Liczby

Fakt, że migrantów nie widać w stolicy nie znaczy, że zmniejszyła się ich liczba. Codziennie policja na Węgrzech odnotowuje po kilka przypadków fałszerstw dokumentów i przemytu ludzi oraz kilka tysięcy przypadków nielegalnego przekroczenia granicy. W sobotę i niedzielę było to łącznie 12 tys. osób, w  poniedziałek 5335 (110 przedostało się na terytorium Węgier z Serbii, a 5224 z Chorwacji). Mówi się, że na dniach Węgrzy mają zamknąć zieloną granicę z Chorwacją.  Opustoszały obozy w chorwackim Opatovac i Tovarnik – migranci dowożeni są przez Chorwatów autobusami do granicy węgierskej (Barcs, Beremend), skąd Węgrzy transportują ich na granicę austriacką. Zgodnie z obustronną umową austriacko-niemiecką z Austrii jeszcze przez kilka dni mają kursować specjalne pociągi przewożące migrantów do Niemiec.

Od czasu kiedy 2 tyg. temu Węgrzy zamknęli granicę z Serbią, do Chorwacji dotarło prawie 80 tys. migrantów. W środę w węgierskim Letenye przy granicy z Chorwacją ma zacząć działać strefa tranzytowa, gdzie odbywać się będzie rejestracja przybywających tu migrantów. Natomiast na przejściu w Roszke przy granicy z Serbią codziennie składanych jest teraz 20-30 wniosków o azyl. Od stycznia przez Węgry przewinęło się dotąd 270 tys. migrantów. (index.hu)

Reklamy

Po burzy

15 września Węgrzy zamknęli granicę z Serbią. Pociągi z Roszke omijając Budapeszt skierowano bezpośrednio do Hegyeshalom na granicy z Austrią.

Na Keleti jest cicho i spokojnie. Jeszcze kilka dni temu przelewała się tu ludzka rzeka, która zdawała się nie mieć końca. Zostały po nich puste namioty, stos śpiworów i karimat piętrzący się pod ścianą. Kilku wolontariuszy oczekuje na dalszy rozwój sytuacji, ale nie dzieje się nic.  Paru bezdomnych przyszło napić się herbaty. Jakaś para na rowerach przywiozła paczkę z pomocą, wydają się być trochę zagubieni. Na całym dworcu mamy w tej chwili tylko 4 Afgańczyków – mówi jeden z ochotników.

Ze strefy za dworcem Nyugati znika miasteczko namiotowe. Sprzątamy, dezynfekujemy wszystko, ale jeszcze tu zostajemy na wszelki wypadek – mówi jedna z kobiet, które zwijają ostatni namiot. W nocy parę sztuk ukradziono – skarży się.

Pomoc może przydać się na południu, gdzie mają funkcjonować dwie strefy tranzytowe, w Roszke i Tompa. Open the border! – krzyczą ci, którzy utknęli za płotem, na wąskim pasie ziemi niczyjej pomiędzy Serbią a Węgrami. Nowi pójdą przez Chorwację albo wybiorą szlak przez Rumunię. Czy tam też staną mury?

Jeszcze kilka dni temu wszystko wyglądało inaczej – tłum przed wejściem na perony. Dużo policji, dziennikarzy:

 

Tak jest teraz:

Keleti – herzlich willkommen!

Keleti – dworzec bardzo wschodni

Piątek na dworcu Keleti – w przejściach podziemnych tłum koczujących uchodźców. Przybyli tu całymi rodzinami. W porównaniu z Nyugati uderza duża liczba dzieci – biegają, bawią się, płaczą, a nawet przychodzą tu na świat, jak ta kilkudniowa dziewczynka, której rodzice całe jej dotychczasowe życie spędzili na dworcu Keleti.

Dworzec kolejowy to zawsze dwie prędkości, ludzie którzy gdzieś spieszą, wskakują, przesiadają się i ci, którzy czekają, utknęli, którzy mają aż za dużo czasu. Ci pierwsi to reprezentanci świata Zachodu. Im wystarczy goły peron, bo skoro według rozkładu przyjechali pociągiem o dowolnej godzinie minut powiedzmy 41, to mogą być pewni, że pociąg na który się przesiadają odjedzie o zaplanowanej godzinie minut 43 z nimi w środku. W świecie wschodnim czas jest o wiele bardziej względny, a czekanie jest nieodłącznym elementem podróży. Jednak nawet tam, ludzie mają pewność, że niespiesznie, ale dotrą tam gdzie dotrzeć powinni. Tutaj oczekujący mają  na twarzach ten wyraz ciągłej troski czy przypadkiem nie utknęli w swej drodze, tak blisko naznaczonego sobie celu.

Perspektywy

W toczących się wszędzie dyskusjach przewija się pytanie o to dlaczego uchodźcy nie poprzestaną na dotarciu do jakiegokolwiek względnie bezpiecznego kraju. Pamiętam jak w obozach internowania w Austrii w latach  80 ubiegłego wieku Polacy dokonywali podobnych wyborów. Mogli poprzestać na łatwym do osiągnięcia kraju Europy, ale starali się dostać do wymarzonej Ameryki, wiedząc, że czeka ich tam ciężkie życie lecz z perspektywą lepszej przyszłości i równych praw dla ich dzieci, czego już nawet wtedy nie potrafiły dać Niemcy.

Na dworcu dzieci uchodźców biegają sobie nieświadome tych trosk rodziców. Choć czasem mam co do tego wątpliwości, bo niektóre są zadziwiająco dojrzałe jak na swój wiek. I czasem to one są odpowiedzialne za swoich rodziców, bo np. mówią po angielsku a ich rodzice nie.

Ryzyko i odpowiedzialność

Napięcie rośnie, nakręcają je młodzi ludzie z megafonem, którzy klucząc pomiędzy oczekującymi nawołują do tego aby ruszyć pieszo na Wiedeń. W końcu w godzinach popołudniowych rusza ta dziwna współczesna „krucjata” prowadzona przez jednonogiego mężczyznę. Tego dnia udaje im się sparaliżować ruch po budańskiej stronie miasta. Znika gdzieś typowy piątkowy road rage, który przed weekendem pojawia się u Węgrów już od rana. Pomijając ekstremistów, zwykli Węgrzy wykazali się nadzwyczajnym spokojem i opanowaniem, starając się zrozumieć nawet fakt poruszania się imigrantów po autostradzie, co tłumaczono sobie ich obawą, że węgierska policja będzie próbowała ich zatrzymać, tak jak stało się to z pasażerami pociągu do Wiednia.

Ci, którzy pieszo ruszyli na Wiedeń są w mniejszości i na dworcu zwycięża jednak opcja czekania. Powody są różne: niektórzy mają ważne bilety kolejowe, inni obawiają się, że z daleka od dworca zostaną łatwo zatrzymani i umieszczeni w węgierskich obozach dla uchodźców, jeszcze inni są z rodzinami i nie chcą podejmować kolejnego ryzyka marszu wśród pędzących aut. Od rana media są pełne zdjęć małego kurdyjskiego uchodźcy, którego ojciec podjął ryzyko nie tylko przecież w swoim imieniu i wsiadł z rodziną na przepełnioną łódź bez żadnych zabezpieczeń. Po tej tragedii mężczyzna wini rządy całego świata, nie widzę jednak w mediach autorefleksji tego człowieka, który podjąwszy taką decyzję stał się przecież współwinny ich śmierci. Na Keletim spotkałam człowieka, który za ostatnie pieniądze kupił swojej rodzinie nocleg w tanim hostelu, aby oszczędzić im koczowania na przepełnionym, śmierdzącym i coraz zimniejszym w nocy dworcu. Ale może i on w którymś momencie swojej podróży podjął jakąś niebezpieczną decyzję?

Pamiętam, że gdy w latach 80 toczyła się dyskusja o ucieczce dwójki młodych chłopców z Polski do Szwecji, która stała się potem kanwą filmu „300 mil do nieba”, ludzie rozumiejąc ich pobudki, krytykowali ich za wybraną metodę, która w powszechnym odbiorze była zbyt ryzykowna. Zauważam, że w toczących się dziś dyskusjach, zbyt łatwo obwinia się rządy zdejmując odpowiedzialność z samych uchodźców.

Fundamenty

Sobota rano. Dworzec opustoszał po tym jak nocą podstawiono 100 autobusów, które odwiozły uchodźców do granicy z Austrią, zgarniając po drodze również tych, którzy już od kilku godzin maszerowali wzdłuż autostrady. Ci, którzy wybrali opcje czekania na dworcu, tym razem wybrali najlepiej.

Od rana  wszystko jednak wraca do „normy” i dworzec napełnia się kolejnymi migrantami. Niespójne komunikaty rządów Austrii i Niemiec nie uspokajają spekulacji, że ci którzy nie odjechali w nocy nie opuszczą już Węgier, choć komentatorzy za cały bałagan winią Orbana, który ponoć „przetrzymuje uchodźców” nie wiadomo po co. Zachodnia prasa pisząc o stanowisku Orbana zarzuca mu na wstępie „perfidną nadinterpretację” problemu, ale potem w szczegółach nie potrafi nie przyznać mu racji, wskazując, że konieczna jest „jakaś” deeskalacja problemu. Państwa starej Unii wytykają nowym egoizm i brak chęci przyjmowania migrantów, nie widząc jednak, że brak entuzjazmu dla przyjmowania migrantów w krajach Europy Wschodniej nie wynika jedynie z niechęci do przyjmowania ich u siebie, ale przede wszystkim do przyjmowania ich w Unii Europejskiej jako takiej. Europa Wschodnia, bardziej homogeniczna od Zachodniej, jest bardziej czuła na punkcie ochrony europejskiej tożsamości i bez żadnej żenady umie powiedzieć ustami Orbana, że ta tożsamość ma również wymiar religijny. Bumerangiem wraca teraz odrzucenie z tzw. Konstytucji Europejskiej zapisu o chrześcijańskich fundamentach Europy. Państwa zachodnie uznały sprawę za zakończoną, a tymczasem kraje, które tę koncepcję forsowały nadal pozostają jej wierne i ich obecne stanowisko to czysta konsekwencja, której brakuje krajom Zachodu. Nieumiejętność stwierdzenia wtedy prostego faktu, że kultura europejska zbudowana jest na fundamencie chrześcijaństwa, odrzucenia islamu (nie tylko krucjaty ale i Wiedeń i rekonkwista) oraz krytycznego podejścia do religii jako takiej (oświecenie), spowodowało, że Europa próbuje dyskutować o tęczy przy założeniu że nie wolno wymieniać nazw trzech z tworzących ją kolorów. Państwa Zachodu próbują więc podejmować decyzję w imieniu całej Europy nie rozumiejąc, że społeczeństwa wschodu Unii Europejskiej mają swój odmienny pomysł na decyzję w imieniu wszystkich, uważając tych z zachodu za w najlepszym wypadku daltonistów.  I kto tu jest egoistą?

Jak maszeruje Europa

Zarzucany Orbanowi cynizm jest cechą wspólną polityków tak ze wschodu jak i zachodu, od prawa do lewa. Bo antyeuropejscy politycy, którzy mówią o fiasku asymilacji, jednocześnie robią wszystko by stanąć wbrew koncepcji większego zjednoczenia Europy. Teraz w „trosce” o nasze wspólne dobro chcą zawieszenia Schengen.  A przecież brak kolejnego kroku w kierunku stworzenia wspólnej Europy, wyśmiewanie się z gwieździstego sztandaru Unii spowodował, że w przeciwieństwie do Amerykanów nie mamy dziś czegoś, co można by dać migrantom spoza Unii jako pewien standard, z którym mają się albo zgodzić albo stąd odejść.  Amerykanie nie dali podzielić swego niejednolitego przecież państwa i stworzyli swój „American dream” i jakoś nikt nie ma problemu budowania swej tożsamości pod flagą Teksasu i Gwiaździstym sztandarem jednocześnie. Emigranci malują na ścianach dworca flagi państw, z których uciekają lub ewentualnie Niemiec albo UK, ale jakoś brakuje tam flagi Unii Europejskiej. Niesiona na czele pochodu zmierzającego do Wiednia zakrawała wręcz na ironię. Oni mają raczej swój „German dream”, a europejski określają mianem koszmaru, skandując entuzjastycznie: Merkel, Merkel! Germany, Germany! a jednocześnie: Europo, wstydź się! To ciekawe, że tak wiele mentalnie łączy migrantów z tymi, którzy straszą nimi społeczeństwo Europy. Gdyby im na to pozwolić od jutra zlikwidowaliby euro i przywrócili markę niemiecką. Z niezrozumiałych powodów zwolennicy Unii Europejskiej zatrzymali się, podczas gdy jej przeciwnicy cały czas pozostawali aktywni, w ruchu. A jak wiadomo starym legionistom: „kto nie maszeruje ten ginie”.

Nadzieja

Jest może jednak nadzieja dla idei europejskiej. Co prawda pomoc nie nadchodzi jeszcze od rządu „federalnego”, ale nieporadnie działający rząd „stanowy” w kwestiach kryzysowych może liczyć na zwykłych obywateli Unii.  W sobotę atmosfera na dworcu momentami przypomina mimo nieciekawej pogody piknik. Mieszkańcy Budapesztu odpowiadają już od dawna na apele i często pojawiają się z darami dla potrzebujących (co ciekawe niektóre z nich trafiają do biednych mieszkańców miasta – jak widać dobre inicjatywy powinny być i są dobre dla wszystkich). Pojawiają się też ochotnicy z całej Europy. Spotkałam również wolontariuszkę – Polkę od kilku miesięcy mieszkającą w Budapeszcie, która jak się okazało zna mojego bloga i którą serdecznie pozdrawiam :) Są młodzi Niemcy, którzy przywieźli pełno dobra wszelakiego, młodzi medycy z Niemiec, słyszałam również o dwóch szwedzkich turystkach, które przyjechały do Budapesztu na typowy rozrywkowy weekend. Kiedy zobaczyły jednak co się dzieje, szybko przy użyciu mediów społecznościowych zebrały ok 5 milionów forintów co pozwoliło im na zakupienie bardzo dużej ilości potrzebnych migrantom rzeczy. Szkoda tylko, że potem miały problem z dystrybucją, którą utrudniała policja, co raczej jest pewnie wynikiem administracyjnej nadgorliwości i bałaganu niż złej woli. Dziewczyny jednak sobie z tym poradziły – dla chcącego nic trudnego. Jak widać budować trzeba od dołu, a nie od góry.

Emocje w sieci

Jak wspomniałam, dzięki mediom społecznościowym udało się zrobić coś bardzo pozytywnego i to jest bez wątpienia warte pochwały. To jasna strona tych mediów. Mają one jednak i swoje ciemne oblicze. Zaszokowało mnie to, że fala hejtu, która zalała polską Sieć była tak wielka, że doprowadziła do wyłączenia komentarzy na jednym z głównych portali informacyjnych. Warto tu zaznaczyć, że skala komentowania wszystkich artykułów na Węgrzech jest znacznie mniejsza niż w Polsce i np. artykuły na index.hu nie są w ogóle komentowane (komentarze są możliwe na wydzielonym forum), a na innych portalach są silnie moderowane. W Polsce, żeby przeczytać ciekawy komentarz pod artykułem trzeba się nieraz przebijać przez dziesiątki wpisów, odbierających wiarę w przyszłość ludzkości. Początkowo więc na Węgrzech brakowało mi komentarzy pod tekstami artykułów, ale wraz ze spadkiem poziomu komentarzy na polskich stronach zaczęłam doceniać to co jest. Choć jednak komentatorska aktywność Węgrów w większości przeniesiona została do fb, to nie powoduje to jednak, że poziom stron internetowych staje się zaraz o niebo lepszy niż u nas, bo istnieją strony gdzie pod własnym imieniem i nazwiskiem autorzy przedstawiają takie poglądy, że groza miesza się ze śmiechem. Łatwiej jednak taki bełkot ignorować.

Groźne społeczności

Niestety ci, którzy chcą znaleźć w Internecie ujście dla swojej potrzeby zaangażowania się, oferty otrzymują nie tylko od Węgierskiego Klubu Rowerowego, ale też od ekstremistów wmawiających, że to co robią to działanie dla jedynie słusznej idei. Na obrzeżu kryzysu emigracyjnego działają z jednej strony propagandziści bliscy idei Państwa Islamskiego. Już jakiś czas temu zauważyłam, jak łatwo natknąć się na ludzi, którzy w dość podejrzany i pokrętny sposób obwieszczają jedyną odpowiedzialność Zachodu za to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, zapominając o roli takich miłośników pokoju jak Turcja czy Arabia Saudyjska. Cały kontakt zaczyna się od próby zwyczajnego nawiązania znajomości przez studenta znad Morza Śródziemnego.

Druga strona tego mętnego bajora to chuligani, którzy w piątek, w czarnych koszulkach z napisem „Magyarorszag” kręcili się po mieście przy okazji meczu z Rumunią. Gdy wracałam do domu natknęłam się na taką grupkę w metrze. Jeden z nich natychmiast rzucił do pozostałych: „ustąpcie miejsca pani z dzieckiem”. Bardzo to miłe, tylko szkoda, że po powrocie do domu dowiedziałam się, że młodzież w takich koszulkach zaatakowała uchodźców z małymi dziećmi obrzucając ich petardami i butelkami.

Na Zachodzie bez zmian?

W końcu pociągi odjeżdżają w stronę granicy. Austriacy przepuszczają tam wszystkich, nawet, jeśli nie mają dokumentów.  W tym czasie inni docierają już do Monachium. Granicę w ciągu jednego dnia przekraczają tysiące ludzi. W Austrii niewielu składa wnioski o azyl. Większość chce do Niemiec. W niedzielę rano na dworcu ludzi jest już znacznie mniej i niektórzy mówią, że łatwiej trafić tu na dziennikarzy niż uchodźców. Wieczorem znów mówi się o tym, że Austriacy stopniowo będą zamykać granicę przed migrantami. Kolejni są już w drodze.

Dworzec Keleti:

 

Przejście podziemne dworca:

 

Uderza widok dużej liczby dzieci:

 

…ludzi starszych:

 

i całych rodzin, głównie z Syrii:

 

Część ludzi rusza pieszo do Austrii:

 

Pomoc dla uchodźców:

 

Wolontariusze organizują czas dzieciom i młodzieży:

 

są także na Nyugati:

Transit zone Budapest

3 tys. imigrantów utknęło na dworcu Keleti, ok. 200 na Nyugati w specjalnie wydzielonej strefie tranzytowej, po tym jak we wtorek policja zamknęła przed nimi dworzec uniemożliwiając kontynuowanie dalszej podróży przez Austrię do Niemiec. Na Keleti panuje chaos – w czwartek rano oczekujący wdarli się na perony, chcąc dostać się do pociągu, który jak się za chwilę dowiadują nigdzie nie odjedzie. Pociągi do Europy Zachodniej zostały wstrzymane.

Mieszkam niedaleko tego drugiego dworca więc podrzucam tam jedzenie, owoce, słodycze, jakieś zabawki dla dzieci. Wczoraj zanieśliśmy na Nyugati trochę leków.  Potrzebne są środki przeciwbólowe, antybiotyki, materiały opatrunkowe, żywność, koce. W punktach zbiórki na dworcach kolejowych pomoc organizują wolontariusze z Migration Aid, lista potrzebnych rzeczy jest codziennie uaktualniana. Dr Nemes bezinteresownie zapewniający tu opiekę medyczną powtarza, że chorym należy się pomoc – to wszystko i nie obchodzą mnie żadne komentarze – dodaje.

Na Nyugati widzę dziesiątki ludzi zmęczonych drogą, oczekiwaniem, żal mi dzieci, warunki są podłe. Nie wiem kto jest uchodźcą, a kto imigrantem zarobkowym. Młodzi mężczyźni grają w piłkę, śmieją się. Jest ich większość i wbrew doniesieniom prasowym nie są to absolwenci renomowanych uczelni, ale ludzie, dla których Europa kojarzona jest przez pryzmat globalnych marek jak NIKE, które jest chyba ich ulubioną marką (choć mam wątpliwości co do oryginalności posiadanych wyrobów). Ale są tu też kobiety, dzieci i starcy. Szczególnie ci ostatni wydają się przeczyć założeniu, że to jedynie emigracja zarobkowa – widok zmęczonego starszego pana, który pewnie wolałby dożywać swojej starości w swoim domu niż szukać sobie kąta do spania na wschodnioeuropejskim dworcu to tego dowód.

You just stop the war and we don’t want to go to Europe – mówi syryjski chłopiec na dworcu Keleti w rozmowie z dziennikarzem Al Jazeera. Syria potrzebuje pomocy teraz (film). Jednak rozwiązanie problemu Syrii może okazać się niewystarczające. Spacer po budapeszteńskim dworcu utwierdził mnie w przekonaniu, że premier Orban ma rację, mówiąc że polityka emigracyjna Unii Europejskiej nie stanowi odpowiedzi na tę wędrówkę ludów.

Czy stawianie murów uratuje imperium? Mur Hadriana stoi tam gdzie stał, ale już niedługo po jego wzniesieniu barbarzyńcy mogliby robić sobie selfies z jego obiema stronami, gdyby tylko mieli smartfony. Rzymianie już wtedy roztrząsali problem, który po 2000 lat wydaje się nadal nie mieć rozwiązania. Jedyne co nam pozostawili to zgrabne sentencje stwierdzające fakt, że problem stoi za drzwiami (względnie bramą lub murem). Dziś jednak współcześni nomadzi mogą szybko poinformować swoich o tym jaki naprawdę jest ten mur i co za nim jest. Wieczorem chłopaki na dworcu biorą swoje chińskie smartfony i dzwonią do bliskich zdać relację.

Czy będzie meczet w Budapeszcie?

Po blisko 150-letniej obecności tureckiej w stolicy Węgier, kiedy większość kościołów zamieniono na meczety, a w krajobrazie miasta pojawiły się nie tylko tureckie łaźnie, których mizerne pozostałości możemy oglądać w Budapeszcie do dziś, ślady kultury islamu zostały wyrugowane z przestrzeni miasta niebywale skutecznie. Dzisiaj praktycznie jedynym kompletnym obiektem związanych z tą kulturą jest grobowiec Gul Baby i nie tyle ma on charakter islamski, co raczej nawiązuje do pewnej narodowej spuścizny tureckiej.

Dlatego też deklaracje rządu węgierskiego, który od kilku miesięcy zapowiada brak tolerancji dla obecności obcych kultur na Węgrzech i wolę walki z ich rosnącą ekspansją (wiadomo było, że chodzi o różne narody, które łączy wyznawany islam, bo przecież nie o diasporę chińską, która przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dobrze integrującej się, choć tak naprawdę nie jest to żadna integracja, a raczej pozostawanie w cieniu) mogły wydawać się szukaniem wyimaginowanego przeciwnika. Do tej pory muzułmanie węgierscy na piątkowe modlitwy spotykali się w lokalach niemal konspiracyjnych, a obecnie mają do dyspozycji meczet funkcjonujący w biurowcu. A może jednak rząd węgierski wiedział więcej?

Oto nagle pojawiły się plany centrum islamskiego z olbrzymim meczetem w Budapeszcie, opublikowane przez Türkiye Diyanet Vakfı – turecką rządową fundację d.s kulturowo-wyznaniowych (a rozdział między tymi dwiema sprawami w Turcji ostatnio się zaciera). Czyżby hołubiony przez Orbana turecki partner próbował odgryźć rękę chwyciwszy za palec? Pytana przez dziennikarzy o szczegóły planowanej inwestycji ambasada Turcji odmawia komentarza. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć w tym obiekcie nie tylko jego wielkości, ale również skali odwołań do tradycji islamu osmańskiego czy znanego z Półwyspu Iberyjskiego.

Jakby ktoś chciał zadeklarować: Tak, to jest islam, ale alternatywny dla tego co robią Saudyjczycy. Bo należy pamiętać, że te nory w których dzisiaj spotykają się muzułmanie, najczęściej utrzymywane są ze środków pochodzących z Arabii Saudyjskiej. I nie tylko istotne jest tu to, że radykalny saudyjski odłam salaficki nie przywiązuje znaczenia do budynków – walcząc z bałwochwalstwem bez skrupułów potrafi niszczyć nawet te, które powstały w czasach Mahometa na Półwyspie Arabskim i należały do jego rodziny. Tam gdzie pozycja islamu jest ugruntowana, stać ich na budowę olbrzymich budynków (np. meczet w Groznym). Ale w krajach takich jak Węgry istotniejsze jest dla nich zdobywanie wyznawców i to nie tylko wśród niewiernych, ale i pośród religijnych muzułmanów, którzy pochodzą z innych kręgów islamu. Do dziś pamiętam jak mój znajomy który pochodzi z Bangladeszu, przyszedł do pracy wzburzony po tym jak zdecydował się odwiedzić miejsce modlitw, które właśnie w Budapeszcie prowadzili Saudyjczycy. Zirytowało go to, jak próbowano mu tam narzucać ich wersję islamu, wręcz uczyć tego jak ma się modlić. Tym razem trafiła kosa na kamień, ale wielu innych, szczególnie mniej zarabiających muzułmanów nie jest tak zdecydowanych.

Projekt olbrzymiego meczetu w Budapeszcie wydaje się prowokacją, fejkiem, bo nikt ze strony tureckiej tego nie potwierdza, a jednocześnie przedstawiciele środowisk islamskich na Węgrzech wspominają, że znacznie mniejsze projekty spotykały się ze zdecydowanymi sprzeciwami lokalnych i nie tylko lokalnych władz. Powiedzieć o tym, że są sceptyczni to mało. Z drugiej jednak strony władze tureckie nie dementują tej sprawy. Może jednak ma to być realna alternatywa wobec faktycznego napływu islamskich imigrantów, zanim ktoś inny się nimi zajmie. Węgry zaczynając „romans” z krajami takimi jak Turcja, Kazachstan, Turkmenistan, musiały pamiętać, że choć kraje te z pewnością z chęcią będą roztrząsać wspólne stepowe pradzieje, to jednak obecnie łączącym je i znaczącym elementem jest religia islamu. Nawet prezydent Rosji, jakże bliski sercu Orbana, nawołuje do poszanowania dla islamu na równi z chrześcijaństwem. Pytanie tylko o jaki islam chodzi?

Niewątpliwie to co przynoszą ze sobą przybysze w Afryki, Syrii czy Afganistanu spełnia definicje kulturowej obcości, o  której mówił premier i której tak obawiają się Węgrzy. Ale czy tak samo obce będą cztery minarety wokół meczetu, który miałby stanąć na Kobanya (mówi się o okolicach Gyógyszergyár út i Fehér út)? Przecież taki minaret to ozdoba nie tylko Egeru, ale i znacznie mniej znanego znajdującego się na przedmieściach Budapesztu Erdu. Sam projekt świątyni to nawiązanie do meczetu Sulejmana Wspaniałego, postaci z historii Węgier który wzniósł oryginał na wzór kościoła Hagia Sophia i którego losy w tureckiej telenoweli Węgrzy mogą i chcą śledzić w publicznej telewizji (próba zdjęcia serialu spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem i jako argument za jego utrzymaniem podawano właśnie jego znaczenie dla historii Węgier). Może więc islam w wydaniu tureckim wcale nie jest tak obcy kulturze węgierskiej?

Przedstawiciele związku wyznaniowego węgierskich muzułmanów (Magyarországi Muszlimok Egyháza) mówią, że projekt nie powstał z ich inicjatywy, a jak twierdzą jest efektem umowy między rządami Węgier i Turcji. Z kolei węgierska gmina islamska (Magyar Iszlám Közösség), która chce zbudować meczet w Debreczynie wręcz grozi rządowi, że będzie nawoływać do bojkotu gospodarczego Węgier przez kraje muzułmańskie, jeśli ten będzie przeszkadzał ich działaniom. W spisie powszechnym z 2011 roku 5579 osób zadeklarowało jako wyznanie islam. Liczba ta szacowana jest jednak na kilkakrotnie większą. Spis nie obejmuje też ostatnio masowo napływających przybyszów z takich krajów jak Kosowo, Syria, Afganistan czy z kontynentu afrykańskiego, tak jak nie wiemy ilu z nich na stałe zostanie na Węgrzech.

O sprawie informuje portal index, telewizja atv, blog vigyazo i mandiner. Przedstawiciele rządu węgierskiego do tej pory nie skomentowali tych doniesień.

Poniżej wizualizacja projektu.

Kosowscy imigranci zalewają Węgry

W ostatnich dniach węgierska policja odnotowuje coraz więcej przypadków nielegalnego przekraczania granicy serbsko-węgierskiej przez imigrantów z Kosowa chcących przedostać się przez Węgry do Niemiec, Austrii lub Szwajcarii. W samym styczniu było to 10 tys. osób, choć nieoficjalnie mówi się, że to tylko 20% uciekinierów z Kosowa, a reszcie udało się przedostać na Zachód bez zatrzymania na Węgrzech. 1 stycznia policja zatrzymała 118, 2 stycznia 134 osoby, 30 stycznia było to już 1400 osób. W ciągu kilku ostatnich dni dziennie kilkuset nielegalnych imigrantów przekracza zieloną granicę w okolicach Röszke, Mórahalom i Ásotthalom. Dla porównania, w całym 2013 roku było to 6000 osób. Kosowscy Albańczycy masowo uciekają z kraju, w którym rządzi korupcja, bezrobocie i zorganizowana przestępczość.

W wioskach i na bocznych drogach na południe od Szegedu każdego dnia pojawiają się nowe, większe bądź mniejsze grupy, które pokonały pieszo zieloną granicę, pod osłoną nocy przechodząc przez rowy z wodą i kontynuując swą drogę przez okoliczne lasy. Ich droga z Kosowa prowadzi przez Belgrad (Kosowo opuszczają ponoć dziennie dziesiątki autobusów) gdzie przesiadają się na autobus do Suboticy (węg. Szabadka). Na terytorium Węgier przedostają się np. w miejscu gdzie autostrada Szabadka-Horgos zbliża się na odległość kilkuset metrów do granicy.

W piątek policja donosiła o łącznej liczbie 1269 osób zatrzymanych tego dnia w południowej części komitatu Csongrad; wśród nich 1222 osób to Kosowianie, 6 Syryjczyków, 14 Pakistańczyków i 16 Afgańczyków – wszyscy poprosili o status uchodźcy. Ale zanim wydana zostanie decyzja wielu z nich pewnie zdąży znaleźć się w Niemczech. Wieczorem o 17.30 w Ásotthalom w południowych Węgrzech zatrzymano największą grupę – 153 Kosowian. W sobotę rano znów pomiędzy miejscowościami Mórahalom i Ásotthalom widziano wiele grup 5-10 osobowych, są wśród nich małe dzieci (w sobotę łącznie zatrzymano 1022 osoby, z czego 991 to Kosowianie, 18 Afgańczycy, 7 Irakijczycy, 3 Kubańczycy, 2 Syryjczycy i 1 Somalijczyk (dane ze strony police.hu).

Ludzie ci decydują się na podróż całymi rodzinami pomimo zimna i pogarszającej się pogody. Przewagę stanowią mężczyźni w wieku 20-30 lat, ale jest też dużo kobiet z małymi, często kilkumiesięcznymi dziećmi. Portal Origo przytacza historię rodziny z ośmiorgiem dzieci koczującej na dworcu Kelenfold w Budapeszcie. Ojciec rodziny, Ahmed nie posiadający żadnego fachu i nie znający żadnego obcego języka (tylko nieliczni potrafią powiedzieć parę słów po angielsku) z pomocą tłumacza mówi dziennikarzom, że wolałby znaleźć się choćby z powrotem w Kosowie, byleby skończyła się już ta udręka. Kilka dni temu na dworcu kolejowym w Gyor zatrzymano grupę 250 osób, wszyscy mieli ważne bilety kolejowe do Wiednia, ale nie posiadali przy sobie żadnych dokumentów.

Sytuacja w miejscowości Ásotthalom na południu Węgier staje się dramatyczna. Niektórzy mieszkańcy pomagają, szczególnie rodzinom z dziećmi, np. zapewniając jedzenie. Jednak większość zaczyna się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Imigranci pukają w nocy do drzwi, koczują w ogrodach rozpalając ogniska, pozostawiając po sobie góry śmieci, zużyte, przemoczone ubrania, podarte dokumenty. Granica nie jest w ogóle kontrolowana, w zasadzie każdy, nawet terrorysta, może się przez nią przedostać czy przemycić broń. Exodus kosowskich Albańczyków trwa już od kilku miesięcy, jednak teraz zjawisko nasiliło się na niespotykaną dotąd na Węgrzech skalę.

Od czasu ataków na redakcję satyrycznego pisma w Paryżu, premier Orban dużo i chętnie mówi na temat konieczności zaostrzenia kontroli granicznej w Unii Europejskiej. Węgrzy jednak kilka lat temu zlikwidowali straż graniczną jako taką, a jej obowiązki przejęła policja, choć jako państwo posiadające granice z państwami niebędącymi w Unii Europejskiej zobligowani byli do zapewnienia odpowiedniej kontroli, tak jak to ma miejsce na polskiej granicy. Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że o ile mi wiadomo to kraje będące na zewnętrznej rubieży Unii otrzymały środki na cel ochrony wspólnych granic. Przyznać trzeba, że likwidacji straży granicznej oraz włączenia jej w struktury policji dokonał poprzedni premier i pamiętam, że antyrządowe demonstracje w tamtym czasie były „zabezpieczane” także przez sprzęt należący wcześniej do straży granicznej. Jak widać wejście Rumunii i Chorwacji do UE i postępy w akcesji Serbów doprowadziły do tego, że węgierskie władze chyba przedwcześnie uznały granicę z Serbią za kolejną bezpieczną, wewnętrzną granicę Unii. Pytanie kto teraz ma posprzątać cały ten bałagan: Węgrzy czy Serbowie?