Cukiernia Szalai

Nieopodal Parlamentu, ale jednocześnie nieco na uboczu od głównego szlaku turystycznego, przy ul. Balassi Bálint 7 ukrywa się mała rodzinna cukiernia Szalai. Zaglądam tam czasem z dzieciakami w drodze do  domu po zajęciach w bemowskim przedszkolu.

Cukiernię założył dziadek właściciela w 1917 roku i pierwotnie mieściła się ona przy Szent István korut (obecnie znajduje się tam kawiarnia Európa). Po wojnie lokal znacjonalizowano i w tamtej lokalizacji nigdy nie wrócił on do starych właścicieli. W roku 1953 w trakcie małej odwilży po śmierci Stalina rodzinie ponownie udało się otworzyć cukiernię, o wiele mniejszą i w nowym miejscu, w sąsiedztwie placu Kossutha. W 1956 roku miejsce stało się bardzo niespokojne o czym mówi wiele podręczników historii Węgier, ale również i właściciel, kiedy wspomina czasy swojego ojca, Gyorgya seniora. Potem wszystko wróciło do swojej sennej normy – lokal kategorii III, czynne codziennie oprócz poniedziałków i wtorków. W cukierni pracuje już czwarte pokolenie – cukiernikiem został również syn pana Gyorgya, Bence, przygotowując się do przejęcia rodzinnego biznesu.

Jeśli będziecie w okolicy, warto wpaść tam na kawę i pyszne strudle jabłkowe (almas retes) lub wiśniowe (meggyes retes). Naszym ulubionym jest svajci kifli, rogalik z orzechowo-migdałowo-bakaliowym nadzieniem przypominający nieco poznańskie rogale marcińskie (nie ma w nim niestety białego maku). W Szalai skosztujemy i innych węgierskich słodkości, jest i Dobos torta, i Stefania i Sacher, wszystkie sporządzane wg. tradycyjnych węgierskich receptur, bez użycia polepszaczy.

Miejsce jest spokojne, nie próbujące stawać wzorem sąsiadów do walki o pseudo luksusową klientelę, właściciel zawsze obecny i skory do pogawędki, między innymi o polskich gościach i sąsiadach lokalu. Siadamy więc sobie w Szalai w leniwe sobotnie popołudnie, za oknem przemyka tramwaj nr 2, słodkości rozpływają się w ustach a w nas rozpływa się poczucie czasu.

Szalai Cukrászda: 1055 Budapest, Balassi Bálint u. 7, czynne śr-ndz 9.00-19.00 

Reklamy

Zapowiedzi 19.06.2015

W dzisiejszych zapowiedziach dwa wyjątkowe programy: Noc Muzeów (sobota) i zbiory lawendy w Tihany.

13 czerwca 2015 rozpoczęły się zbiory lawendy w Tihany, które potrwają do 5 lipca. Przyjęło się uważać, że światową stolicą lawendy jest Prowansja, ale węgierskie pola lawendy i widoki z półwyspu Tihany w niczym nie ustępują tym francuskim, a produkty na bazie lawendy cieszą się coraz większym zainteresowaniem. I chodzi tu nie tylko o wyroby toaletowe typu lawendowe perfumy, mydełka, szampony, których intensywny zapach nie wszystkim może odpowiadać. Coraz powszechniejsze jest zastosowanie tej rośliny w kuchni. W Budapeszcie w wielu miejscach (np. w halach targowych) można dostać lawendowe wino, syropy, miody, galaretki i dżemy do mięs, sery z dodatkiem lawendy. Ale największą popularnością cieszą się chyba przepyszne lody lawendowe (wbrew pozorom wcale nie są mdłe, ich smak jest raczej odświeżający). Szczególnie polecam kultową już sieć lodziarni Levendula Kézműves Fagylaltozó. Uwaga! lodziarnia naprzeciwko Bazyliki, o której wspominałam w zeszłym roku już niestety nie istnieje, ale mają dużo nowych lokalizacji, lista miejsc tu. Rozpoznacie je po charakterystycznym lawendowym rowerze zaparkowanym przed lodziarnią.

levendula fagylaltozo

W ten weekend (20-21 czerwca 2015) w ramach festiwalu lawendy liczne programy dla odwiedzających Tihany przygotował Park Narodowy Pogórza Balatońskiego. Głównym miejscem jest centrum turystyczne Levendula Haz, szczegółowy program festiwalu tutaj.

Na zbiory lawendy do Tihany można wybrać się osobiście. W ramach corocznej akcji Zbierz sobie (Szedd magad) za 2000 Ft otrzymuje się torbę 28 cm x 21 cm x 11 cm, do której zbieramy tyle lawendy ile się zmieści (worek należy później oddać). Dobrze zaopatrzyć się w nożyczki lub nóż, gdyż tych na miejscu może nie wystarczyć, a zrywanie bez narzędzi jest zabronione. Szczegółowe informacje z mapką dojazdu znajdziecie tutaj. Bardziej leniwi lawendę mogą zakupić na miejscu w cenie 500 Ft za wiązkę.

Noc Muzeów 2015

20 czerwca 2015 – Noc Muzeów i jak co roku problem co wybrać z mnogości programów. O tegorocznej edycji warto wiedzieć, że po raz pierwszy w historii imprezy na Węgrzech pojawia się motyw przewodni – w tym roku będzie to Siedmiogród (siedmiogrodzkie tematy obecne będą m.in. w Muzeum Etnograficznym i w Galerii Narodowej). Ze swoją propozycją spośród innych miast wyróżnia się w tym roku Eger, gdzie przygotowano liczne programy na Zamku, w słynnym budynku Liceum, wszystko okraszone muzyką i węgierską kuchnią.

Kilka wybranych propozycji w ramach Nocy Muzeów:

W sobotni wieczór wszystkich sympatyków Unicum zaprasza Zwack świętujący w Budapeszcie jubileusz 225-lecia – może uda Wam się przy tej okazji wykraść recepturę powstawania tego zacnego trunku :)

Kulturę i kuchnię żydowską przybliżą członkowie gminy żydowskiej m.in. udostępniając zwiedzającym 4 mniej znane budapeszteńskie synagogi i 2 na prowincji (w Keszthely i Mad).

Nie tylko dla orłów – Muzeum Elektrotechniki przygotowało pokazowe lekcje fizyki i liczne doświadczenia dla wszystkich bardziej i mniej ścisłych umysłów.

W Muzeum Sztuki Użytkowej przegląd węgierskich czasopism i magazynów.

Bilet upoważniający do wstępu do wszystkich muzeów kosztuje 1500 Ft (oraz 600 Ft dla dzieci 6-18 lat). Więcej szczegółów na stronie Nocy Muzeów, tu zeszyt z programem imprezy.

Ale ciacho!

Taki obrazek z ostatnich dni z mojej okolicy. Cukiernia Perity przy Váci út , naprzeciwko WestEndu. Choć węgierskich klientów nigdy im nie brakuje, muszę przyznać, że ja nie przepadam za ich wyrobami. NAV (urząd podatkowy) też chyba ich nie lubi, ale żeby aż tak? Zamknęli ich na 12 dni, witryna i drzwi szczelnie zabite dechami. Powiało komuną, trochę straszno. Ciekawe co przeskrobali?

Mieliśmy kiedyś z tą cukiernią zabawne doświadczenie. Na pierwszy rzut oka ciacha wyglądają lekko i apetycznie, wybór jest duży. W środku zawsze kręcą się jacyś kupujący, w okolicach różnych świąt kolejka czasem stoi na zewnątrz. Węgrom najwidoczniej smakują te słodkości. Postanowiliśmy więc któregoś dnia spróbować.

Na prośbę o zapakowanie kilku kawałków, sprzedająca zrobiła jednak bardzo dziwną minę. I to powinno nas ostrzec. Po spróbowaniu okazały się „trochę” za słodkie i jakby… naperfumowane.  Prawdziwy barok. Po zjedzeniu jednego (w dwie osoby) przyjęliśmy taką dawkę kalorii, że na resztę nie mieliśmy już siły. Czyżby to była kwintesencja węgierskiego cukiernictwa? Wśród znajomych Węgrów spotkałam jednak wielu, którzy deklarowali się jako fani tej cukierni.

Cóż, musicie przyznać że wyglądają nieźle. Mam nadzieję, że będziecie mogli ich jeszcze spróbować i wyrobić sobie własne zdanie na ten temat.

(fot. 13kerulet.ittlakunk.hu)

Stühmer – historia dwóch sukcesów

Stühmer Frigyes – twórca sławnej marki, a w zasadzie Friedrich Stühmer pochodził z północnych Niemiec. Urodził się w 1843 w Meklemburgii. Swe umiejętności zdobywał najpierw w Ludwigslustban, a później w Hamburgu i Pradze. W końcu w 1866 dotarł na Węgry. Do Budapesztu ściągnął go znany lokalny cukiernik Ferenc Nagy, który miał swoją cukiernię na ulicy Jesiennej (Ősz u., obecna Király u.). Friedrich przybył na miejsce w 1868, a po dwóch latach uznał, że jest ono godne jego talentu i w 1870 odkupił zakład pana Nagya. W swym zakładzie wprowadził nowoczesne technologie – sprowadzone z Drezna maszyny parowe.

Franciszek Józef był pod takim wrażeniem tej technologii, że zezwolił na wykorzystanie na produkcie godła węgierskiego! W 1879 jego wyroby otrzymały złoty medal na Wystawie Krajowej w Székesfehérvár, a niedługo później za wysoką jakość produkowanych wyrobów został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi dla Korony. Od 1885 rozpoczyna produkcję czekolady. W 1888 rejestruje nazwę Stühmer jako znak towarowy w Budapeszteńskiej Izbie Handlowo – Przemysłowej.

Tę wspaniałą karierą przerywa przedwczesna śmierć przemysłowca w 1890 roku (miał tylko 47 lat), ale firma rozwija się dalej prowadzona przez wdowę Etelke i szwagra – Gézę Kooba, a od 1906 roku drugiego syna Stühmera – Gézę. W 1928 rodzinna firma staje się spółką akcyjną, a z pozyskanych tą drogą pieniędzy wybudowany zostaje nowy zakład w miejsce dotychczasowego jednopiętrowego domku.

W latach 30 firma staje się rozpoznawalna nie tylko dzięki jakości swych wyrobów ale również dzięki dużej uwadze przykładanej do opakowań – projektują je najznamienitsi węgierscy artyści (Lukáts Kató, Jeges Ernő, Szirmai Ili) oraz do rozwoju eleganckiej sieci handlowej. Salony firmy znajdują się nie tylko na Węgrzech ale również w Paryżu i Wiedniu. W tych latach firmie udało się wypromować kilka znanych marek produktów. Znanych często do dziś. Przykładowo były to: czekolada Tibi, karmelki Frutti, draże Zizi, wafelki Ropp, cukierki Negró, Bronhy i Gripp czy też kakao E (nie mylić ze znanym w Polsce proszkiem do prania :)). Wielką chlubą firmy z tamtych lat stały się figurki z „porcelanowej” czekolady – wyrób unikalny w skali światowej.

Ten rozwój spowodował, że już po kilku latach wzniesiona w 1928 fabryka okazała się za mała – w ciągu 10 lat zamiast 300 pracowników firma zatrudniała wkrótce 800 – i dlatego w 1941 zbudowano największą na Węgrzech i jedną z najnowocześniejszych w Europie fabryk słodyczy. Fabryka powstała w nowej lokalizacji – Vágóhíd u. w IX dzielnicy i znajduje się tam do dziś choć nie należy już do firmy Stühmer.

Spokojna egzystencja rodzinnej firmy kończy się, kiedy w 1948 komuniści nacjonalizują fabrykę włączając ją do Węgierskiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Cukierniczego. Nazwisko założyciela zastępuje na szyldzie banalna nazwa Budapeszteńska Fabryka Czekolady. Lata 60 przyniosły znaczny rozwój zakładu poprzez jego znaczącą mechanizację, choć jak łatwo się domyślić te lata nie miały wiele wspólnego z jakością kojarzącą się z nazwiskiem Stühmer.

I choć rodzina Stühmerów nie powróciła już do produkcji słodkości, to ich nazwisko i związana z nim tradycja jakości po 1989 znowu nabrały realnej wartości.

Fabryka i niektóre marki produktów (czekolada Tibi) trafiły po kilku zmianach właścicieli w ręce firmy Bonbonetti należącej do ukraińskiego koncernu, którego właścicielem był jeszcze niedawno obecny prezydent Ukrainy Petro Poroszenka. W logo firmy Bonbonetti znajdziemy informację, że firma szczyci się tradycja sięgającą 1868. Jak podałam wyżej w tym roku w Budapeszcie pojawił się Friedrich Stühmer. Firma eksponuje również piękny mural w swojej fabryce przypominający o starych właścicielach. Problem w tym, że nawiązanie do rodziny jest dość naciągane, bo słynny znak towarowy Stuhmer przypadł komu innemu, a jak pamiętamy fabryka w IX dzielnicy istnieje od 1941 roku.

I tu rozpoczyna się historia drugiej kariery, związanej z nazwiskiem Stühmer.

Parę lat temu nikt nie odgadłby, że Péter Csóll z Novaj będzie miał cokolwiek wspólnego z szacowną marką z wielkiego Budapesztu. Csóll ukończył studia o profilu turystycznym, przez 5 lat był aktorem w egerskim teatrze, przez jakiś czas zajmował się nawet nieruchomościami. Z aktorskiej pensji mógł pozwolić sobie tylko na to by związać koniec z końcem więc oprócz występowania na scenie zdarzało mu się prowadzić w Egerze kilka knajp. Od jakiegoś czasu miał też na oku sklep ze słodyczami w centrum miasta. Wiedząc, że właściciel chce się go pozbyć, kiedy nadarzyła się odpowiednia okazja kupił go i tak w 2005 roku rozpoczęła się jego kariera w świecie czekolady.

Szybko jednak zauważył, że ludzie słodycze kupują najczęściej w dużych marketach, zaczął się więc zastanawiać jak sprawić by jego sklepik stał się wyjątkowy, a tym samym przyciągnąć klientów. Potrzebował własnej czekolady, rozpoznawalnego produktu. Wkrótce udało mu się nabyć prawa do znaku firmowego Stühmer i zaczął rozglądać się za jakimś specjalistą od czekolady, który zechciałby dla niego pracować. Tak zatrudnił u siebie Bélę Borbélya, czekoladowego guru, który w przemyśle cukierniczym pracował od dziesięcioleci i fabrykę Stühmera znał na wylot jeszcze z czasów kiedy był dzieckiem.

Jeden ze znajomych Csólla wspomniał mu kiedyś, że dobrze byłoby przywrócić produkcję ulubionego z czasów jego dzieciństwa batonika Korfu. Okazało się, że Borbély pamiętał oryginalną recepturę i bez problemu potrafił wymienić wszystkie składniki. W tamtym czasie nie mieli jeszcze własnej fabryki więc produkcja odbywała się w partnerskiej fabryce Szamos Marcipán w Pilisvörösvár. To tam powstały pierwsze produkty wskrzeszonej marki Stühmer. Z Szamosami nigdy nie konkurował, wręcz przeciwnie, dużo mu w tamtych czasach pomagali i do dziś pozostają w przyjacielskich stosunkach.

Batonik Korfu trafił w końcu do dużej sieci handlowej, co znacznie zwiększyło zapotrzebowanie na produkt. Okazało się, że wynajmowana linia produkcyjna nie wystarczy i trzeba pomyśleć o nowej fabryce. Obok własnego kapitału zaciągnął na ten cel 10-letni kredyt we frankach szwajcarskich i pomimo przejściowych trudności w końcu firmie udało się wyjść na prostą i osiągnąć finansową stabilizację. Csóll uważa, że to filozofia małych kroków jest w jego przypadku kluczem do osiągnięcia sukcesu. Kredyt zaciągnął tylko na najpotrzebniejsze wyposażenie i w sumie dzięki temu udało się go spłacić, choć w tamtych czasach banki nie miały problemów z przyznawaniem ogromnych kredytów, co dla niektórych stało się pułapką i doprowadziło do wielu bankructw.

Csóll jak sam przyznaje jeszcze kilka lat temu rozważałby sprzedanie firmy gdyby otrzymał odpowiednią ofertę. Dziś nie przyszłoby mu to raczej z łatwością. To jego dziecko, w firmę włożył serce, a czekoladowy biznes pochłonął go bez reszty. Ceni sobie to, że jest niezależny i sam może podejmować decyzje, co nie byłoby możliwe przy udziale inwestorów z zewnątrz. Nie myśli o giga-biznesie, nie ma zamiaru przekształcać firmy w olbrzymie przedsiębiorstwo. Stawia raczej na jakość, przy zachowaniu dotychczasowego charakteru produkcji, która odbywa się de facto na zasadzie manufaktury. W myśl wyznawanej filozofii zrównoważonego rozwoju po latach obok zakładu z Novaj, również pod Egerem w miejscowości Maklár otwarto drugi zakład produkcyjny Stühmera, zatrudniający 40 osób, do którego kilka miesięcy temu przeniesiono produkcję (a otwarcia dokonał nie kto inny jak premier Orbán).

W chwili obecnej w Egerze działają dwa sklepy firmowe oraz po jednym w Maklár, Gyöngyös i w Budapeszcie. I właśnie ten w Budapeszcie, przy ul. Pozsonyi út 9. (Újlipótváros, XIII dzielnica) odwiedziłam ostatnio w ramach przedświątecznych zakupów.

Na niewielkiej powierzchni zgromadzono dużą ilość najlepszych produktów firmy i innych wyrobów dobrej jakości. Wzrok przyciągają stylowe opakowania czekolad (tabliczka czekolady kosztuje tu 550 Ft), nostalgiczne obrazki z bombonierek, a wreszcie stojak z chyba 20 rodzajami szaloncukor (świąteczne cukierki) – o niebo lepszymi od tych marketowych, choć cena to ponad 5 tys. Ft/kg. Warto zwrócić uwagę, że firma przygotowała też słodkości dla diabetyków, co rzadko spotykane – w dużym wyborze, szczególnie czekolady. Aktualną ofertę i ceny możecie sprawdzić w sklepie internetowym.

Niestety sama część kawiarniana nie jest zbyt przytulna; widać że działalność koncentruje się głównie na sklepie. Dużo przyjemniejsze wnętrza pod szyldem Stuhmer znalazłam w Internecie, np. w Kecskemét, gdzie działa Stühmer Kávé- és Csokiház albo jeszcze piękniejsza kawiarnia w Kaposvár  z oryginalnymi zabytkowymi meblami (zdjęcia poniżej). Pozostaje mieć nadzieję, że projekt rozwoju sieci kawiarni, o których myśli właściciel marki będzie dorównywał klasą smakowi czekoladek.

Pisząc o Stühmerze nie sposób pominąć Klubu Degustatorów, do którego może zapisać się każdy kto ceni dobrą czekoladę i miałby ochotę zgłębić tajniki powstawania słodyczy. Członkowie klubu mogą bowiem zajrzeć za kulisy produkcji, swoją opinią wpłynąć na smak nowych produktów, a ich sugestie często są brane pod uwagę przy projektowaniu nowych opakowań.

Stühmer to moja propozycja na atrakcyjny upominek z Węgier, to jakość zamknięta w eleganckim opakowaniu (ostatnio firma wraca do zwyczaju współpracy z młodymi interesującymi grafikami – czego przykładem jest niezwykle stylowy Szilvás Betyár), coś czego szuka niewątpliwie wielu ludzi chcąc obdarować najbliższych czymś wyjątkowym po powrocie znad Dunaju. Mnie szczególnie zainteresowały czekolady w retro-opakowaniach, bombonierki Kalocsa z dodatkiem ostrej papryki, czekoladki z winem czy też z palinką – gruszkową lub brzoskwiniową oraz te z kremem śliwkowym – Budapest lub Magyarország. Śmiało możecie dodać te słodkości do listy węgierskich specjałów.

Eger po sezonie – dzień trzeci

Drugi nocleg w Egerze to położony w samym centrum Hotel Eger & Park. Właściwie to powinnam powiedzieć, że nocleg mieliśmy w hotelu Eger, który powstał w roku 1961 obok hotelu Park. Piękny, modernistyczny projekt i tylko ktoś zapomniał o małym drobiazgu… hotel nie miał restauracji! Przez lata goście wychodzili więc przed budynek i chodniczkiem maszerowali do restauracji w położonym obok hotelu Park, co w deszczu nie musiało być już tak przyjemne, ale z drugiej strony wymuszało konieczność ubrania się do kolacji. My jednak tego problemu nie mieliśmy. Nie, żeby ktoś wybudował restaurację w hotelu Eger (może to i lepiej bo ta w hotelu Park jest po prostu śliczna a i sam hotel jest uroczy) – po prostu w 1980 roku przy okazji rozbudowy budynku wybudowano na wysokości pierwszego piętra łącznik.

Dzięki temu dziwacznemu zabiegowi architektonicznemu mieliśmy okazję do podwójnej podróży sentymentalnej. Hotel Eger to klimaty jak z Wielkiego Szu, blichtr komunizmu i jego sław i jestem prawie pewna, że Jan Nowicki, który był wtedy prywatnie mężem znanej węgierskiej reżyserki Marty Meszaros bywał tu nie raz. Trzeba jednak przyznać, że to komunistyczne dziedzictwo nie odbiło się jakoś bardzo źle na komforcie pokojów, które zostały odremontowane i wyposażone w miarę nowocześnie.

Hotel Park i jego restauracja to już bardziej klimaty z Magnata z tym samym Janem Nowickim w roli głównej. Do kolacji przygrywa pianista szlagiery w stylu Smutnej niedzieli (chyba miał już dość turystów i postanowił się ich pozbyć przy użyciu hymnu samobójców :), ale na żądanie również balatońskie przeboje, choć w stonowanej aranżacji. Niestety nasz Młodszy pobudzony całodziennymi atrakcjami i nieumieszczony w odpowiednim krzesełku dla dzieci postanowił wnieść swój wkład w świat reklam proszku. I co pan powie panie Chajzer na takie plamy na obrusie i całej odzieży wierzchniej (czy też jak go nazywają Węgrzy, Pan Tide – tak, tak, Chajzer to sława międzynarodowa i jak ładnie po węgiersku mówi :)?

Niestety to kolejny hotel, który choć dysponuje obiektem spa, to kończy jego pracę o śmiesznej porze tzn. o 20.00, a przecież to był sobotni wieczór. Trzeba jednak przyznać, że jest w tym nieco dziwacznym hotelu wyjątek, ale jak przystało równie dziwaczny – jeśli chcecie popluskać się wieczorem do 22.00 to przyjedźcie tu w… poniedziałek. Znowu więc rozpoczęłam dzień wcześnie choć to niedziela, bo chłopcy koniecznie chcą na basen. Trzeba przyznać że choć obiekt nie jest najnowszy to baseny prezentują się całkiem przyzwoicie, a brodzik dla dzieci w sumie niezły, choć krawędzie twarde. W baseniku kolorowe postaci z bajek dziecięcych, które prawdopodobnie w nieco późniejszych godzinach nabierają więcej życia tryskając wodą. Dla dorosłych basen 25 m, standardowo sauny, masaże lecznicze itp., czyli typowa węgierska oferta.

Jeszcze przed południem zameldowaliśmy się w znajdującej się na obrzeżach Egeru stadninie koni przy dworku Mátyus Udvarház, gdzie czekała na nas bryczka zaprzężona w dwa piękne lipicany, z których hodowli ta stadnina słynie. W towarzystwie przemiłego stangreta i jego młodej pomocniczki udaliśmy się na wycieczkę po pobliskich winnicach. Chłopcy byli zachwyceni, a Młodszy przez chwilę nawet przestał zwracać uwagę na przejeżdżające samochody, co zdarza mu się niezwykle rzadko. Piotruś i Śpiewak wesoło ciągnęły bryczkę a mnie zachwyciły cudowne kolory, jakie przybiera winnica o tej porze roku. Nie udało się nam niestety pokazać chłopcom samych zbiorów, bo w winnicach w pobliżu stadniny były one już zakończone, ale wciąż na krzakach znajdowały się pojedyncze grona. Nasz woźnica wyjaśnił nam, że pozostawia się je celowo nie tylko dlatego że są w jakimś trudniej dostępnym miejscu krzaka, ale dlatego, żeby ptaki mogły się nimi najeść i nie niszczyły samych roślin. Okazało się, że pomiędzy winnicami ukrywają się kolejne niespodzianki. Pierwszą z nich było małe lotnisko, z którego nagle poderwał się niewielki samolot – to ponoć pozostałość po fabryce samolotów ultralekkich, która znajdowała się w Egerze. Tutaj je testowano. Teraz służy zapaleńcom do lotów rekreacyjnych.

Druga to niezwykły bar połączony z kempingiem znajdujący się na terenie winnicy, której właścicielem jest Imre Csernus, znany z telewizji psycholog i autor kilku popularnych książek a także psycholog egerskiej drużyny piłki wodnej, a prywatnie wielki fan wina i człowiek znany w tej branży. Na szczycie wzgórza przy prostych, ale dizajnersko wysmakowanych stołach i ławach siedzi się podziwiając wspaniały widok na dolinę, popija doskonałe wino albo równie doskonałą kawę. Atrakcją miejsca jest możliwość noclegów w bardzo prostych, ale w tej prostocie pięknych bungalowach rozrzuconych po winnicy. Domki te nawiązują do typowych domków, jakie budowano w winnicach, aby ich doglądać i które zazwyczaj pozbawione były wszelkich wygód (pięknie opisywał to Kalman Mikszath). Mnie jednak skojarzyły się one jakoś ze skandynawską prostotą. Fajne miejsce.

W winnicy znajduje się też niewysoka, ale posiadająca wspaniały widok wieża widokowa, z której bardzo dobrze widać zdobiący przeciwległe wzgórze pomnik winiarzy. Obecnie jest on zrobiony z kamienia, bo  wcześniejsza wersja wykonana z metalu została po prostu ukradziona – jak widać życie na węgierskiej prowincji ma też swoje cienie. Zastanawialiśmy się czy winiarze mają swoją patronkę, tak jak sadownicy z Kecskemet, których chroni Matka Boska Brzoskwiniowa z tamtejszego kościoła. Jak się dowiedzieliśmy z lokalnego źródła (od woźnicy), tą patronka jest św. Barbara. Po powrocie postanowiłam sprawdzić tę informację i okazało się, że z patronów winiarzy na Węgrzech wymieniani są św. Wincenty (Vince), św. Urban (Orban) i św.Donat. W dobrej intencji świętych nigdy dość.

Koniki dowiozły nas w końcu z powrotem do stadniny, która okazała się mieć jeszcze wiele atrakcji. Chłopcy mogli zobaczyć duże stajnie oraz mieszkające w nich piękne konie. W stadninie są również kucyki i osiołki. Na padokach właśnie uczyły się jeździć inne dzieci. Całość w otoczeniu bujnej zieleni. Stadnina posiada bogatą kolekcję powozów użytkowych (w tym sanie i… rydwany), ale również małe muzeum wypełnione zabytkowymi pojazdami. Na miejscu jest również restauracja z barem gdzie rolę stołków barowych pełnią siodła. Jak dowiedzieliśmy się od barmana nad jedną ze stajni powstała część hotelowa gdzie nawet większa grupa znajomych może zatrzymać się w wygodnych warunkach, w ogrzewanych pokojach.

Na koniec pozostawiliśmy chłopcom główną atrakcję architektoniczną miasta – egerski zamek, w którego bramie powitał nas Gergely, jego kasztelan. Gergely z wykształcenia jest historykiem, ale od dziecka kochał to miejsce i cały czas gdzieś tu się kręcił, aż w końcu przywdział żupan, czapkę z sokolim piórem, przypasał szablę i został gospodarzem zamku. Dziś nawet jego przyjaciele śmieją się, że gdy z rzadka ubiera się w ubrania z naszej epoki to nie mogą go rozpoznać.

Historia zamku jak prawie wszystko na Węgrzech sięga czasów Św. Stefana.  Organizując swe państwo stworzył on w Egerze biskupstwo, a wzgórze na którym znajdują się obecnie ruiny twierdzy zajmował początkowo kościół. Pierwotnie w stylu romańskim, potem gotycki; na tych niespokojnych terenach musiał być odpowiednio broniony i tak powstała twierdza, która po zdobyciu Belgradu a następnie po klęsce rycerstwa węgierskiego pod Mohaczem stanęła na drodze Turkom podążającym na północny zachód.

W 1552 roku pod murami twierdzy stanęło 150 tysięcy tureckich żołnierzy, z czego 80 tysięcy stanowiło regularne wojsko i artyleria (reszta to tzw. tabory). Przeciw nim stanęło 2100 – 2300 obrońców, co daje niewyobrażalną dysproporcję sił, co najmniej 40:1. Siły węgierskie nie składały się tylko z żołnierzy, ale również z mieszczan i chłopów, o czym świadczą proste nazwiska albo przydomki na pamiątkowych tablicach umieszczonych w Sali Bohaterów (Hősök Terme) – mauzoleum ku czci obrońców zamku. Pomieszczenie podpierają monumentalne figury wyciosane z piaskowca. Jak było widać, regularnie składane są tu kwiaty ku pamięci bohaterów.

W sali tej znajduje się również nagrobek dowódcy obrony twierdzy, kapitana Istvána Dobó, a dokładnie Barona Istvána Dobó de Ruszka, urodzonego w 1502 w Seredniach na Ukrainie. Oryginalna jest tylko płyta nagrobna, która zostala przeniesiona tu z położonej dziś na Słowacji Ruská (węg. Dobóruszka). Istvanowi Dobó, będącemu konsekwentnym stronnikiem Habsburgów w dynastycznym konflikcie z Janem Zápolyą, arcyksiążę Ferdynand powierzył w 1549 roku twierdzę w Egerze (Zápolya, jako wasal sułtana tureckiego został władcą Siedmiogrodu, ale rościł sobie prawa do korony węgierskiej; sułtan turecki zajął południowe Węgry aż do Budy, a Habsburgowie północno zachodnie – arcyksiążę Ferdynand Habsburg też używał tytułu króla Węgier). Co ciekawe, za swe zasługi najpierw Dobó został wynagrodzony z gestem wartym Pana Zagłoby rozdającego Inflanty – arcyksiążę Ferdynand nadał mu dobra i tytuł w Siedmiogrodzie, którym nie władał. Po trzech latach, co prawda wynagrodził mu to nadając w zamian zamek w Lewicach w dzisiejszej Słowacji, aby w końcu oskarżyć go o zdradę i uwięzić w zamku w Pozsony (Bratysława), co zrujnowało zdrowie Dobó i doprowadziło do jego rychłej śmierci.

A skoro już wspomniałam o Panu Zagłobie, bohaterze Trylogii, to podobieństwo egerskiej historii do oblężenia Częstochowy czy Kamieńca Podolskiego jest uderzające. Nie dziwi więc że tak jak Henryk Sienkiewicz posłużył się tamtymi historiami do krzepienia serc zniewolonego narodu polskiego, tak i węgierski pisarz Geza Gardonyi sięgnął po historię oblężenia Egeru w tym samym celu, czym zasłużył sobie nie tylko na pochówek na terenie zamku, ale i na pomnik na egerskiej starówce, a jego książka stała się ulubioną lekturą Węgrów, co upamiętniono kolejnym pomnikiem. Książka Gwiazdy Egeru podobnie jak dzieło Sienkiewicza została sfilmowana i tak jak jego polski odpowiednik film stał się przebojem na wiele lat, szczególnie wśród chłopców w różnym wieku. W tej sytuacji dziwić może tylko, że książka ta od lat nie była wznawiana w Polsce i dziś jej ceny na internetowych aukcjach dochodzą do 80 złotych.

Z historycznych nazwisk warto wspomnieć jeszcze o Gergelyu Bornemissza. Był on dowódcą 250 osobowego oddziału austriackich strzelców nadesłanych przez króla jako wsparcie, ale wsławił się głównie, jako autor różnych forteli i sprytnych machin wojennych jak np. ogniste koło, czyli rodzaj wielkiej szpuli, najeżonej ostrzami i wyładowanej materiałem wybuchowym, którą to machinę można było strącić na wroga szturmującego bramy czy uliczki. Stosował też inne ogniste wynalazki przypominające słynny ogień grecki.  Syn Gergelya, Janos wraz z królem Stefanem Batorym brał udział w walkach Polaków z Rosjanami, jako dowódca polskich oddziałów. Oczywiście w masowej pamięci obraz Gergelya Bornemisszy wypełnia kreacja Istvána Kovácsa, która bardzo mi się kojarzy z rolami Daniela Olbrychskiego czy wręcz ze spaghetti westernem – piękny jest jak z obrazka :)

Dzięki naszemu niezawodnemu nosidłu dla Młodszego (niestety zrobił się tak ciężki, że po tej wyprawie nie zdołam go już chyba naprawić) mogliśmy za naszym przewodnikiem zagłębić się w podziemiach egerskiego zamku. Najpierw obejrzeliśmy panoptikum zawierające kolekcję woskowych figur inspirowaną powieścią Gardonyiego, a właściwie ww. filmem, która oczywiście bardzo podobała się maluchom, szczególnie jeśli na przykład było to dwóch obrońców polewających atakujących smołą albo coś w tym rodzaju.

Następnie udaliśmy się w miejsce gdzie niegdyś stała katedra. Obecnie pozostała jedynie podstawa jej głównej nawy i przylegającej do niej kaplicy, w której archeolodzy odnaleźli pozostałość sarkofagu pierwszego biskupa Egeru. Te pozostałości dość marnie oddają pojęcie o dawnym wyglądzie kościoła i dopiero kiedy szliśmy za Gergelyem do zamkowych podziemi to mieliśmy okazję zobaczyć wystawę szkiców jej przypuszczalnego wyglądu oraz lapidarium zawierające m.in. wspaniałe płyty nagrobne i resztki pięknie rzeźbionych detali architektonicznych.

Nasz przewodnik zabrał nas na wycieczkę po niesamowitych lochach zamkowych i nawet gdy Starszy już zaczynał narzekać, że go nóżki nie niosą, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czy może czarodziejskiego pilota) repliki dział zaczynały strzelać i odjeżdżać ze stanowiska jak po prawdziwym strzale albo spotykały nas inne niespodzianki, do których niewątpliwie należało przejście jednego z tuneli w świetle pochodni. Tunele powstały jako efekt prac saperów – w tamtych czasach sztuka zdobywania zamków zakładała, że obie strony starają się podkopać pod murami: zdobywcy – żeby podłożyć ładunek wybuchowy pod murem czy basztą, a obrońcy aby dotrzeć do podkopujących się zdobywców zanim ci odpalą ładunek i wyciąć ich w pień. Jak twierdził nasz przewodnik, obrońcy nie budowali jednak tych tuneli do jakichś wypraw poza linię wroga i mury – co zwykle opisywane jest w powieściach historycznych. Bardzo ciekawy był system ostrzegania informujący o tym, że wróg próbuje się podkopać. Obrońcy na membranie bębna umieszczali kilka ziaren grochu, które zaczynały drżeć gdy tylko rozpoczynały się prace saperskie. Na podobnej zasadzie obserwowano powierzchnię wody w porozstawianych w tunelu naczyniach.

Z tunelu wyszliśmy właśnie przy grobie autora powieści, bardzo skromnym, ale poprzez swoje usytuowanie stanowiącym niesamowity pomnik. Dowiedzieliśmy się też, że Gardonyi mieszkał w jednym z domów w sąsiedztwie zamku.

Na koniec Gergely zabrał nas do nowopowstałej atrakcji położonej pod murami zamkowymi. Po przejściu od bramy zamku, uliczkami starego miasta do Dobó Istvan utca, naszym oczom ukazał się wielki turecki namiot (nie mylić z jurtą), a w nim herbaciarnia i kawiarnia Egri Pasa Sátra. W tym nastrojowym wnętrzu można napić się prawdziwej tureckiej kawy czy herbaty albo skosztować tureckich słodkości. Do środka wchodzi się po zdjęciu obuwia i siada się na pokrywających podłogę kobiercach albo o ile pogoda na to pozwala siada się na dywanach obok namiotu, pod murami twierdzy. Prowadzący lokal Timur (przy okazji pozdrawiam obu znanych mi Timurów i ich rodziców :)) to kolejny przykład człowieka, którego życie stało się rezultatem pasji. Jego ojciec był ponoć jednym z najwybitniejszych węgierskich turkologów i znawców narodów Azji.

W tym miejscu warto wspomnieć, że po drugim oblężeniu zamku w 1596 roku Turcy zdobyli miasto i osiedli w Egerze na 90 lat, aż do czasu odsieczy wiedeńskiej. Po odbiciu Egeru przez chrześcijan większość budowli otomańskich została zniszczona, zwłaszcza meczety. Jednak jedną z głównych atrakcji miasta jest samotnie stojący minaret – najdalej na północ wysunięty zabytek turecki, na którego szczyt można wejść po licznych wąskich schodach, aby podziwiać panoramę Egeru, choć ta z murów zamku jest co najmniej równie godna polecenia. Jednak w przeciwieństwie do Budy w mieście tym nadal żyli potomkowie Turków, wzbogacając wieloetniczną mieszankę tutejszych mieszkańców.

Usiedliśmy więc przy kawie, aby jeszcze trochę odpocząć i porozmawiać z przewodnikiem, który poinformował nas, że na zamku, ale także w namiocie tureckim można organizować różne imprezy w stylu epoki. Z Gergelyem warto kontaktować się wcześniej mailowo, jeśli ktoś chciałby zwiedzić np. zamkowe podziemia, a naprawdę warto. Myślę, że powinni też kontaktować się z nim wszyscy zainteresowani uczestnictwem w rekonstrukcji odbywającej się sierpniu (Végvári Vigasságok). Jak wiadomo w obronie zamku (choć nie do końca było to zgodne z ówczesną polska polityką) brali również udział polscy rycerze i byłoby fajnie gdyby grupy rekonstruujące czasy zbliżone do potopu wzięły udział w tej imprezie (Wikingowie proszeni są u udział po stronie widzów w strojach z naszej epoki :).  Dowiedzieliśmy się również, że prace archeologiczne na zamku cały czas trwają i w zasadzie można mówić dopiero o ich początku. Wstrzymują je jedynie kwestie finansowe, które z pomocą funduszy unijnych choć w pewnym stopniu zdołano rozwiązać.

Na koniec nabyliśmy jeszcze tylko zwyczajowy miecz dla naszego Starszego (Miecz musi być. Ten był ze stempelkiem Istvana Dobó. Chyba w końcu będzie mógł sobie urządzić własną salę rycerską w swoim pokoju :) i pokręciliśmy się po zalanych jesiennym słońcem uliczkach Egeru. Kiedy ruszaliśmy w stronę domu, z tylnego siedzenia dobiegło nas chlipanie – komuś się tu naprawdę spodobało.

Eger po sezonie – dzień pierwszy

Węgrzy nie tylko postanowili dorównać Polakom w sztuce kreowania długich weekendów, ale i chyba zaczynają w niej brać górę. Z racji przypadającej 23 października rocznicy wydarzeń węgierskich z 1956 oficjalnie ogłoszono, że następujący po tym dniu piątek będzie dniem wolnym od pracy. Teoretycznie trzeba go było odpracować w ostatnią sobotę, ale konia z rzędem temu kto załatwi coś w taki dzień w jakimkolwiek urzędzie. Jedynym namacalnym efektem pracującej soboty jest konieczność opłacania miejsca parkingowego na ulicy tak jak w dzień powszedni, co często stanowi pułapkę na tych, którzy nie śledzą uważnie zmian w oficjalnym roboczym kalendarzu i na zagranicznych turystów. Skoro więc w celu uniknięcia zmarnowania soboty trzeba było wziąć urlop, to można było pokombinować tak czy inaczej i z jednego świątecznego dnia wyciągnąć nawet tydzień wolnego. Tak więc mimo że formalnie długi weekend przypada właśnie teraz, to już ten miniony wyczekiwany był przez branżę turystyczną z nadzieją.

Polacy z dumą mówią o polskiej złotej jesieni i babim lecie, ale to bardziej pobożne życzenia na temat tego o jakiej jesieni marzą, bo rzeczywistość bywa najczęściej szara, zimna i mokra. Dopiero gdy przyjechałam na Węgry zobaczyłam, że jesień potrafi być długo ciepła i całkiem słoneczna. A do złotych kolorów dołącza się jeszcze sporo zieleni i niesamowitej czerwieni winorośli. To właśnie ta winorośl stanowi ten niesamowity element nieobecny w polskim krajobrazie, dla którego warto pomyśleć o szybkim wypadzie na południe z naszej północnej krainy. Do końca października możemy bowiem nie tylko napić się starego wina, ale i przyjrzeć się winnej przyszłości.

Węgry mają wiele regionów winnych, chociaż często mówi się, że niektóre z nich wyodrębniono na wyrost i tylko kilka zasługuje na uwagę czy też w ogóle istnieje. Chcąc jednak dotrzeć na krótki jesienny wypad na Węgry powinniście pomyśleć o dobrze znanym Polakom rejonie Egeru, bo można znaleźć tam to co słusznie pozytywnie z Węgrami do tej pory kojarzyliście, ale i mniej oczywiste pomysły na spędzenie wolnego czasu.

W ostatni weekend pogoda dopisała więc postanowiliśmy wybrać się właśnie do Egeru, który razem z mężem znaliśmy już z czasów studenckich i spróbować nie tylko przypomnieć sobie to urocze miasto lecz odkryć coś nowego nie tylko dla nas, ale i dla naszych dzieciaków. Z początku byliśmy dość sceptyczni, bo kierując się głównie własnymi wspomnieniami, kojarzyliśmy Eger z dużą ilością dobrego i całkiem niedrogiego wina oraz ciepłymi źródłami termalnymi w prostej, rustykalnej oprawie. Eger oczywiście ma wspaniałe ruiny zamku górujące nad miastem więc jedna atrakcja już była. A jakie inne?

Eger to główne miasto komitatu (województwa) Heves. Już tu znajdziemy pierwszy sympatycznie znajomy element, bo w godle tego województwa widnieje swojski bocian trzymający w dziobie węża a w łapce winne grona (czy co tam bocian ma, bo łapa, pazur, szpon – wszystko to jakoś nie pasuje do bociana). To województwo szczęśliwie nie stało się obszarem działań szalonych industrializatorów w minionej epoce jak sąsiednie Borsod-Abauj-Zemplen, może z wyjątkiem zapory na jeziorze Tisza, ale i ten element znalazł swoją harmonię z naturą, o czym jeszcze napiszę. Praktycznie cały przemysł ciężki tego województwa ulokowany jest bardziej na zachód od Egeru w Visonta (elektrownia na węgiel brunatny) oraz w Sirok (produkcja amunicji i rur).

Eger to miasto przemysłu rolnego (drobne wyjątki to przemysł lekki – produkcja skrzyń biegów i narzędzi pneumatycznych oraz centra logistyczne np. polskiej firmy Bella z Torunia) i kiedy dojeżdżamy do niego z dowolnej strony nic nie mąci charakteru tego miasta jako całkiem sporego ogrodu. Nawet autostrada M3, którą można dostać się z Budapesztu do Egeru przebiega w oddaleniu ok. 30 kilometrów od miasta, które trzeba pokonać po lokalnej drodze, mając wtedy okazję do podziwiania malowniczych terenów Egri borvidék (Egerskiego Regionu Winnego), o czym informują tablice ustawione na jego granicach. Tam gdzie nie sadzi się winorośli w województwie Heves czernią się pola dobrze uprawianych pól na rozległych równinach. Uprawia się tu głównie słoneczniki (rzepak – główna roślina oleista na Węgrzech, jakoś nie trafia do butelek i trudno w sklepie znaleźć olej o wysokiej temperaturze palenia) i kukurydzę, ale są też sady owocowe. Jednak tereny wokół samego Egeru to kraina wina, o czym decyduje nie tylko dobre wulkaniczne podłoże, ale też ukształtowanie terenu.

Eger to długa dolina o łagodnych zboczach wciśnięta między największe węgierskie góry: Matra i Bukowe. Góry Matra, choć najwyższe na Węgrzech, nijak się mają do Karpat czy Tatr, o które opierały się dawne przedtrianońskie Węgry, ale ponoć nieźle nadają się dla początkujących narciarzy i to właśnie tu można najszybciej dojechać z Budapesztu, jeśli nie liczyć wyciągu na Janos hegy w samym Budapeszcie. Nie mieliśmy jeszcze okazji tego sprawdzić, ale myślę, że może w tym roku wypróbujemy to razem z chłopcami. Po drugiej stronie zaczynają się malownicze, szczególnie jesienią Góry Bukowe – te z kolei świetne są dla miłośników trekkingu i podjeżdżania rowerem na rekreacyjne wysokości. Oba pasma górskie mamy wyraźnie przed oczami, gdy zbliżamy się do miejscowości od południa.

Niestety początek weekendu nie wyglądał zbyt ciekawie, bo siąpił deszcz, ale sprawdziłam pogodę na niezawodnym Időkép i spodziewałam się przejaśnienia po południu (rzeczywiście przyszło, choć nieco później niż tego oczekiwałam). Główny plac miasta, przy którym umówiłam się z naszą przewodniczką był jeszcze mokry – sprawdziłam na bardzo dobrej jakości live kamerze (jak się później dowiedziałam świeżo zamontowanej na głównym placu w ramach jego remontu) – ale ludzi na nim nie brakowało.

Udało nam się znaleźć strzeżone miejsce parkingowe przy pobliskim placu targowym (wjazd od Zalár József utca). Miałam zresztą ochotę obejrzeć targowisko dokładniej, aby porównać je z ofertą Budapesztu, ale chłopcy raczej nie są miłośnikami takich miejsc i czasami potrafią zachowywać się tam niczym kompani Kmicica. Obawiając się, że miasto ze swą historią może ich wprawić w sarmackie nastroje i będąc jak zwykle spóźniona pognałam całe towarzystwo na plac Dobó. Nie można powiedzieć o nim rynek, bo ten to historycznie oprócz tego placu jeszcze plac Gezy Gardonyego – oba place rozdziela niezbyt urodziwy budynek Skali – osobom znającym Węgry sprzed lat dobrze znajomej – odpowiednika polskich Domów Towarowych Centrum. Mimo, że cała okolica została w bardzo łady sposób odrestaurowana, to ten element z uwagi na prywatnego właściciela stoi jak stał. I pewnie będzie tak tam tkwił, aż sam stanie się ciekawym zabytkiem – może to nawet dobrze, że coś po tych latach 60 i 70 XX wieku zostanie?

Na północ od obu placów miasto przecina Eger patak, co słusznie Polacy skojarzą z potokiem. Jego koryto zostało mocno zabezpieczone – pobliskie Góry Bukowe potrafią nagle wyrzucić z siebie niespodziewane ilości wody, co w efekcie zawsze czyniło zbijającą te wody Cisę dziką węgierską rzeką jakże inną od statecznego Dunaju. Tuż za potokiem, przy małym placyku (Kis-Dobó ter), w uroczej barokowej kamieniczce, jakich w tej okolicy mnóstwo, mieści się hotel i restauracja Dom Senatora. Oferowane tam ciasto to kwintesencja lokalnego smaku: rolada winna – dobrze wyrośnięte ciasto biszkoptowe przełożone niesamowitym kremem przyrządzonym z dodatkiem białego wina. O tym jaki to specjał świadczyć może fakt, że regularnie zwykł przychodzić tu miejscowy burmistrz, poczytać gazetę, wypić kawę – znacznie to lepsza relacja z mieszkańcami niż z kanapy służbowej limuzyny. Pełna bibelotów recepcja jest dopełnieniem tego przywodzącego na myśl XIX wiek obrazu.

Znajdujemy się u podnóża zamku na turystycznej, ale bardzo urokliwej uliczce. Wiele tu sklepów i winiarni gdzie dostaniemy pełen wybór lokalnych win (co ciekawe nie tylko gronowe ale i np. truskawkowe!). Znajdzie się i coś godnego uwagi dla osób, które mają ochotę uraczyć się czymś bez alkoholu. Oto kolejny argument, który przemawia za wizytą właśnie w tym okresie – możliwość spróbowania świeżego moszczu winnego. Schłodzony, mętnawy biały napój nie ma nic wspólnego z tym co potem sprzedaje się jako 100% soki winogronowe. Świetnie czuć w nim delikatny aromat Muskotaly i zapowiedź wspaniałego, deserowego wina, które z niego powstanie. Szczęście, że oprócz spoglądania w refraktometr (urządzenie do pomiaru zawartości cukru) w produkcji wina są też nadal stosowane metody organoleptyczne i można popijać ten wspaniały sok. Trzeba jednak uważać! Po kilku dniach ten lekko musujący napój zawiera już taką ilość drożdży, że może przyprawić pijącego o sensacje żołądkowe. Pijcie tylko świeży!

Czas na spacer po mieście. Zaczynamy od głównego placu miasta imienia Dobó, na którym stoi oczywiście pomnik Istvana Dobó (ponieważ ktoś uznał, że może jednak to mało nieopodal znajduje się ulica Istvana Dobó). To postać historyczna a zarazem bohater książki z najważniejszego historycznego epizodu jaki miał miejsce w Egerze, czyli dowódca obrony twierdzy egerskiej podczas pierwszego oblężenia tureckiego w 1552 roku. Kapitan Dobó dziarsko wymachuje szablą, obok niego czujnie rozgląda się jego wierny żołnierz Mekcsey, po drugiej stronie egerska kobieta ciskająca w Turków kamieniem. Całość przywodzi na myśl pomniki z budapeszteńskiego Placu Bohaterów, bo twórcą pomnika jest autor kilku z nich Alajos Strobl. Cały plac jak już wspomniałam był ostatnio odrestaurowywany (jak wiele rzeczy na całych Węgrzech w ostatnim czasie :) i zniknął z niego inny konny pomnik, który stał kiedyś przed ratuszem,  przedstawiający pełną dynamiki scenę bitewną. Jak się dowiedzieliśmy pomnik jednak powróci po renowacji, ale w innej lokalizacji. Wchodzimy jeszcze na chwilę do franciszkańskiego kościoła Minorytów, jednego z najpiękniejszych przykładów węgierskiego baroku. W kościele znajdują się relikwie św. Jadwigi, św. Kingi i bł. Jolanty. Od naszej przewodniczki dowiadujemy się, że latem są tu odprawiane msze w języku polskim.

Wąskimi uliczkami miasta ruszamy dalej, w stronę pałacu biskupiego. Od samego początku swej historii Eger był przede wszystkim biskupstwem i tej roli nie zmienił aż do XX wieku, z wyjątkiem oczywiście czasów okupacji tureckiej. Śladem tej funkcji jest nie tylko neoklasycystyczna katedra (drugi co do wielkości kościół na Węgrzech, od którego większy jest tylko ten w Esztergomie, ale już bazylika Św. Stefana jest mniejsza) ale też wielki pałac biskupi. Jego olbrzymia budowla niestety robi wrażenie jedynie od zewnątrz i to też raczej ograniczone, bo trwają prace rekonstrukcyjne. Co ciekawe Węgrzy mając tak olbrzymi obiekt, z największymi piwnicami w mieście, nie bardzo wiedzą co w nim zrobić (może Wy macie jakiś pomysł :)) Nawet górujący nad miastem zamek to w zasadzie umocniona katedra. To właśnie gotycka katedra na wzgórzu stanowiła centralny element twierdzy i jak mówią historycy swą wspaniałością dorównywała katedrze w Kolonii. Biskupami Egeru były znamienite postaci historyczne wielkich nazwisk (biskupem Egeru przez 3 lata był późniejszy papież Klemens VII, choć trudno powiedzieć czy kiedykolwiek przebywał tu osobiście).

Udając się w kierunku południowym mijamy neoklasycystyczną katedrę a przed nią grupę posągów – św. Stefana, św. Władysława oraz apostołów Piotra i Pawła; sam fronton świątyni do której prowadzą długie schody zdobią alegoryczne przedstawienia Wiary, Nadziei i Miłości. A naprzeciw katedry znajduje się budynek dawnego Liceum ufundowanego przez kolejnego znanego biskupa Egeru, Karola ze słynnego rodu Eszterhazych. Zamiarem pomysłodawców (bo było ich kilku) było utworzenie w Egerze Uniwersytetu, ale podjudzona przez oponenta Eszterhazyego cesarzowa Maria Teresa nie zezwoliła na to i w efekcie powstało największe i najokazalsze liceum na Węgrzech. W dniu dzisiejszym zamysł fundatorów spełnił się, ale tylko częściowo – w budynku znalazła swą siedzibę Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Pomimo wymarzonych wprost warunków dla życia akademickiego (bo czego więcej zarówno pedagogom jak i żakom potrzeba by móc toczyć wielkie dysputy oprócz wina – w nim bowiem prawda ;)) jest to jedyna szkoła wyższa w mieście, którym wieczorami rządzą nie studenci ale raczej właśnie licealiści. Ich roześmiane grupy zwykły przesiadywać wieczorami w okolicach placu Istvana Dobó. Imponujący budynek Liceum mieści obserwatorium astronomiczne i bogatą bibliotekę, w której wśród starych kodeksów i rękopisów znajduje się jedyny napisany na Węgrzech list Mozarta. Będąc w okolicy zajrzyjcie też koniecznie na dziedziniec siedziby województwa, gdzie zobaczycie arcydzieło sztuki kowalskiej – misternie wykutą bramę w stylu rokoko, bogato zdobioną w liście winorośli, wykonaną przez Henryka Fazolę (Kossuth u. 9).

Idąc dalej trafiamy do kompleksu można rzec rekreacyjnego miasta. Po jednej stronie potoku Eger znajduje się piękny park, ze stadionem miejskim i halą widowiskową, a po drugiej stronie potoku wybudowany na bazie otomańskich łaźni, kompleks basenów. Nieopodal znajduje się nowoczesny budynek o bardzo ciekawym kształcie. To miejski basen, w którym trenuje sportowa duma Egeru – najlepszy na Węgrzech zespół piłki wodnej, stanowiący główną podporę kadry narodowej Węgier w tym jakże ważnym dla nich sporcie. Jak już wspomniałam budynek ma ciekawy kształt, który zawdzięcza bodaj najsłynniejszemu współczesnemu węgierskiemu architektowi Imre Makoveczowi. Co jest dość niezwykłe dla basenu, w dodatku tak dużego, głównym materiałem użytym do budowy obiektu jest drewno. Architekt znany był z tego, że bezkompromisowo realizował swoje wizje nie bardzo zwracając uwagę na stronę praktyczną.

Ponieważ po południu wypogodziło się skorzystaliśmy z okazji i załadowaliśmy się z chłopcami do turystycznej kolejki, którą można objechać Eger, a także dostać się do znanej Doliny Pięknej Pani. Jeśli ktoś ma więcej czasu i lubi piesze wycieczki to można wybrać się tam pieszo. Kolejka nieco trzęsie, ale to tylko zrobiło dodatkowe wrażenie na chłopcach. Po drodze naszą uwagę zwróciło graffiti z motywami tureckimi.

Dolina Pięknej Pani to chyba najbardziej znane miejsce w Egerze. W niewysokich wzgórzach powstałych z wulkanicznego tufu łatwo było egerskim winiarzom stworzyć piwnice, gdzie mogli produkować swoje wino. O skali i możliwościach danego winiarza świadczyła i nadal świadczy głębokość piwnicy – im więcej było wina do przechowania, tym głębiej jego piwnica sięgała we wzgórze. Oczywiście dzisiaj te piwnice to w znacznym stopniu atrakcja turystyczna –  produkcja największych winiarzy regionu znajduje się poza doliną, bo jej skala przekracza wielkość tych piwniczek.  Zazwyczaj ich przednia część to sala z ławami, gdzie nawet duże grupy gości mogą raczyć się winami z dalszej części piwnicy.

O tej porze roku gości nie ma jednak zbyt wielu i winiarze koncentrują się na produkcji wina, co mnie wydało się nader ciekawe. I choć do burzliwej fermentacji wykorzystuje się obecnie stalowe zbiorniki (chodzi głównie o uniknięcie groźnych dla wina bakterii czy grzybów na etapie produkcji, kiedy nie ma jeszcze chroniącego go alkoholu) to dalsze dojrzewanie następuje w tradycyjnych dębowych beczkach. Piwnice wypełnia cierpki aromat wina, a ściany pokrywa rodzaj pleśni właściwy dla wszystkich piwnic z winem. W wykuszach pod ścianami leżakuje już wino zabutelkowane, ale jeszcze bez etykiet. Na beczkach złożonych pośrodku kredą wypisano rodzaje szczepów oraz rocznik wina. Jest to informacja o tym z jakich szczepów dane wino zmieszano. Tutaj ważna wskazówka – niech nikt nie próbuje szukać na krzakach winogron szczepu Bikaver, bo taki nie istnieje. Słynna Egerska Bycza Krew to kupaż, czyli odpowiednio zestawiona mieszanina win.

Oczywiście pierwsze pytanie Starszego skierowane do naszej przewodniczki brzmiało: „Ale dlaczego bycza krew?”. Jak nam powiedziała, po pierwszym oblężeniu Egeru, które nie było dla Turków zwycięskie, ci ponoć tłumacząc się przed sułtanem twierdzili, że obrońcy pili na murach byczą krew, która ściekała im po brodach (mając na myśli wino, którym Węgrzy raczyli się dla kurażu), co dawało im niespotykaną siłę i stanowiło przerażający dla najeźdźców widok. Spotkałam się też z inną wersją, która mówiła, że jak to bywa w trakcie oblężeń, „po godzinach” Turcy handlowali z obleganymi i zasmakowali w ich czerwonym winie, którego picia zabraniał im Koran. Tłumaczyli więc swoim zwierzchnikom, że to nie wino tylko bycza krew, do dodania siły w walce. Obie legendy jednak prawdopodobnie nie są zbyt prawdziwe, bo historycy uważają, że będąca istotnym elementem kupaży Kadarka (ten szczep został w Polsce przez lata komuny i po nich następujące pozbawiony czci, a kadarka z dobrej winnicy to naprawdę dobre i co ważne endemiczne wino) została do regionu sprowadzona przez Serbów po ucieczce Turków. Skład kupażu musiał także ulec zmianie po zarazie filoksery z końca XIX wieku. Choć szczepy zachowały po ich odtworzeniu swe nazwy, to często nie miały już poprzedniego charakteru.

Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku właściwe ministerstwo ustaliło w drodze rozporządzenia, że do tworzenia chronionej odmiany wina Egri Bikaver można używać następujących szczepów winnych: kékfrankos, portugieser, kadarka, blauburger, zweigelt, cabernet franc, cabernet sauvignon, merlot, pinot noir, menoire, turán, bíborkadarka i syrah. Odrębne przepisy regulują procentowy zakres udziału poszczególnych szczepów w kupażu oraz miejscowości, z których wino może nosić tę zaszczytną nazwę. Warto dodać, że Bikaver może być także wytwarzany w innym węgierskim regionie – w Szekszardzie, ale nie może on zawierać oczywiście w nazwie przedrostka Egri. Nowoczesny Egri Bikaver to wysokiej jakości wino, o średniej głębi rubinowego koloru, dobrej kwasowości, ze średnimi i wysokimi taninami oraz średniowysokiej zawartości alkoholu (zwykle 13,5% do 15%). Można w nim znaleźć nuty przypraw oraz czerwonych i czarnych owoców jagodowych. Wino to jest wspaniałym kompanem typowej kuchni węgierskiej (ale również i polskiej): do dziczyzny i wołowiny, szczególnie przyrządzanej na sposób pikantny, do ciężkich potraw, takich jak steki, pieczenie itp. Serwować należy w temperaturze 16-18° C.

Tym razem jednak nie oddaliśmy się winnym przygodom, bo obecność dzieci zobowiązuje. Trzeba przyznać, że sama dolina dość mocno zmieniła się w ostatnich latach i powstał w niej również obiekt amfiteatru, na którego tyłach istnieje rodzaj domu kultury gdzie dzieci mogą bawić się pod dozorem opiekunów. Tym razem można było tam podziwiać ciekawą wystawę prac artystów, którzy jako podstawowy materiał wykorzystali beczki do wina, a także małą wystawę poświęconą jakże popularnemu w Polsce pisarzowi Sándorowi Máraiemu. W dolinie oprócz skosztowania wina jest możliwość odwiedzenia restauracji z kuchnią węgierską (bo w samych piwnicach do wina dostaniemy jedynie chleb ze smalcem, cebulą i papryką – choć ja ten zestaw uwielbiam i nic mi więcej nie potrzeba :), a jeśli ktoś chce, to może na przygotowanych paleniskach rozpalić kociołek, choć to propozycja raczej na lato, szczególnie dla tych, którzy nie godzą się z największym mankamentem tego miejsca – dość wczesną porą o jakiej zamykane są piwniczki. Biesiadującym, nawet o tej porze roku przygrywają cygańscy muzycy.

Po powrocie do miasta zrobiliśmy sobie jeszcze krótki spacer po ładnie podświetlonym centrum. Zobaczyliśmy całkiem nowy pomnik Gardonyiego, w którego pobliżu na nowiutkim skwerze przysiadła grupa wesoło rozprawiających o czymś uczniaków. A potem udaliśmy się do naszego hotelu, który znajdował się kilka kilometrów od Egeru, w miejscowości Noszvaj, w pobliżu Narodowego Parku Gór Bukowych. To świetne miejsce na wycieczkę rowerową, co zdawali się potwierdzać liczni mijani rowerzyści, pomimo otaczających nas już ciemności. Pamiętajcie: na Węgrzech oprócz oświetlenia rowerzysta poruszający się po zmroku poza obszarem zabudowanym powinien mieć na sobie odblaskową kamizelkę – to naprawdę działa!

Gdzie moja kawa?

Wczoraj chciałam spotkać się ze znajomymi w jednej z kawiarni w pobliżu parku Szent István, ale akurat w tej którą lubię nie dane nam było, bo właśnie zamknęła ją skarbówka, tak więc pocałowaliśmy klamkę.

Węgierski organ podatkowy pod rządami premiera Orbána nie tylko zmienił nazwę z dotychczasowej APEH na NAV ale też postawił na spektakularne i dość niekonwencjonalne sposoby egzekwowania obowiązków podatkowych. Za przykład podam niewielką kawiarenkę Cafe Panini w XIII dzielnicy, na witrynie której rozegrała się w ostatnich dniach dość niezwykła polemika pomiędzy władzą wykonawczą i small businessem. Lokal został opieczętowany i zgodnie z informacją na urzędowym druku naklejonym na drzwiach, zamknięto go na okres 1 miesiąca ze względu na niedopełnienie obowiązków podatkowych.

Takie zawieszenie działalności do tej pory kojarzyło mi się raczej z amerykańską szkołą, ale jak widać stało się też nowym elementem w repertuarze kar jakimi może się posłużyć organ podatkowy. Jednocześnie forma informowania o tym przypomina nieco dawny pręgierz. Nie wiem czy dawniej stojący pod pręgierzami mogli dowodzić swej niewinności czy tylko w pokorze przyjmować karę, ale obecny właściciel lokalu postanowił wyrazić swoją opinię obok urzędowego druku, przyklejając na szybę swoją wersję całej historii. I właśnie słowo „obecny” jako przymiotnik dotyczący właściciela jest istotne, bo jak informuje on, kara nałożona przez urząd dotyczyła nieprawidłowości powstałej gdy lokal miał innego właściciela. Jeśli to prawda, to trzeba przyznać, że reguły prawa, które stanowią, że karze się kogoś w zależności od tego jaki lokal wynajmuje, stawiają prawa węgierskie na równi z regulacjami zabraniającymi na Alasce wchodzić łosiom do baru.

Ciekawy jest również fakt, że owa zbrodnia, która pozbawiła nie tylko właściciela możliwości prowadzenia swojego biznesu przez miesiąc, ale skazała również jego pracowników na utratę zarobków a może i pracy, to niewydanie rok temu paragonu fiskalnego na kwotę… 1160 Ft (ok. 15 zł). Trzeba przyznać, że jeśli obecna władza będzie równie konsekwentna wobec wszystkich, to albo wykończą cały biznes albo osiągną lepszą ściągalność podatków niż w USA czy Szwajcarii.

Z kolei w Gyula ktoś opisał przypadek inspektora NAV przebranego ponoć za żebraka i w tym stroju żebrzącego o papierosa. Jeśli ktoś „żebraka” poczęstował, to – o ile delikwent nie był w stanie udowodnić, że od papierosów zapłacono podatek akcyzowy – dostawał karę 30 tys Ft. I choć cała historia opublikowana przez lokalny Békés Megyei Hírlap została zdementowana przez przedstawiciela NAV (wskazał on, że prawdopodobnie skontrolowana w ten sposób osoba padła ofiarą naciągacza, a prawdziwa kontrola odbywa się jego zdaniem w sposób planowy i nigdy nie jest przeprowadzana przez pojedynczego kontrolera), to wniosek z niej płynący nadal jest dość zaskakujący: palacze powinni pamiętać żeby zachowywać dowód nabycia papierosów i opłacenia podatku akcyzowego. Ponieważ banderole stanowią część opakowania, to nasi bratankowie jak widać postanowili wskrzesić niesłychanie popularne hobby wśród nastolatków z PRL, czyli zbieranie opakowań po papierosach.