Ważna jest jakość

Kiedy w Polsce pada hasło „salami” to zawsze znajdzie się wujek „żartowniś” lub ciotka „erudytka” którzy raczą wszystkich wiadomością, że salami to przecież kiełbasa z osła. Oczywiście potem wszyscy wyjaśniają, że to tylko miejska legenda, a ciotkę lub wujka napomina się aby nie opowiadali takich historii niestworzonych, bo przecież wszyscy wiemy że osłów się nie jada. Spotykając się na Węgrzech z Polakami nie raz musiałam dementować te sensacje, tłumacząc że węgierskie salami robi się z mięsa wieprzowego (choć co ciekawe jego najsłynniejszy wytwórca, pan Pick był religijnym Żydem), a salami z osła jest jego nietypową wariacją znaną jako salame di asino i dostępne jest we Włoszech. W tym momencie niby wszyscy deklarowali, że czują się uspokojeni tymi wyjaśnieniami, ale czuć było, że emocje opadały – gdyby taki turysta mógł pokosztować tak egzotycznej kiełbasy, to jego wycieczka stałaby się nagle egzotyczną wyprawą!

Z dzisiejszego spaceru przyniosłam trochę wędlin z nowo otwartego w mojej okolicy sklepu Őshonos Delikát. Wybór może nie jest ogromny, ale każda z propozycji to prawdziwy skarb.

Salami z mięsa mangalicy z dodatkiem szürkemarha (mięso z szarych węgierskich krów). Nie ocieka tłuszczem co by świadczyło, że jest jeszcze „niedojrzałe”, ale też nie jest go zupełnie pozbawione. Ma wspaniałą, zwartą konsystencję i nie kruszy się tak jak wiele tego typu kiełbas. Salami z dodatkiem kaparów i suszonych pomidorów, również na bazie mieszanki mięsa mangalicy i szarego bydła, sporządzone według receptury stworzonej przez właściciela sklepu. To mój zdecydowany faworyt. Kiełbasa z dziczyzny, konkretnie z sarniny – szarvas kolbász z dodatkiem borówek i jałowca (áfonya, boróka) – jakże odmienny to smak jałowca od tego, który przenika polskie kiełbasy wraz z dymem wędzarniczym. Delikatny, owocowy, kojarzy się bardziej z ginem a dopełniony zostaje słodką nutą borówek. Nawet wątrobianka zachwyca. Szelőmájas z większymi kawałkami mięsa – żona właściciela porównała go do popularnego przed laty bácskai májas, można go kroić w plastry dzięki temu, że jest twardszy od klasycznego, gładkiego májas nadającego się do smarowania pieczywa. No i w końcu gwóźdź programu. Jak widać wujek i ciotka mieli rację – salami z osła (szamár szalámi). Spróbowałam, jest naprawdę smaczne, lekko pikantne. Ceny tych wyrobów średnio w okolicach 3000-5000 Ft za kg, dziczyzna nieco droższa.

Őshonos Delikát istnieje od 3 miesięcy, jest przedsięwzięciem rodzinnym, a oferowane produkty oparte są na domowych recepturach i dobrych jakościowo składnikach, nie znajdziecie w nich wypełniacza w postaci soi czy różnych sztucznych konserwantów. W zasadzie większość sprzedawanych tu wędlin powstała na bazie mięsa z szarych krów, do którego dodaje się tłustszego mięsa z mangalicy, tak by produkt nie był za bardzo suchy. Właściciel, Sándor Kerekes pracował przez wiele lat jako szef kuchni (obecnie nie ma już czasu na gotowanie i jedynie nadzoruje kucharzy) i część wędlin powstała wg. jego własnych receptur, dzięki zdobytemu doświadczeniu. W sklepie można też kupić pięknie wydaną książkę jego autorstwa z przepisami na potrawy z mięsa szarych krów.

Sklep oferuje jednak nie tylko mięso. Właściciele współpracują z kilkoma zaprzyjaźnionymi producentami serów, olejów, miodów, makaronów i innej zdrowej żywności. Zwróciłam uwagę na półkę z octem winnym i balsamicznym z Tokaju, jest z czego wybierać, co mnie bardzo ucieszyło, bo używam dużo i często do sałatek. W sklepie znajdziemy też spory wybór win reprezentujących praktycznie wszystkie rejony winiarskie Węgier oraz niezły wybór destylatów. Choć wszystkie produkty pochodzą od lokalnych węgierskich producentów, właściciele nie chcą obnosić się jakoś bardzo z tą węgierskością. Jak mi powiedziała właścicielka, produkty same obronią się swoją jakością, bez potrzeby pakowania wszystkiego w narodową flagę (choć na wielu etykietach nie sposób nie dostrzec kolorów piros-fehér-zöld :) Spodobał mi się też prosty wystrój sklepu, na jednej ze ścian zawieszono szynki i podsuszane kiełbasy, wszystkie produkty ładnie wyeksponowano, jest bardzo czysto. Na pewno jeszcze nie raz tam wrócę, bo już narobiłam sobie smaku na kolejne specjały, których akurat teraz nie dostałam, gdyż zostały wykupione. W następnym podejściu będzie to na pewno salami o smaku orzechów i tokaju aszú (!).

www.oshonosdelikat.hu (1137 Budapest, Radnóti Miklós u.22, pon-pt 10.00-19.00, sob 9.00-13.00)

Reklamy

Przygody Papierka czyli: Nie karmić posłów!

Oto historia Papierka. Papierek po czekoladzie Tibi (o historii tej legendarnej marki wspominałam we wpisie o firmie Stuhmer) okazał się być papierem prawdziwie wartościowym.

Początkowo wydawało się, że jak wszyscy jego bracia skończy jako śmieć i jedyne papiery wartościowe jakie spotka na swojej drodze życia to obligacje rządu greckiego. Nie dane mu jednak było trafić w ręce pracowników FKF dzielnie zbierających zawartość niebieskich kubłów po całym Budapeszcie. Niczym obywatel Piszczyk został wmieszany w politykę. Niesiony na rękach protestującego tłumu pracowników przemysłu tytoniowego trafił do Parlamentu i to do pierwszej ławy, niosąc przesłanie klasy pracującej. Na opakowaniu przyklejono bowiem zdjęcie dzieci proszących aniołka (bo to aniołek albo Jezusek, a nie Mikołaj czy Gwiazdor przynosi na Węgrzech prezenty na Gwiazdkę) o pomoc w ocaleniu miejsc pracy ich rodziców.

Papierek wiedział, że słodka czekolada, którą miał pod opieką będzie wspaniałą nagrodą dla tych polityków, którzy pomogą zatrzymać złe prawo. Był przekonany, że każdy kto na niego spojrzy, każdy kto spróbuje jego zawartości, każdy kto przeczyta przesłanie, zdobędzie się choćby na chwilę refleksji. Papierek leżał sobie tak na czerwonym pulpicie, w pięknej sali Orszaghazu, otulając całym sobą czekoladę. Był pewien, że mu się uda. O jak mało wiedział o twardym świecie polityki. Kiedy jej twórcy rzucili się w wir głosowań poziom cukru w ich krwi spadł do tego stopnia, że ich wódz rzucił się na bezbronną czekoladkę niczym wilk na jagnię, bez namysłu rozdzierając opakowanie zębami. Obok na swoją porcję czekał inny członek rządzącego stada.

Papierek był przerażony!. -A gdyby ktoś mnie zatruł? Z pewnością ktoś by wtedy wyciągnął jakieś brudy dotyczące mojego pochodzenia. Na pewno uznaliby mnie za ukraińskiego szpiega albo posądzili o kontakty z komunistycznymi związkami zawodowymi na usługach amerykańskich imperialistów. Przerażało go również to, że skuszony jego słodką zawartością polityk łamie prawo! Przecież marszałek zakazał spożywania jedzenia i napojów w tej pięknej sali.

Czekoladka została zjedzona, papierek porzucony, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Pokrzepiony czekoladą premier razem ze swym towarzyszem, nie zwrócili żadnej uwagi na wiadomość niesioną przez Papierka. Zrozumiał, że zawiódł. Po chwili nowe prawo zostało przegłosowane.

Jakiś czas później, sala opustoszała a Papierek leżał dalej na pulpicie. Pozbawiony swej słodyczy, rozdarty jak koszula Rejtana z obrazu polskiego malarza Matejki, zrozumiał, że przecenił swoje znaczenie. Razem z białymi kołnierzykami formatu A4 czekał aż zostaną sprzątnięci.  

Wtem do biurka zakradł się ktoś, kto jak się okazało miał się stać ojcem sukcesu Papierka. Poseł z opozycyjnej partii LMP cały czas wierzył w niego! Okazało się, że Papierek nie był sam, a jego prawdziwym powołaniem było zostanie gwiazdą ekranu. Wszystko zostało nagrane i trafiło do głównych wiadomości RTL i do sieci. To jednak nie był koniec historii tego sympatycznego Papierka. Z dnia na dzień dzięki swojemu nowemu managerowi jego medialne znaczenie zaczęło rosnąć, a dzięki udziałowi w a(u)kcji zorganizowanej na węgierskim portalu aukcyjnym jego wartość zaczęła dorównywać legendarnym złotym papierkom z historii o Willim Wonce, którzy przecież byli jego idolami (według biorących udział w aukcji był wart nawet 100 tys. Ft!). I tylko nie opuszczała go jedna myśl – w tamtej historii niegrzeczne dzieci zostały wymoczone w czekoladzie albo solidnie wyprasowane, a tu jakoś trudno o dobry morał całej historii…

Powyższa historia rozegrała się niestety w jak najbardziej realnym świecie  i wiąże się z ostatnimi głosowaniami w węgierskim Parlamencie 15 i 16 grudnia.

Te dwa dni przejdą do historii, bo Parlament nie bacząc na społeczne protesty przegłosował cały pakiet ustaw, które znacznie zmienią (utrudnią?) życie wielu Węgrów. Do ostatniego momentu wielu ludzi uważało, że posłowie Fideszu opamiętają się, że podejmą jakąś dyskusję o wzbudzających kontrowersje pomysłach, ale ostatecznie postanowili zdać się na prostą arytmetykę parlamentarną, która pozwala im nie liczyć się z nikim.

Wśród przegłosowanych w tych dniach pomysłów znalazł się m.in. ten o zakazie handlu w niedzielę dla sklepów o powierzchni powyżej 200 m² (wchodzi w życie od 15 marca 2015). Świat nie lubi próżni i sieci handlowe zapowiadają już ofensywę na rynku zakupów online. To może dodatkowo odbić się negatywnie na małych sklepikach bo jeśli użytkownik już raz zacznie kupować w takim sklepie to raczej sklepikarz go już nie zobaczy. Na zakupy internetowe stawia np. Tesco, a Spar i Auchan na rozwój sieci franczyzowej więc staną do bezpośredniej konkurencji z CBA. Ustawa nie dotyczy małych sklepików rodzinnych, państwowych trafik, stacji benzynowych, targowisk, aptek, sklepów w szpitalach, na lotnisku, dworcach kolejowych i autobusowych, hotelach i obiektach turystycznych. Duże sklepy będą otwarte wyjątkowo w niedziele w okresie przed świętami Bożego Narodzenia.

Protesty pracowników branży tytoniowej spowodowała z kolei ustawa, która nakłada specjalny podatek na firmy tytoniowe. Nie byłoby w tym nic zdrożnego gdyby nie to, że podatek obejmie tylko dwie z trzech firm. Trzecia jest nie tylko mniejsza, co pozwoli jej na uniknięcie podatku, ale przede wszystkim należy do węgierskich biznesmenów zaprzyjaźnionych z wpływowymi politykami.

Jednocześnie rząd zapowiada, że tego typu głosowania to nie jakiś specjalny prezent świąteczno-noworoczny, ale początek serii głosowań jakie będą trwały przez całą wiosnę. Obecna praktyka legislacyjna na Węgrzech zakłada, że pomysł zgłoszony przez osoby związane z Fideszem może zamienić się w ustawę w ciągu zaledwie kilku dni. Pewność ustawodawców co do takich metod podtrzymuje fakt, że członkowie trybunału konstytucyjnego zostali wymienieni na sympatyków.

Cała historia z papierkiem niestety ma pewne cechy bajki: jej prawdziwy bohater skończył pewnie tak jak wielu jego braci na śmietniku, a jego miejsce zajął inny papierek, który postanowił zrobić szybką karierę i duże pieniądze, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Mamy nadzieję, że uzurpatora spotka słuszna kara, ale w życiu już tak jest że często bohaterowie dobierani są z przypadku. Tak więc prawdziwy bohater nadal zaginiony w akcji! Nie wiadomo czy kiedykolwiek znajdziemy odpowiedzi na pytania: Gdzie jest właściwy Papierek? Czy Papierkowi udało się przeniknąć do kieszeni Orbana?

Policjant ma twarz

Koniec z zaczernianiem buziek policjantów w publikacjach. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nie trzeba tego robić, chyba że jest to konieczne (gdy policjant jest ranny lub z przyczyn niezależnych od niego znalazł się w sytuacji upokarzającej i opublikowanie jego wizerunku naruszałoby prawo do prywatności – ta prywatność może nadal być dyskusyjna). Co ciekawe trybunał wywodząc o potrzebie wolności prasy i unikania cenzury powołał się na postulaty z 1848. Po starym przepisie zostaną takie piękne galerie jak ta tutaj :) (źródło: hvg.hu)