Rowerem po Nagykörút

Wieczorem w poniedziałek zebrał się tłum kilkuset cyklistów aby pojeździć sobie po Nagykörút. Choć przejazd miał charakter typowej Masy Krytycznej to nie został tak nazwany, ponieważ ta była organizowana w Budapeszcie do zeszłego roku, ale można powiedzieć, że „obrosła tłuszczem” i niczego w sprawach rowerzystów już nie wnosiła stając się niemalże imprezą współorganizowaną przez władze miasta i tracąc swój kontestujący charakter. Jednak problemy pozostały i rowerzyści postanowili sięgnąć do sprawdzonych metod, aby wskazać na problem komunikacyjny, jakim jest poruszanie się rowerem po dużej obwodnicy (nazywanej też Wielkim Bulwarem). Nazwa ta nie oddaje współczesnej rzeczywistości, bo tak naprawdę to jest to wewnętrzna i najmniejsza obwodnica miasta, a tak zwany mały körút pomiędzy placem Deaka i Mostem Wolności trudno nazwać obwodnicą. Problemem tej ulicy jest fakt, że z dwóch pasów ruchu faktycznie można używać 1 i ¼. Na tej drodze samochody ledwie przeciskają się miedzy sobą i rowerzyści, którzy zdecydują się z niej korzystać naprawdę wiele ryzykują. Jednocześnie władze miasta nie zdecydowały się na wydzielenie ścieżki rowerowej na szerokim chodniku tak jak np. zrobiono to przy ulicy Bajcsy- Zsilinszky.

Szkoda tylko, że w ramach tej akcji próbują się pokazać politycy (media spostrzegły kandydatów lewicowej MSZP, choć jak deklarowali, byli oni tam całkowicie prywatnie), bo takie działania są przecież dla wszystkich i identyfikowanie ich potem z preferencjami politycznymi przypomina odmrażanie sobie uszu na złość babci. Jednocześnie nie mogę uwierzyć, że ktoś kto nie sympatyzuje z lewicą chce żyć w cieniu elektrowni atomowej, otoczony sąsiadami w trabantach a wieczorem chodzi do parku łamać młode drzewka i wydeptywać trawę.

Reklamy

Największy deptak miasta cz.II

Z kolei cala Andrássy została opanowana przez imprezy, pokazy związane z zamknięciem Europejskiego Tygodnia Mobilności. Zasadniczo to bezpośrednim pretekstem był Dzień Bez Samochodu. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że mobilność potrzebuje samochodów, a więc te dwie sprawy się wykluczają, ale wiele z przedstawiających się organizacji starało się udowodnić, że istnieją alternatywy dla samochodów, które dają miastu czyste powietrze i więcej przestrzeni. Na mnie osobiście zrobiła wrażenie prezentacja zdjęć ulicy w Amsterdamie z lat 50 XX wieku i tych współczesnych. Oczywiście ta z lat 50 była bardziej zatłoczona niż dzisiejsze ulice Budapesztu w szczycie, ale dziś nie ma po tym już śladu. Na tej bazie urbaniści zaprezentowali fotomontaże, w których po Ferenciek tere poruszają się tramwaje i rowery – piękna utopia, bo przecież dopiero co zakończono jej remont w zupełnie innym stylu.

Z kolei BKV zaprezentowało swoje nowe autobusy (polskim akcentem był Solaris Urbino 10), a FKF nowe śmieciarki napędzane gazem, przeznaczone do selektywnej zbiórki papieru. Tu, co prawda nastąpiła dość zabawna sytuacja, bo gdy spytałam się czy w Budapeszcie śmieci są składowane na wysypiskach czy też istnieje spalarnia, to pan śmieciarz stwierdził, że w spalarni to spala się tylko śmieci komunalne a te z jego śmieciarki (czyli pochodzący z selekcji papier) lądują na wysypisku. Mam nadzieję jednak, że to tylko kwestia nieporozumienia i chodziło mu o zakład przetwarzający papier :)

Wszystkie te organizacje czy też spółki użyteczności publicznej starały się głównie dotrzeć do najmłodszych (i bardzo dobrze, bo dzieci zarażają potem dobrymi zwyczajami rodziców), ale pomyślano też o osobach starszych: i tak mogli od osób w swoim wieku dowiedzieć się więcej o segregacji śmieci czy o konieczności i sposobach konserwacji urządzeń grzewczych. Pomysł, aby o takich rzeczach opowiadały wolontariuszki 70+ wydał mi się bardzo ciekawy, bo zazwyczaj wolontariuszami na takich imprezach jest młodzież w wieku szkolnym i to może stanowić poważną barierę komunikacyjną.

Na imprezie mocno promował się system rowerów miejskich MOL Bubi i ponoć odnotował rekord wypożyczeń. Czy tak było naprawdę? Nie wiem, ale mogę potwierdzić, że w ostatni weekend te zielone rowery były w mieście widoczne jak nigdy dotąd.

Bardzo interesująco wypadł połączony festiwal Street Food z Főzdefeszt. Pyszne piwo z małych browarów i pyszne jedzenie z samochodów. Jednym minusem były ogromne kolejki, w jakich miłośnicy street foodu musieli się ustawiać, co jednak świadczy o jakości oferowanego jedzenia – po prostu nie można się było oprzeć tym zapachom i widokom. Królowały hamburgery w najróżniejszych wydaniach (wspaniałe chrupiące wieże, pełne kolorowej treści, nie mające nic wspólnego z sieciówkami), ale nie zabrakło i propozycji egzotycznych oraz swojsko węgierskich w kotłach wielkich niczym z piekła rodem. Oko również przyciągały same samochody, z których serwowano jedzenie – był i retro VW Bulli, ale i nowoczesne ciężarówki. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystkie te pyszności będzie coraz częściej można spotkać na ulicach BP, a ja będę miała czas by ruszyć ich tropem i co nieco o nich Wam opowiedzieć.

Równie wspaniała była oferta rzemieślniczych browarów, prezentująca piwa świeże, pełne chmielowego aromatu i uczciwie uwarzone, co szczególnie odcina się na tle węgierskiej codzienności. Osobiście mogę polecić piwo browaru Kapucinus. Oprócz dobrego smaku, kusi niebanalna szata graficzna etykiet i można je kupić również z beczki, jeśli poszukamy wśród dobrych miejscówek – to przykład dobrego produktu, który wychodzi już poza ramy „domowej” produkcji. Pomiędzy browarami znalazło się też paru producentów cydru oraz producenci piwa z zagranicy (Anglii, Belgii czy oczywiście Czech).

Największy deptak miasta cz.I

Ulica Andrássy to może nie tyle serce Budapesztu, ale jego główna tętnica. Przyrównywana do paryskiej Avenue des Champs-Élysées nie zawsze wytrzymuje to porównanie. W ten weekend ściągnęła ona jednak tłumy mieszkańców Budapesztu. Nie jedną, ale całą gamą imprez.

Na Placu Bohaterów główna atrakcja: Nemzeti Vágta – konna gonitwa, współzawodnictwo regionów, węgierskie palio. Gonitwa ma na celu prezentację węgierskich tradycji jeździeckich, w szczególności wojskowych i jej symbolem są pięknie umundurowani węgierscy huzarzy, których w całej okazałości można tu podziwiać. Tegoroczna upamiętniała László Skultéty’ego (1738-1831), który służył w huzarach przez 81 lat i tym samym był najdłużej służącym w tej formacji żołnierzem.

Wyścig odbywa się na piaszczystym torze ogrodzonym mobilnymi trybunami, który przygotowywany jest na placu na kilka dni przed gonitwą. Niestety obserwować ją można po zakupieniu dość drogich biletów na trybuny, choć zawsze jest wielu takich, którzy próbują ją oglądać przez „dziurę” w płocie. Ja tym razem odpuściłam, bo mój młodszy już raz udowodnił, że cena biletów nie robi na nim żadnego wrażenia i zmusił mnie do ewakuacji po pięciu minutach spektaklu.

Jest to jednak również święto koniarzy, którzy spotykają się w stajniach ustawionych na terenie lodowiska w Város Liget (oczywiście o tej porze roku jest ono nieczynne, więc można je wykorzystać do innych celów). Nadarza się tu również możliwość zaprezentowania okręgów, z których pochodzą uczestnicy oraz tradycji związanych bliżej lub dalej z końmi. Ta prezentacja, mająca na celu głównie promowanie turystyki, dostępna dla szerokiej publiczności, odbyła się na przylegającym do Placu Bohaterów odcinku ulicy Andrássy.

Narodową gonitwę wygrała Gyöngyi Molnár reprezentująca Tahitótfalu, na koniu Iceman. W gonitwie na Placu Bohaterów reprezentowane były 72 gminy węgierskie, wyłonione w kwalifikacjach spośród 300 (również tych, które znajdują się poza granicami obecnych Węgier).

Po drugiej stronie alei Andrássy, na placu Széchenyi odbywa się mający nieco krótszą tradycję wyścig. Wyścig pojazdów opartych o technologie inne niż wykorzystujące węglowodory, czyli po prostu ekologicznych. Zgromadził rekordową liczbę 60 pojazdów. Wyścigi te organizowane są corocznie w kilku kategoriach (m.in. samochody napędzane energią słoneczną, seryjne auta przerobione na napęd elektryczny itd.) i przyciągają wielu, szczególnie młodych konstruktorów, często związanych z węgierskimi uczelniami. Zespoły prezentują się zawsze niezwykle profesjonalnie, a emocje są nie mniejsze niż na Hungaroringu.

(zdjęcia z zeszłorocznych wyścigów)

Wegetacja drogich sklepów na Andrássy

Aleja Andrássy oprócz tego, że jest zabytkową ulicą wpisaną na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO znana jest także z drogich sklepów. Na odcinku między Erzsébet tér a Oktogonem spotkamy takie luksusowe marki jak np. Louis Vuitton, Gucci, il Bacio di Stile, Moncler czy Burberry. W artykule na portfolio.hu czytam, że większość tych drogich sklepów odnotowuje milionowe straty, wyjątkiem jest Louis Vuitton i może jeszcze 3-4 inne marki. Te same sklepy w innych stolicach regionu przynoszą zyski. Co prawda na razie nie ma mowy o wycofaniu się z Węgier, ale utrzymanie sklepów wiąże się z wysokimi kosztami. Połowę z robiących tam zakupy stanowią cudzoziemcy. Węgierskie społeczeństwo do bogatych nie należy, a ci nieliczni, którzy mogą pozwolić sobie na takie zakupy albo nie odczuwają potrzeby posiadania drogich rzeczy albo wybierają w tym celu zagranicę, np. Wiedeń lub Mediolan.

Ceny wynajmu lokali na Andrássy są wysokie, właściciele często nabyli nieruchomości za duże pieniądze jeszcze przed kryzysem z 2008 i nie chcą słyszeć o obniżkach czynszu, który waha się tam od 500-1000 EUR/ rocznie. Mówi się, że problemem Andrássy jest brak wyrazistego charakteru ulicy. Za przykład do naśladowania podana została ulica Váci oraz odchodząca od niej Fashion Street (Deák Ferenc utca), gdzie co prawda obok marek premium i luksusowych działają w wielkiej liczbie sklepiki z pamiątkami nastawione wyłącznie na turystów, ale jakoś nie przeszkadza to w funkcjonowaniu tych pierwszych. Choć tworzenie kolejnej ulicy handlowej pokroju Váci to przykład chyba niezbyt trafiony, jeśli mówimy o ujednoliceniu jej charakteru. Kolejnych trudności w rozważanej ewentualnej zmianie wyglądu ulicy nastręcza niejednolita struktura własności nieruchomości, począwszy od osób prywatnych, przez banki po nieruchomości zagranicznych inwestorów, a nawet jak to określa artykuł pozostałe po okresie komunizmu instytucje „bratnich krajów” w postaci polskiego i bułgarskiego instytutu kultury.

W artykule zostały przedstawione głównie opinie właścicieli sklepów i nieruchomości, którzy zdają się zapominać o tym w jakim celu powstała aleja Andrássy. Miała to być węgierska ChampsÉlysées, spacerowy bulwar z rezydencjami, operą, miejsce dla wyższych sfer, pełniące funkcje reprezentacyjne, gdzie funkcje handlowe nie były istotne. W tym świetle ulokowanie tam różnych instytucji kulturalnych, w tym instytutów kultury było jak najbardziej na miejscu. Pozostaje pytanie czy miasto powinno ulegać naciskowi właścicieli budynków, którzy co oczywiste chcieliby mieć w nich jak najdroższe sklepy, by otrzymywać z nich jak najwyższe czynsze. Być może od kolejnego sklepu Louis Vuitton czy Armani ulica stanie się ładniejsza, ale czy ciekawsza? Czy przypadkiem te sklepy nie są jak eleganckie wampiry w luksusowej pelerynie wysysające z ulicy życie?