Węgierska materia

W Węgierskim Instytucie Kultury w Warszawie wciąż jeszcze można oglądać wystawę artysty fotografa i grafika Andrása Nagya zatytułowaną Węgierska materia. Zobaczymy na niej kultowe przedmioty węgierskiej tożsamości i tradycji narodowej przedstawione na czarno-białych negatywach polaroida (w procesie fotografii błyskawicznej polaroida negatyw zostaje oderwany od samowywołującego się pozytywu i zazwyczaj w tym momencie kończy na śmietniku).

Powstałe prace są niepowtarzalne dzięki zastosowaniu swoistej techniki. Jak czytamy w opisie – artysta użył dziwnej masy wodno-winno-palinkowo-drożdżowej, która w połączeniu z kleistym wywoływaczem dała tym zdjęciom wyjątkową fakturę – prawdziwa alchemia! Sam autor przyznaje, że ich wygląd jest częściowo dziełem przypadku, choć fotografik spędził wiele godzin pracując nad negatywami, jak bohater Powiększenia Antonioniego niejako „żyjąc” z nimi w czasie od ich naświetlenia do momentu utrwalenia.

Całości dopełniają ironiczne komentarze autorstwa pisarza Gábora Németha. „Obrazy wraz z tekstem wywołują refleksję, która może posłużyć Węgrom do sarkastycznej, ale szczerej oceny węgierskości swojej kultury – a dla Polaków oznacza nietypowe źródło poznania bratanków.” – czytamy na stronie Instytutu.

Na marginesie, moja refleksja była taka, że pisarz otarł się o węgierski egocentryzm szukając Marsjan wśród Węgrów, a przecież każde najmniejsze dziecko na świecie wie, że Marsjanie w 99 przypadkach na sto lądują w USA :)

Poniżej kilka zdjęć i historii stanowiących treść wystawy (w tłumaczeniu Anny Butrym). Materiał – dzięki uprzejmości artysty i pracowni Szép Műhely.

Huzar z herendzkiej porcelany

Pytanie, co przedstawia ta scenka, jest przedmiotem odwiecznej dysputy. Według jednych huzar sprawdza ostrze miecza, stojąc w rozkroku niczym macho, według innych zaś twórca oryginalnej figurki, Zsigmond Kisfaludy-Strobl, nie przedstawił jakiegoś przeciętnego huzara, ale Jánosa Kukoricę, tytułowego bohatera eposu Sándora Petőfiego pt. „Witeź János” – co więcej, dokładnie w tej decydującej chwili, kiedy król francuski oferuje Jánosowi rękę swej córki i pół królestwa. Porcelanowy witeź rzeczywiście zdaje się certować, co jest mu zarzucane w dyktowanej przez szkołę podstawową kiczowatej interpretacji, zatem, w opozycji do powszechnego mniemania, ocenia i rozważa propozycję, zaś kilka sekund później powołuje się na pozostawioną na węgierskiej ziemi ukochaną Iluskę.

Serce z piernika

Kiedyś na pewnym odpuście, dajmy na to, w Szentkút, pewien Węgier podszedł do sprzedawcy pierników. „Poproszę serce” – powiedział. „Takie może być?” – zapytał handlarz. „Nie, proszę obrysować brzeg białymi floresami”. I sprzedawca tak zrobił. „Czy teraz pasuje?” „Nie, proszę jeszcze napaćkać białe kwiatuszki”. Kupiec malując kwiatki niemal przegryzł język na pół, tak się starał. „Teraz już dobrze?” „Nie” – odpowiedział Węgier – „proszę też przykleić lustereczko, tak na środeczku”. Sprzedawca przyczepił lusterko. „I jak się podoba?” „Proszę jeszcze napisać <Pamiątka>”. Handlarz dopisał. „Takie pan chciał?” „Wspaniałe.” „Zapakować?” „A, nie, nie trzeba. Zjem na miejscu” – odparł Węgier.

Garnek na smalec

Szczególna skłonność Węgrów do spożywania tłuszczów zwierzęcych (patrz: smalec wieprzowy spożywczy) wpłynęła na kształtowanie się naszej kultury materialnej. Widoczny na zdjęciu garnek na smalec występuje powszechnie w czerwieni i błękicie, a hungaryści skaczą sobie do gardeł dyskutując, który kolor jest autentyczny. Wyniki najnowszych badań zdają się dowodzić, że forma garnka na smalec rzeczywiście jest bezpośrednim nawiązaniem do ochronnych nakryć głowy lądujących na Hortobágy Marsjan, co stanowi jednoznaczny argument za kolorem czerwonym, bowiem podczas otwierania wczesnych grobów wysokich rangą przybyszów często znajdowano obok ich szczątków hełmy wykonane z czerwonej miedzi. Co ciekawe, gwara ludowa nadała słowu zsírosbödön drugie znaczenie – „gruby”.

Reklamy