiadając rymowanki przepowiadały gospodarzom obfite zbiory. Skąpi gospodarze otrzymywali w zamian złą wróżbę. Przypomina Wam to coś? Powszechną rozrywką młodzieży były różnego rodzaju wygłupy. Szczególnie na terenie zachodnich Węgier rozpowszechniony był zwyczaj przygotowywania lampionów z dyni, wycinanie otworów na oczy, nos i szczerzące się w uśmiechu zęby a następnie umieszczanie podświetlonych dyń w oknach by przestraszyć domowników i sąsiadów. W niektórych regionach dla żartu zdejmowano i chowano gospodarzom bramy z ogrodzenia lub np. demontowano całe drewniane wozy.

Wiele wróżb czy zakazów odnosiło się do płodności, dobrobytu , długości życia.

Przyszłoroczne zbiory przewidywano na podstawie wysianych tego dnia ziaren pszenicy. Naczynie z ziarnami stawiano obok pieca, by pszenica wykiełkowała na święta. Im bujniejsza wyrosła, tym bogatszy w zbiory miał być przyszły rok. Taki zielony „stroik” stawiano później na świątecznym stole.

Od tego czy pierwszym gościem odwiedzającym tego dnia dom był mężczyzna czy kobieta miała zależeć płeć zwierząt przychodzących na świat w gospodarstwie w następnym roku.

Od złych mocy zwierzęta można było ochronić pocierając ich głowy czosnkiem. Na drzwiach pomieszczeń gospodarskich malowano krzyż, przed ich wejściem rozsypywano popiół. Na noc zjadano chleb z czosnkiem by oddechem odstraszyć w nocy złe duchy. Na noc zamykano też miotły, by czarownice nie mogły na nich latać.

Dziewczyny przygotowywały 12 knedli (gombóc), w których umieszczały imiona chłopców. Ten który pierwszy wypłynął na powierzchnię przepowiadał imię przyszłego męża. Imiona można było też zapisać na 12 karteczkach, z których codziennie palono po jednej. Ta która została na koniec kryła imię przyszłego męża.

Do dziś znany jest zwyczaj pieczenia w tym dniu pogacsa (dla niezorientowanych: słony wypiek, bardzo popularny na Węgrzech jako przekąska)  i umieszczanie w jednym z nich monety. Osoba, która natknie się na pogacsa z pieniążkiem będzie miała zapewniony w przyszłym roku dobrobyt i bogactwo (oczywiście o ile śmiertelnie się tą monetą nie udławi :))

Tego dnia zabronione było wykonywanie niektórych prac, np. niewskazane było szycie gdyż mogłoby to spowodować, że kury w przyszłym roku by się nie niosły.

Z 13 grudnia związany był zwyczaj przepowiadania pogody na nadchodzący rok. Każdy z dwunastu dni, pozostałych do świąt, odpowiadał kolejnym miesiącom nowego roku. A zatem od tego jaką mamy pogodę 13 grudnia będzie zależała pogoda w styczniu, 14 grudnia okaże się jakiego lutego mamy się spodziewać, 15 grudnia to pogoda na marzec, itd.

Na Seklerszczyźnie pogodę przepowiadano na podstawie zdejmowanych z cebuli kolejnych 12 warstw, z których każda odpowiadała jednemu z miesięcy. Następnie każdą ze skórek posypywano solą – tam gdzie sól się rozpuściła, miesiąc miał być deszczowy, a gdzie sól pozostała sucha – w tym miesiącu nie spodziewano się opadów.

Gęś w czerwonym winie

Na Świętego Marcina najlepsza gęsina – jak mówi przysłowie. W wersji węgierskiej dodatkowo zapewnia nas, że spożywając tego dnia potrawy z gęsi, nie zaznamy głodu przez cały rok – „Aki Márton napon libát eszik, egész évben nem éhezik”.  Tak więc najadano się tego dnia do syta, bo już za chwilę zaczynał się 40 dniowy post adwentowy poprzedzający święta  Bożego Narodzenia. Zgodnie z innym ludowym porzekadłem, znanym również w Polsce, jeśli na św. Marcina było bardzo zimno to spodziewano się łagodnej zimy, co po węgiersku wyraża przysłowie: jeśli gęsi na Marcina chodzą po lodzie, to na Boże Narodzenie po wodzie – „Márton napján, ha a lúd jégen jár, akkor karácsonykor vízben poroszkál“. Tradycje świętomarcińskie wiązały się z zakończeniem okresu prac polowych i oznaczały początek zimowego odpoczynku po całorocznej pracy. Tego dnia bezwzględnie należało też skosztować wina, bo Marcin był w większości winnych regionów patronem młodego wina i jego sędzią: „A bornak Márton a bírója“. To w tym okresie moszcz zamieniał się w młode wino i można było wreszcie ocenić owoc całorocznego trudu. Wino towarzyszyło naturalnie potrawom z gęsiny, tradycyjnie  była to gęś faszerowana pieczona w całości, ale dla bardziej zapracowanych zamieszczam poniżej przepis na gęsie udka.

Pieczona gęś
5 gęsich udek
1 kg ziemniaków
2 średnie cebule
6 ząbków czosnku
4 duże jabłka
2.5 dl wytrawnego czerwonego wina
2.5 dl soku jabłkowego
sól, pieprz
pokrojona gałązka rozmarynu, druga w całości
suszony lubczyk

Kapusta
1 główka modrej kapusty średniej wielkości
1 cebula
ząbek czosnku
2 jabłka
2 dl octu balsamicznego + 1 łyżka winnego miodowego
sól, pieprz
2-3 łyżki cukru trzcinowego
5 listków laurowych
1 łyżeczka kminku (w ziarnach lub jeśli ktoś nie lubi w całości – może być mielony)
1 czubata łyżka masła + 1 łyżka oliwy z oliwek

Wykonanie

Udka wstępnie należy opiec na patelni, z każdej strony 6-7 min, zaczynając od tej ze skórką; następnie ułożyć je w brytfannie, obłożyć ząbkami czosnku i pokrojoną w ćwiartki cebulą, posypać solą i pieprzem, dodać zioła, podlać czerwonym winem i sokiem jabłkowym. Brytfannę należy szczelnie przykryć folią aluminiową i wstawić na 1.5 godziny do rozgrzanego do 160 stopni piekarnika.

W międzyczasie kroimy modrą kapustę, cebulę na drobno, jabłka w plasterki. Na głębokiej patelni (lub w rondlu) roztapiamy masło z dodatkiem łyżki oliwy, dzięki czemu się nie przypali. Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy pokrojoną cebulę, po chwili kminek, szczyptę soli. Kiedy poczujemy aromat kminku dodajemy kapustę i liść laurowy. Po 5 min dorzucamy jabłko, dolewamy octu balsamicznego i winnego, dodajemy soli, pieprzu i cukru; dusimy do miękkości (pod koniec można trochę zwiększyć płomień).

Po upływie 1.5 h wyciągamy udka z piekarnika; w brytfannie układamy pokrojone w kostkę ziemniaki (3 cm) i ćwiartki jabłek, dorzucamy pozostałą w całości gałązkę rozmarynu. Przykrywamy wszystko folią i wstawiamy na kolejną godzinę do piekarnika (tym razem na 180 stopni). Sprawdzamy czy ziemniaki są miękkie, jeśli nie – pieczemy jeszcze ok. 15-20 min, po czym zdejmujemy folię i nastawiamy piekarnik na 220 stopni by skórka na udkach się zrumieniła. Po upieczeniu mięso będzie kruche i soczyste o chrupiącej skórce i wyraźnym aromacie czerwonego wina. (przepis z szeretlekmagyarorszag.hu)