Zapowiedzi 05.02.2015

12-17 lutego: Mohácsi Busójárás 2015. Prawdziwe hungarikum, żywa folklorystyczna legenda. Obchody końca karnawału na południowym krańcu Węgier, wywodzące się z tradycji  zamieszkujących te tereny Šokci (ludność pochodzenia chorwackiego). Busó to ludzie ubrani w charakterystyczne maski. Legenda mówi, że w czasie gdy tereny te najechali Turcy, ludność Mohacza uciekła z miasta i schroniła się w pobliskich lasach i bagnach. Pewnego razu, gdy siedzieli przy ognisku znikąd wyłonił się starzec, który powiedział, żeby się nie bali, bo ich życie wróci niedługo do ładu. Tymczasem mają przygotowywać z drewna różnoraką broń i straszne maski dla siebie oraz czekać na burzliwą noc, gdy zamaskowany rycerz przyjdzie po nich. Po tych słowach starzec zniknął. Po kilku dniach, rzeczywiście w noc burzową zjawił się rycerz. Poprowadził przebranych w maski mieszkańców z powrotem do Mohacza i tam nakazał im robić jak najwięcej hałasu. Przerażeni strasznymi maskami i piorunami Turcy uznali, że atakują ich demony i uciekli zanim wstało słońce. Na pamiątkę tych wydarzeń postał zwyczaj pochodów zamaskowanych Busó, który obecnie stanowi okazję do prezentacji tradycji, ludowej muzyki i tańców. Wg. innej legendy Busó mieli odstraszać nie Turków tylko zimę. Te tradycyjne uroczystości zostały wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO w 2009 r. W obchodach biorą również udział grupy przebierańców z Serbii i z Polski, a podobny zwyczaj znany jest także w Bułgarii czy Szwajcarii. Główne obchody mają miejsce w niedzielę. Tu szczegółowy program.

6-8 lutego: VIII. Mangalica Budapest Festival na Szabadság tér. Choć główną bohaterką będzie endemiczna węgierska włochata świnka – czyli mangalica, to organizatorzy zapowiadają prezentacje różnorakiej oferty małych lokalnych producentów (sery, olej, syropy, miód, dżemy, przyprawy itp.) Mangalica obecnie wraca do łask, bo jej mięso jest nie tylko smaczne, ale ponoć bardziej zdrowe od klasycznej wieprzowiny. Popyt na mięso mangalicy jest tak duży, że wcale nierzadko zdarzają się próby jej fałszowania. Na festiwalu produkty mają być prezentowane pod kontrolą Narodowego Stowarzyszenia Hodowców Mangalicy, tak aby wszyscy mogli poznać jej prawdziwy smak.

5-8 lutego: Miskolc stanie się węgierską stolicą zimnych nóżek (kocsonya). Aby to podkreślić ma tam powstać największa galareta na Węgrzech. W ramach kilkudniowej imprezy wystąpi mnóstwo węgierskich gwiazd muzyki sponsorowanych przez Becherovkę – co trochę mi się kłóci z moją wizją alkoholu podawanego do „meduzy”. Wstęp na wszystkie koncerty bezpłatny.

 7-8 lutego: Międzynarodowa Wystawa Kotów w Lurdy Ház w Budapeszcie. Będzie można nie tylko obejrzeć te najpiękniejsze i egzotyczne, ale również skorzystać z porad weterynaryjnych, nabyć kocie gadżety, a na najmłodszych czekają specjalne programy z kotami w roli głównej. Co ciekawe w ramach wystawy zaprezentowane zostaną również mniejsze zwierzęta takie jak karłowate króliki, fretki czy inne hodowane w domach gryzonie – pozostaje mieć nadzieję, że koty ich nie pozjadają.

6-7 lutego: Festiwal wsparcia dla Food Not Bombs. Dwudniowa impreza w trakcie której będą zbierane środki na realizację tej społecznej inicjatywy. Polega ona na rozdawaniu ciepłych, wegańskich lub wegetariańskich posiłków ludziom biednym, bezdomnym i bezrobotnym. Akcji towarzyszy przekaz antyrządowy i antywojenny, a jej ideą przewodnią jest pokazanie, że pieniądze marnowane są na zbrojenia, podczas gdy wielu ludzi umiera z głodu. 6 lutego w Durerkert o 20.00 zagrają alternatywne zespoły Ricsárdgír, Sonya , Giant, ZUP. 7 lutego w Limo Café (V dzielnica, Belgrád rkp. 9.) o 19.00 zagrają HC/punkowe zespoły: Tumo, Diskobra, Wasted Struggle, Cvlt of Grace, Mudpie, Exterminating Angel, Crippled Fox, Hanoi, Wroongg!, Tango Underground, Fake Shakes – bilety minimum 1000 Ft.

Sobota 7 lutego, o godzinie 20.00 – Matt Bianco. Osobom zainteresowanym jazzem więcej nie trzeba już mówić, a jeśli ktoś nadal nie wie o co chodzi: brytyjski zespół (obecnie duet), który podbił w latach 80 listy przebojów jazzu i któremu udało się zaistnieć również w głównym nurcie popu. Wszystko to dzięki nowoczesnemu jak na tamte czasy połączeniu jazzu i bossanovy z soulem, latin popem (pod koniec lat 80 zespół współpracował z mężem Glorii Estefan jako producentem) czy wręcz muzyką dance. Dla Polaków w historii zespołu istotne jest, że to razem z nim odniosła na zachodzie sukces Basia Trzetrzelewska znana wcześniej w Polsce jako jedna z Alibabek. Wokalistka nawet po opuszczeniu zespołu pozostała wierna jego klimatom. Dość nietypowa lokalizacja koncertu – MOM Sport – Uszoda és Sportközpont, 1123 Budapeszt, Csörsz u. . 14-16

W niedzielę 8 lutego: TVP 2 o 11.35 powtórkowy program U Szeklerów z cyklu Makłowicz w podróży. „Tajemniczy lud Szeklerów zamieszkuje do dzisiaj północny Siedmiogród a ich Święta Skała góruje nad wioską Rimetea, po węgiersku zwaną Torocko. Wioska została starannie odnowiona w latach 90-tych (zdobyła laur „Europa Nostra!”), a w jej centrum stoi zbór unitariański. Udziela on akurat ekumenicznej gościny węgierskim katolikom, licznie przybyłym na mszę świętą… na motocyklach. Robert wyjaśnia cel ich wizyty. Nazajutrz, w miejscowym pensjonacie asystuje przy pieczeniu chleba i zjada z gospodarzem tradycyjne szeklerskie śniadanie. Na obiad kosztuje rumuńskie zupy – flaczki na kwaśno i estragonową – a własnoręcznie, pod Świętą Skałą, gotuje kapustę po szeklersku.”(fb Robert Makłowicz)

Cirque du Soleil w Budapeszcie 13-15 lutego w Papp László Budapest Sportaréna. Ceny biletów tu.

Kuchnia żydowska

Super przegląd żydowskich restauracji. Z okazji Żydowskiego Nowego Roku na We Love Budapest przygotowano przegląd restauracji serwujących żydowską kuchnię, niekoniecznie koszerną. Jak łatwo się domyślić zdecydowana większość znajduje się w siódmej dzielnicy, co ułatwia zadanie miłośnikom tej kuchni, ale jest też jeden adres z piątej.

Ciekawe, że kuchnia ta dla Polaków może być egzotyczna – szczególnie jeśli jest otwarta na to, co się dzieje we współczesnym Izraelu – ale i zarazem swojska na tle kulinarnych Węgier, jeśli odwołuje się do tradycji galicyjskich. Szczególnie dotyczy to słodkości z cukierni Frőhlicha, które jak mówi mój mąż przypominają to, co wypiekała jego babcia pochodząca z okolic Lwowa (choć oczywiście nie jest tak dobre :) Zajrzyjcie tutaj.

Polowanie na trufle

Czy wiedzieliście, że na Węgrzech zbiera się trufle? Truflę (węg. szarvasgomba, dawniej trifla) o wartości 1 mln Ft znaleziono 2 dni temu w regionie Węgier zwanym Jászság (Jazygia, Kraj Jasów). Grzyby znalazł pracownik firmy Truffleminers Kft. dzierżawiącej fragment lasu, a dokładniej specjalnie wytrenowany do tego celu pies. Przeciętna waga trufli to 40-50 g, te największe ważą 500-700 g, a znaleziony ostatnio okaz – 1.28 kg i należy do podgatunku Tuber aestivum (trufla letnia). Trufle mogły się rozwijać dzięki idealnym warunkom pogodowym, ostatnio spadło w tych rejonach dużo deszczu. Firma zdecydowała, że nie sprzeda okazu, choć chętnych do zakupu nie brakuje i po uprzednim ususzeniu metodą liofilizacji przekaże truflę Ministerstwu Rolnictwa, które prawdopodobnie umieści ją w muzeum.

Na Węgrzech tradycja zbierania trufli liczy sobie już kilkaset lat. Pierwsze wzmianki pochodzą z XVI wieku, trufle rozpowszechniły się w czasach Monarchii pod nazwą trifla. W książce z 1911 roku László Hollós wzywał do uruchomienia krajowej hodowli na masową skalę. Jednak w czasie II wojny i latach po niej następujących tradycja zaczęła zanikać. Dziś nie jest to jakaś bardzo znacząca gałąź rolnictwa, ale fakt, że w 2012 roku wprowadzono ustawę regulującą kwestię zbiorów, świadczy o tym, że do sprawy trufli podchodzi się tu poważnie. Od lat 90 trufle stają się znowu trendy w kuchni węgierskiej, w restauracjach organizuje się wieczory kuchni węgierskiej poświęcone wyłącznie truflom, często przy współpracy producentów lokalnych win.

Trufle mają tak charakterystyczny zapach, że do ich poszukiwania wykorzystuje się zwierzęta, potrafiące wyczuć je pod ziemią. Ostatnio coraz częściej zamiast świń (które lubią zjadać trufle) wykorzystuje się specjalnie tresowane w tym celu psy. Od 2012 roku na Węgrzech prawo dopuszcza poszukiwania wyłącznie przy użyciu psów. Cena takiego psa waha się od 300 do 600 tys. Ft i jak uważają niektórzy zaangażowanie do poszukiwań zwierząt dodatkowo podnosi cenę grzybów. Na Węgrzech ze zbierania trufli utrzymuje się kilkaset osób. Ustawa dot. trufli jest tu chyba najbardziej biurokratyczna na świecie. Należy zdać dwa egzaminy (obowiązuje oczywiście opłata egzaminacyjna), zbieracze muszą dysponować dziennikiem zbiorów i dodatkowymi pozwoleniami, istnieje obowiązek codziennego zgłaszania zbiorów do lokalnego koła łowieckiego (co jak widać czyni zbieracza łowcą i uzasadnia tytuł tego postu :), egzamin musi zdać również pies. Ale Węgrzy pocieszają się, że mogło być gorzej, jak np. w Słowenii, gdzie wprowadzono całkowity zakaz zbierania trufli. Największy problem stanowią jednak zbierający bez licencji, na dziko, niszcząc przy tym swoimi metodami przyrodę. Ani leśnicy ani policja nie są w stanie tego kontrolować, dysponując niewystarczającymi siłami by zapanować nawet nad powszechnymi kradzieżami drewna z lasów.

Występuje kilka rodzajów trufli. Te najbardziej cenione to tzw. trufla biała (nazywana też piemoncką,Tuber magnatum) oraz czarna (Tuber melanosporum, inne jej nazwy to francuska lub perygordzka) występujące na południu Europy. Na Węgrzech występuje głównie odmiana letnia (Tuber aestivum) oraz zimowa (Tuber brumale) i w niewielkich ilościach biała (Tuber magnatum) nazywana na Węgrzech truflą czerwoną lub istryjską. Rośnie tu też trufla piaskowa (Mattirolomyces terfezidoides), która ma słodki smak i masowo w Europie występuje jedynie na Węgrzech.

Trufle stosuje się w gastronomii jako przyprawę, już niewielkie ilości potrafią nadać potrawom charakterystycznego, niepowtarzalnego smaku. Ze względu na cenę nie wyrzuca się nawet obranej skórki , wykorzystuje się ją do zup lub sosów. Najczęściej dodaje się trufle do potraw o neutralnym smaku, by jak najlepiej oddać ich aromat. W kuchni włoskiej będzie to trufla biała, dodawana do typowych włoskich dań z makaronu, z jaj, czy prostych tostów z masłem. Jest ona raczej spożywana na surowo, zachowując w ten sposób swój aromat. Grzyby ściera się lub kroi w cieniutkie plastry dodając do makaronu bezpośrednio przed podaniem na stół. Dla kuchni francuskiej charakterystyczna jest trufla czarna. Można ją również spożywać na surowo, ale najczęściej się ją gotuje. Czarne trufle kroi się na 2 mm plasterki. Na surowo dodaje się do sałaty przy zastosowaniu neutralnego w smaku oleju. Pasują do potraw z makaronów, pasztetów, kremów, sosów. Gotuje się je bardzo ostrożnie by nie straciły za dużo aromatu. Wyjątkowy smak nadają np. delikatesowemu pasztetowi z wątróbek.

fot.trifla.hu

Jeśli nie zużyjemy od razu świeżych trufli, surowe można przechowywać w oleju lub jako pesto czy ocet balsamiczny. Bez dostępu powietrza będą nadawały się do spożycia do 4 miesięcy, a aromatyczny olej można wykorzystać do sałatek. Można też pokroić je na kawałki, zalać winem i gotować ok. 30-60 min., następnie przestudzony napój przelać do butelki. Tak sporządzoną miksturę należy zużyć w ciągu 2 miesięcy. Można też przygotować aromatyczne masło z dodatkiem trufli i soli. Do spożycia w ciągu miesiąca. Trufle również się zamraża: wcześniej należy je owinąć w ściereczkę, następnie w folię aluminiową i dopiero wtedy włożyć do woreczka, przechowywać do pół roku. W internecie znalazłam sporo węgierskich przepisów na potrawy z truflami, szczególnie zachęcająco wyglądają desery :) Np. somlói galuska (rodzaj deseru z czekoladą i bitą śmietaną), ryż owocowy z leśnymi malinami przyprawiony węgierską odmianą słodkich trufli, galaretka tokaji aszú z truflami. Zobaczcie sami, wpisując w wyszukiwarkę szarvasgombás receptek.
(źródło: origo, trifla.hu)

Baja – wielkie gotowanie zupy rybnej

Baja to 20 tysięczna, położona nad Dunajem miejscowość na południu Węgier, która chwali się swoją zupą rybną (właściwie rybacką), a o prymat w jej przyrządzaniu walczy z Szegedem. Baja kojarzyło mi się zawsze z sennym, prowincjonalnym miasteczkiem, byłam tu kilka lat temu w drodze na południe Węgier i jakoś nie potrafiłam przywołać żadnych wyjątkowych wspomnień związanych z tym miejscem. Wybrałam się tam wtedy w nieodpowiednim czasie, bo do Baja należy przyjechać na festiwal zupy rybnej. Za sprawą wielkiego kociołkowania miasto ożywa wtedy na kilka dni. W tym roku miałam wreszcie okazję uczestniczyć w tym największym, corocznym święcie miasta.

Halászlé, czyli zupa rybna, to tak jak większość światowych klasyków kulinarnych świata danie biedaków. Rybacy po zakończonym połowie często zostawali z małymi, niewymiarowymi rybkami różnych gatunków lub z rybimi odpadkami takimi jak rybie łby czy wnętrzności lub ikra. Z tych „odpadków” zaczęli przyrządzać zupę dodając cebulę i paprykę. Zupa ta stała się z czasem daniem tak ważnym dla Węgrów, że stanowi ona główny element wieczerzy wigilijnej. Oczywiście sposobów przygotowania tej zupy jest wiele, ale jest kilka elementów wspólnych – główną rybą która w zupie podawana jest w całości jest karp (inne gatunki ryb są wygotowywane i ewentualnie przecierane), zupa musi być czerwona od papryki, musi być w niej cebula (tu nie ma konkurencji na Węgrzech dla tej z Makó) w miarę możliwości powinno się tę zupę przygotowywać w specjalnym kociołku, opalanym oczywiście drewnem.

Jak już wspomniałam o prymat stolicy halászlé na Węgrzech walczą dwie miejscowości Baja i Szeged. Każda z nich położona jest nad inna rzeką: Szeged nad bystrą, a co za tym idzie mającą piaszczyste dno Cisą, Baja nad Dunajem o bardziej mulistym dnie. W zupie z Baja nie przeciera się resztek, pływają w niej głównie kawałki karpia. Zupy różnią się również stosowaną papryką: segedyńska jest bardziej wytrawna o jaśniejszym odcieniu. W zupie z Baja spotkamy raczej miejscową lub słynną paprykę z niedalekiej Kalocsy: ciemna o pełnym aromacie jest moim zdaniem najlepszą papryką na Węgrzech, choć oczywiście wielu się ze mną nie zgodzi :) Na koniec element, który czyni zupę z Baja zupełnie wyjątkową na tle innych halászlé – wielojajeczny makaron dodawany do zupy. To element dumy mieszkańców miasta, który można kupić jako wyrób regionalny. Oczywiście, zawistni adwersarze wyśmiewają ten dodatek, ale ja uważam że bez niego zupie jednak czegoś brakuje i chleb nie zastępuje tych klusek. Zwyczaj dodawania makaronu wziął się stąd, że kiedyś oprócz zapłaty pracownikom nadrzecznych młynów podawano tu również talerz zupy. Praca była ciężka, mąki pod dostatkiem więc młynarzowa zagniatała makaron by zupa stała się od niego bardziej pożywna.

W walce o prymat swej zupy mieszkańcy Baja zaczęli organizować konkurs zbiorowego gotowania zupy w kociołkach, co ułatwia i fakt, że posiadają przepiękny rynek wprost jakby stworzony dla tej imprezy. Plac Św. Trójcy, którego nazwa odnosi się do pomnika stojącego na środku rynku, to wielka powierzchnia zabudowana z trzech stron barokowymi budowlami z wybijającym się ratuszem – dawnym pałacem Grassalkovicha (tego od Gödöllő) – byłego właściciela miasta. Rynek od strony przeciwnej do ratusza jest niezabudowany, bo znajduje się tam brzeg skarpy, schodzącej do odnogi Dunaju. Z miejsca tego każdy ma piękny widok na rzekę i znajdującą się po drugiej stronie wyspę. Cały rynek jest porządnie wybrukowany i od razu na myśl przychodzi, że miejscowość ta musiała być ważnym centrum handlowym, co jest zgodne z prawdą bo był to po Peszcie drugi port przeładunkowy Dunaju.

Od wczesnego popołudnia dostęp do ścisłego centrum zostaje zablokowany przez policję. Służby w czasie imprezy działają bardzo profesjonalnie i są niezwykle przyjaźnie nastawione pomagając w tworzeniu miłej atmosfery lokalnego święta. Strażacy chwalą się, że nigdy nie doszło do pożaru, ale czuwają. W powietrzu czuć już lekki zapach palonego drewna, który później tak nas przesiąknie, że będziemy go wspominać jeszcze przez kilka dni. Na razie dociera on z sąsiedniej wyspy gdzie gotuje dziś Robert Bede, węgierski celebryta kulinarny. Po kilku latach organizowania festiwalu uczestników jest tak wielu, że stoły biesiadne nie mieszczą się już tylko na rynku, ale wylewają się na przyległe uliczki i nabrzeże. Na olbrzymiej ilości rozłożonych stołów leżą przygotowane: zapas drewna do opalania kociołka (zabezpieczony folią bo meteorolodzy ostrzegali przed możliwymi opadami) oraz stalowe paleniska tak aby nie robić ognisk na bruku i nie niszczyć go. Przy każdym takim zestawie kartka z nazwiskiem i numerem uczestnika oraz informacjami organizacyjnymi. Pierwsi uczestnicy pojawiają się już na rynku ok. 14.00 niespiesznie rozkładając stojaki z kociołkami (jest okazja do podziwiania innowacji wprowadzonych w typowych konstrukcjach kociołkowych), rąbiąc drewna na idealne szczapy, zastawiając stoły często piękną ludową zastawą, a wreszcie próbując palinki i wina przywiezionych w ogromnych ilościach. Większość zna się wzajemnie, a jeśli nawet nie to już po chwili są jak starzy przyjaciele. Są również grupy przyjezdnych, czasami koledzy np. z pracy; z zagranicy głównie reprezentanci pobliskiej Serbii i Chorwacji, ale spotkałam również bardzo miłego pana z Niemiec. Grupy często ubrane w stroje zespołowe, inni starają się o coś zabawnego jak np. sympatyczna koszulka z Gustawem z dawnej węgierskiej kreskówki, a często ubiór choćby częściowo jest nawiązaniem do folkloru  i tradycji. Drewna ułożone pod kociołkami , w kociołkach jest już posiekana cebula, czasem nawet zalana już wodą, ale nikt jeszcze nie rozpala ognia. Start o 18.00, mamy więc czas na powłóczenie się po miejscowości, czy chwilę odpoczynku na placu zabaw w miejscowym parku (w parku tym w dość ciekawy sposób rozwiązano kwestię pomnika radzieckich „wyzwolicieli”, zasłaniając go olbrzymim obeliskiem ku czci ofiar I wojny światowej). Na scenie przed ratuszem pokazy lokalnych talentów głównie tanecznych.

W końcu o 18.00 orkiestra wojskowa odgrywa hymn Węgier i burmistrz po krótkiej laudacji na temat zupy z Baja, jej prostych składników daje znać, że można rozpalić ogień. Od tego momentu rynek zasnuwa dym kojarzący się z oblężeniem Częstochowy przez Szwedów, choć daniom kuchni szwedzkiej daleko do zapachów, które z wolna zaczynają przedzierać się przez dym. Przy kotle najczęściej ojciec rodziny czy najpostawniejszy w zespole, wspomagany przez resztę, w umiejętny sposób kręci bográcsem. Właśnie tak, bo w kociołku można co najwyżej zamieszać szklącą się cebulę, ale przewalanie większej ilości kociołkowego dobra chochlą skończyłoby się niechybnie tragedią kulinarną. Choć na głównej scenie pod ratuszem trwają interesujące występy (świetny zespół ludowy, tańczący typowo węgierskie  tańce, w pięknych strojach – co w panującym upale musiało być nie lada wyzwaniem), to obok kociołków zaczynają muzykować sami uczestnicy. Szczególnie spodobała mi się muzyka chłopaków z Serbii, która przywoływała skojarzenia z włoską tarantelą, również w zakresie ich strojów. Zupa z Baja nie potrzebuje wielogodzinnego gotowania charakterystycznego np. dla tej przygotowywanej na Wigilię (na taką zupę najpierw należy ugotować rodzaj przecieru rybnego, którego gotowanie zajmuje cały wigilijny poranek), po godzinie zaczyna się konsumpcja. Gotujący wymieniają się swoimi zupami (to jest najważniejsza ocena, dużo bardziej istotna od oficjalnego jury zgromadzonego w namiocie dla VIPów). Najedzą się również i ci, którzy wcześniej umilali gotującym czas np. muzyką albo rozmową lub wkradli się w ich łaski. Można również wcześniej umówić się z niektórymi gotującymi, że w zamian za drobną opłatą podzielą się zawartością swego kociołka. W ostateczności pozostaje oferta restauracji, ale ta jest niezwykle droga bo miseczka zupy z 1-2 kawałkami karpia to wydatek 1600-1800 Ft.

Później zabawa trwała jeszcze długo po zapadnięciu zmroku. Ja niestety musiałam jak ten Kopciuszek wymknąć się z balu, bo moi mali rycerze postanowili wybrać się na turniej do Wyszehradu następnego dnia i trzeba było wypocząć. Na noc zatrzymaliśmy się na świetnym kempingu w Kiskőrös (w tej miejscowości urodził się Sándor Petőfi). Po drodze do Kiskőrös mijaliśmy liczne czardy rybackie i bocianie gniazda. Ptaki te upodobały sobie szczególnie te podmokłe tereny ze względu na obfitość ryb i żab występujących w okolicy Dunaju.

Przepis na zupę rybną z Baja – bajai halászlé

Duża łyżka dobrego nastroju, szczypta humoru i duża dawka serca. Po takim wstępie możemy zaczynać gotowanie.
Składniki na zupę dla 5 osób:
-3 kg ryb, z czego ¾ stanowić ma karp
-3 duże cebule (1 cebula na kg ryby)
-3 czubate łyżki stołowe słodkiej papryki (édes-nemes őrölt piros paprika)
-sól
-4-5 sztuk ostrej papryki czereśniowej (cseresznyepaprika) lub pasty paprykowej Erős Pista (ostry Stefek)
-makaron typu gyufatészta (o grubości zapałki), najlepiej ten z Baja – bajai halászlé tészta

Rybę należy oczyścić, usunąć tzw. gorzki ząb (gruczoł przy głowie), odkroić głowę i ogon, odłożyć mlecz i ikrę (nie solić). Tułów pokroić w dzwonka, posolić, odłożyć na godzinę. Cebulę pokroić w drobną kostkę. Po godzinie na dnie bogracza układamy kawałki ryby, dodajemy cebulę, zalewamy wodą. Ilość wody zależy od ilości ryby: 1,1-1,2 litra wody na kilogram ryby. Rozpalamy ogień pod kociołkiem. Aromatyczna zupa za chwilę będzie bulgotać w bograczu, a my co jakiś czas zaglądamy i jeśli zauważymy, że na powierzchni powstała piana, dosypujemy papryki. Wtedy już na pewno poczujemy charakterystyczny aromat halászlé i możemy liczyć na odwiedziny zwabionych zapachem gości. Po 15-20 minutach gotowania dodajemy odłożoną wcześniej ikrę i paprykę czereśniową, dzięki której zupa stanie się pikantna. Można teraz spróbować i doprawić do smaku. W międzyczasie w osobnym garnku gotujemy makaron.
Zupa będzie gotowa w ok. pół godziny od zagotowania. Podajemy ją z makaronem i kawałkami ryby (które można również podawać oddzielnie). Przenikające się zapachy i delikatny aromat papryki sprawiają, że mało kto może oprzeć się węgierskiej halászlé z Baja.
(Przepis pochodzi ze strony festiwalu).

Wielkanoc na Węgrzech

Pierwszą oznaką zbliżającej się Wielkanocy (Húsvét) są stosy szynek, piętrzących się na stoiskach w sklepach i halach targowych. Słowo Húsvét (hús-mięso) nawiązuje do zakończenia Postu i możliwości spożywania potraw mięsnych. Na Węgrzech oprócz szynki tradycyjnie na Wielkanoc spożywa się jagnięcinę. Na stole powinna znaleźć się zupa z głowy jagnięcia (ale nikt z moich znajomych i sąsiadów nie przyznaje się do jej przyrządzania). Najczęściej są to pörkölt (gulasz) i paprykarz z baraniny, pieczony comber jagnięcy lub udziec barani. Załączam film pokazujący miejsca w Budapeszcie, gdzie można kupić dobrą szynkę (nie tylko węgierską), prezentowane miejsca znajdziecie na mapce pod video.

Szynce obowiązkowo musi towarzyszyć chrzan. Węgrzy uznają wyższość tego domowego nad sklepowym i zdecydowana większość przygotowuje go w domu z dodatkiem octu i cukru.

W większości rodzin obecna jest tradycja malowania pisanek, polewania wodą, jednak święconka nie jest tak powszechna jak w Polsce, tylko w ok. 1/3 rodzin, głównie na wsi. Święci się szynkę, jajka i kołacze. W procesjach wielkanocnych bierze udział ok. 10% Węgrów. Polewanie raczej perfumami i wodą kolońską, polewające dzieci często dostają „wypłatę” pieniężną. Oprócz tego na Wielkanoc zajączek przynosi słodycze i zabawki. Kto zdąży może się jeszcze wybrać na śmigus-dyngus do Hollókő, gdzie polewanie będzie z pewnością bardziej obfite. Wioska-skansen, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, zachowała swój oryginalny charakter i słynie z prezentowania węgierskich zwyczajów ludowych (moją relację z Hollókő znajdziecie tu).

Na świąteczne zakupy wybrałam się do Centralnej Hali Targowej (Nagy Vásárcsarnok). Miejsce to, będące mekką turystów odwiedzających Budapeszt i żelaznym punktem każdej wycieczki, wbrew pozorom nie jest wcale drogie jeżeli chcemy zrobić zwykłe spożywcze zakupy, takie jak mięso, warzywa, ryby. Za to przemysł pamiątkarski czy mała gastronomia to już inna sprawa. Łatwo się jednak w tym odnaleźć, bo to co drogie znajduje się na drugim poziomie hali albo blisko wejścia.

Oprócz dobrego wyboru warzyw i kultowego stoiska z polskimi wędlinami, tradycją jest organizowanie dni poświęconych różnym narodom, w ramach których prezentowane są informacje turystyczne i wyroby rzemiosła ludowego z poszczególnych krajów w mniejszym lub większym wyborze. W okresie świątecznym prezentują się sami Węgrzy, tak więc mieliśmy okazję zobaczyć piękne węgierskie pisanki, tradycyjne ceramiczne naczynia i formy do pieczenia, wyroby bednarskie, itp. Jedyny problem związany z wizytą w tym miejscu to wieczny brak miejsc parkingowych, choć ostatnio sytuacja się poprawia w związku z wieloma inwestycjami prowadzonymi w tej okolicy, takimi jak rewitalizacja otoczenia hali, podziemny garaż pod sąsiadującym z halą Wielorybem (Bálna).

Słowniczek pojęć wielkanocnych
Húsvét – Wielkanoc
Feltámadás – Zmartwychwstanie
Nagy Böjt – Wielki Post
tojás – jajko
hímes tojás – pisanka
sonka – szynka
nyúl, nyuszika – zajączek
locsolás – polewanie wodą
kuglóf – wielkanocna baba

I jeszcze trochę historii (korzystałam z egyker.blog.hu).

Góra Gellerta była niegdyś ważnym miejscem związanym z Wielkanocą. Skręcając z ulicy Hegyalja, na Górę Gellerta prowadzi nas Sánc utca, której dawna nazwa brzmiała Stáció utca. Tysiące ludzi odwiedzało tamtejsze stacje kalwarii, które zostały niestety zniszczone po wojnie. Ostatnią stację zburzono w 1951. Przez lata było to ulubione miejsce spotkań w poniedziałek wielkanocny (húsvéthétfői búcsú). Na dzieci i dorosłych czekały takie atrakcje jak piernikowe serca, liczne budki z loteriami, kuchnia polowa, stoiska z winem. Na szczycie góry stała kaplica kalwarii, którą ostatecznie wyburzono w 1965 roku, przygotowując teren pod Park Jubileuszowy. Park powstał z okazji 20 rocznicy „oswobodzenia” kraju w kwietniu 1945 roku.

Zdjęcia z niesamowitej strony http://www.fortepan.hu/ Można przenieść się w przeszłość na wiele godzin. Polecam!

gellérthegyi stáció-1.jpgstacja kalwarii

gellérthegyi stáció-5.jpgprocesja na ul. Orom

gellérthegyi stáció-2.jpgkaplica

gellérthegyi stáció-3.jpg wyburzanie