W niedziele też otwarte

Ciekawy baner zawisł na jednym z kościołów w Budapeszcie -„W niedziele też otwarte”. To hasło jakim reklamują się małe sklepiki po wprowadzeniu zakazu niedzielnego handlu. Jak widać zakaz nie wpłynął znacznie na zwiększenie liczby wiernych na niedzielnych mszach.

Węgierskie społeczeństwo zgodnie z danymi z 2012 roku (origo.hu) to aż w 23% ludzie deklarujący się jako ateiści, co plasuje ich tuż za znanymi z laickości Francuzami. W tym samym zestawieniu podano, że w Polsce jako ateiści deklaruje się 2% społeczeństwa. I choć dane te mogą podlegać dyskusjom, to niewątpliwie odzwierciedlają pewien podstawowy trend. Kościoły może nie świecą pustkami jak francuskie w latach 80, ale skuteczna reklama pewnie im się przyda. W końcu do tego sprowadza się ewangelizacja.

Co ciekawe proboszcz kościoła, który w ten sposób się reklamuje, na brak wiernych nie narzeka i twierdzi, że każdej niedzieli na 6 mszach jest ich ok. 2 tys. Czy to dużo?

Reklamy

Nie taki Budapeszt straszny jak go malują

Ostatnio mocno zadziwiła mnie zapowiedź artykułu jaki zamieścił w Newsweeku szef działu Świat tej gazety, pan Jacek Pawlicki. Tytuł: Archipelag gulasz i zdjęcie taniej wersji unicum, już jakoś tak nie bardzo pasowały mi do ogólnie znanej rzeczywistości – ot klimaty, które jak ktoś się postara to wyszuka w ramach egzotyki, ale żadna reguła. Typowa „polska” furmanka na gumowych kołach. Ale szczęka mi opadła (dosłownie) dopiero gdy obejrzałam umieszczony pod zdjęciem filmik, którego celem było uzmysłowienie polskim wyborcom czym pachnie model władzy węgierskiej, na który powołują się pretendenci do władzy w Polsce.

Pan redaktor już na wstępie zapewnia, że czuje się specjalistą od Węgier, bo często tu bywa (zgodnie z tą zasadą najwięcej specjalistów od spraw węgierskich żyje w byłym NRD, bo zwykli oni nawet dzisiaj spędzać corocznie urlop na Balatonem, no i miłośnicy Gazety Polskiej – oni też przybywają na Węgry co roku). Jak sam jednak przyznaje, po raz pierwszy był tu w roku 2006, a później pojawiał się zawsze kiedy działy się na Węgrzech sprawy istotne politycznie.

Na początek Pan redaktor wymienia „dokonania” obecnej władzy węgierskiej: kilkukrotna zmiana konstytucji, ustawianie przetargów, uzależnienie od siebie 30 do 40% społeczeństwa, czy rozbudzenie nastrojów antyeuropejskich i nacjonalistycznych.

Ponieważ po raz pierwszy był tu dopiero w 2006 r. to pewnie dlatego nie pamięta o tym, że poprzednia władza, która zaczęła tracić wpływy zanim zainteresował się Węgrami zdążyła stworzyć, a w zasadzie zakonserwować (bo to rzecz wywodząca się wprost z czasów Janosa Kadara) system wzajemnych relacji i powiązań, także rodzinnych, przy którym zarzuty o nepotyzm wysuwane w stosunku do ekipy Orbana niemal blakną, a wręcz nabierają prowincjonalnego uroku. Pamiętam jak społeczeństwo komentowało ze złośliwością, że wywodzący się z prowincji ex premier Ferenc Gyurcsany musiał wżenić się w starą komunistyczną dynastię, aby móc cokolwiek zdziałać w węgierskiej polityce. Spadkobiercy Kadara przez lata uważani byli za profesjonalistów, technokratów i nikt im specjalnie w życiorys nie zaglądał, bo i nie było komu – dziennikarze wtedy woleli zajmować się dziewczątkami z okładek Playboya i innymi newsami znad Balatonu. Prywatne relacje polityków tamtego systemu zostawiali w spokoju uznając, że to nieeleganckie się tym zajmować. Temat lustracji (którego w wersji reprezentowanej przez polską prawicę i IPN też nie jestem w stanie zaakceptować, bo przecież można to zrobić tak jak Niemcy) też nigdy nie zaistniał na Węgrzech, bo wystarczyło wyciągnąć teczkę prymasa i najsłynniejszego reżysera i nagle zapanowała powszechna zgoda, że gruba kreska jest fajna o ile nikt tego nie nazwie expressis verbis.

Nie oszukujmy się jednak co do faktu, że inwestycje jakie w ostatnich latach powstawały na Węgrzech to jakiś wielki powód do dumy dla Orbana. Trzeba przyznać, że Węgrzy mogą i zazdroszczą Polakom tego jak te inwestycje wyglądały w ostatnich latach w Polsce: nowe drogi, stadiony i wysoka zabudowa naszych miast imponuje im daleko bardziej niż nam samym. W drugą stronę to nie działa i ktoś kto po raz pierwszy teraz odwiedza Węgry nie bardzo ma czym się zachwycać. Jednak każdy, kto tu przebywa od minimum 10 lat potwierdzi, że choć cudów nie ma, to w stosunku do rządów postkomunistów jest postęp. Udało się dokończyć rozgrzebaną budowę czwartej linii metra, wreszcie odrestaurowano kilka obiektów, które mniej lub bardziej szpeciły Budapeszt, który przecież żyje z turystyki (Varkert Bazar, dwa mosty, okolice Parlamentu). W dość cwany sposób Orban uniknął zarzutów polityki historycznej prowadzonej na żywej tkance miasta – większość zmian przeprowadzono pod szyldem rekonstrukcji stanu przedwojennego. W ten sposób zniknął plac Moskwy i powrócił Szell Kalman ter (na plac o takiej nazwie tramwaje jeździły jeszcze w latach 50 XX wieku i aż dziw brał że Węgrzy tolerowali tę nazwę; niektórzy byli nawet przekonani, że nazwa plac Moskwy była historyczna).Tak samo na swoje miejsce wróciły pomniki premierów Andrassyego i Tiszy, a zniknął niezbyt przez Węgrów lubiany Karolyi. Wrócili koledzy Kossutha. To wszystko w trosce o turystów i zalecenia UNESCO, nawet jeśli nikt tam na taki pomysł jeszcze nie wpadł. Miasto doczekało się również nowego taboru autobusowego, co jest naprawdę wyzwaniem w mieście gdzie istnieje wyjątkowo gęsta i sprawnie działająca sieć autobusowa. Tych inwestycji w Budapeszcie z pewnością mogłoby być więcej i w końcu reprezentujący jego interesy burmistrz Istvan Tarlos popadł w konflikt ze swymi kolegami z Fideszu, mocno inwestującymi na prowincji, z której się wywodzili. Oczywiście niektóre z tych wydatków, szczególnie w Felcsut, z którego pochodzi sam premier były najdelikatniej mówiąc niezbyt uzasadnione. Ogólnie jednak trudno się zgodzić z faktem, że wszystkie przetargi to rodzinny przewał. Dzisiaj nic się tu nie buduje bez udziału środków unijnych, a system nadzoru jaki sprawuje Unia Europejska na jakieś wielkie malwersacje nie pozwala. Oczywiście zdolny się przy tym upasie, ale coś trzeba wybudować – tak to działa w całej Unii i będzie działać. Alternatywą jest brak działania i skazywanie ludzi na emigrację zewnętrzną a także mniej widoczną wewnętrzną. Pamiętam koleżankę, która musiała dojeżdżać do pracy codziennie prawie sto kilometrów, bo w jej miejscowości pracy nie było i Budapeszt to była jedyna szansa. Niestety, nie mogła pozwolić sobie na życie w stolicy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Orban podjął walkę z dysproporcjami rozwoju na Węgrzech, niezależnie od pobudek. Polakom często umyka ta jedna z fundamentalnych różnic pomiędzy naszymi krajami. Polska składa się z kilku dużych ośrodków miejskich, które są w stanie dość skutecznie rywalizować ze stolicą. Na Węgrzech skala jest zupełnie inna: Budapeszt, nieco większy od Warszawy za konkurentów ma miasta wielkości Kielc czy Konina.

Zrównoważony rozwój całego kraju, to coś co zaniedbali rządzący przez ostatnie lata Polską, wzbudzając niepotrzebne antagonizmy. Fakt, że obecnie jedyne porządne i w miarę tanie połączenie drogowe z Warszawy to Wrocław i Gdańsk, nie przysparza pewnie władzy sympatii w Krakowie czy Lublinie. Orban tymczasem wysyła ministerstwa na prowincję dając szansę wykształconym ludziom z mniejszych ośrodków miejskich. Skoro nie udało się zapewnić domów czy mieszkań w Budapeszcie to czas, żeby góra przyszła do Mahometa.

Co do zmian konstytucji, to trzeba przyznać z perspektywy czasu, że możliwości jej zmiany jakie miał Fidesz nie zostały przez niego wykorzystane. I to ani źle, ani dobrze – bo nie ma co się oszukiwać, że jest to twór doskonały. Inna sprawa czy istniejący system wyborczy (skonstruowany w dużej mierze przez poprzednią władzę), w którym istnieją jakże nas intrygujące JOWy, dawał rzeczywistą legitymację Fideszowi do dokonywania takich zmian. W rezultacie Fidesz zlikwidował np. całe państwo. Była Republika Węgierska i teraz już jej niby nie ma, ale np. prezydent republiki został. W życiu codziennym termin Koztarsasag jest nadal w użyciu i nie ma co wydziwiać gdy otrzyma się tak opatrzony dokument.

Uzależnienie od siebie społeczeństwa? To po prostu realizacja postulatów wyborczych. Tak skuteczna, że nawet żelazny elektorat postkomunistów, jakim byli do czasu Romowie, przeszedł na stronę Orbana. Na tym przykładzie widać też, że praktyka uzależniania od siebie nawet bardziej cechowała poprzednią władzę. Zwycięstwo Fideszu było możliwe właśnie dzięki temu, że obiecał to uzależnienie. Oczywiście wykształconym, niezależnym to się nie spodoba, ale kto tam się będzie nimi przejmował. Ten sam sposób myślenia stał się receptą na sukces Dudy. 51% głosujących Polaków nie trzeba uzależniać od władzy – oni tego żądają! Różnica jest taka, że polscy pretendenci prawdopodobnie nie będą w stanie odnieść w tym zakresie takiego „sukcesu” jak Orban, i to a nie cokolwiek innego spowoduje odpływ ich elektoratu. A Węgrzy? Ostatnie ich wybory pokazują, że wielu reaguje na tę nadopiekuńczość, choć myślę, że Pan redaktor się zgodzi, że wybór Jobbiku to jest diabelska alternatywa.

No właśnie, przy tej opcji oskarżanie Orbana o antyeuropejskość i nacjonalizm wydaje się nieproporcjonalne. Oczywiście lubi sprawiać takie wrażenie, ale przecież wie gdzie leżą pieniądze. I stąd właśnie bierze się ironiczne nazywanie go przez Junckera „dyktatorem”. Juncker dobrze wie jak bardzo Węgry potrzebują Unii oraz że ta może spokojnie obejść się bez Węgier (o czym nie omieszkał przypomnieć Orbanowi gdy ten zaczął dywagować nad karą śmierci – oj, tłumaczył się potem Orban, że to tylko takie akademickie dysputy, wolność wypowiedzi wyciągał. Kupa śmiechu była). O tym jak pragmatyczni są w kontaktach międzynarodowych Węgrzy przekonali się najboleśniej właśnie zwolennicy PiS i nie ma co się dalej nad tym rozwodzić. I jeśli miałabym wybierać z dwojga złego, to życzyłabym polskiej prawicy odpowiednika Szijjartó a nie Fotygi.

W końcu z ust Pawlickiego pada żelazny argument, jakoby za Orbana milion młodych Węgrów wyjechało do innych krajów (skąd te dane?). Redaktor bardzo się martwi, że nie wrócą. A może ku uciesze środowisk liberalnych właśnie wrócą, przywożąc ze sobą nowe idee. To, że w przeciwieństwie do Polaków, Rumunów i Litwinów, Węgrzy wybierali dotąd swoją przaśną, ale własną szufladę, to jeden z głównych powodów ich wyalienowania w Europie i świecie. Pan redaktor, tak jak krytycy prezydentowej Komorowskiej, w emigracji widzi jedynie jakieś straszliwe nieszczęście, nie widząc możliwości jakie ona daje. Taki Kazio Marcinkiewicz, znalazł nową wielką miłość i pracę w banku. A tak na poważnie, takie postawienie sprawy w sumie obraża mnie samą, bo ja też jestem emigrantką. Ale wyemigrowałam, bo Węgry mimo swoich niedoskonałości, o których można by wiele pisać zawsze mnie ciągnęły (pan redaktor też mógłby trochę tu pomieszkać, to naprawdę ułatwia pisanie o tym kraju). Czas aby przestać postrzegać zarówno węgierskich jak i polskich emigrantów jak tych którzy nie mają innego wyjścia – jeżeli polscy politycy i dziennikarze będą wmawiać wszystkim, że jesteśmy tym samym czym emigranci z Afryki i Azji to rzeczywiście będziemy tak traktowani. Druga strona musi mieć świadomość, że dla nas jest to jedynie opcja, która może, a nie musi wzbogacić ich społeczeństwo. Węgrzy sami nie demonizują swojej emigracji i może dlatego w przeciwieństwie do nas nie potrzebują wiz do USA. Jak widać Amerykanie nie boja się ich potencjału emigracyjnego, tak jak Pan redaktor.

I tu przechodzę do wisienki na torcie, czyli strasznego snu Pana redaktora, w którym straż honorowa w rogatywkach stanie u grobu Kaczyńskiego (tak dla przypomnienia przywrócił je po stanie wojennym Jaruzelski, chcąc się przypodobać nieco społeczeństwu). Przyrównywanie tej wizji do straży pełnionej przy koronie Św. Stefana stanowi dowód na to, że zupełnie nie zastanawiał się czym dla Węgier i Węgrów jest Św. Korona.

Po pierwsze: Węgrami nie rządzi trumna. W przeciwieństwie do Polski, tu codzienna warta honorowa pilnuje parlamentu, prezydenta i Świętej Korony. Grób nieznanego żołnierza jest w niewyobrażalny dla Polaków sposób zaniedbywany.

Po drugie: Gdybyśmy więc mieli się wzorować na węgierskiej ceremonii, to nasi żołnierze musieliby defilować wokół orła. Ten musiałby siedzieć w klatce, co raczej nie kojarzyłoby się dobrze. Ewentualnie trzeba byłoby go wykonać z jakiejś substancji. Z kampanii wyborczej wiemy, że nie powinna być to czekolada ani chleb, a wielu rzeźbiarzy w Polsce udowadnia ostatnio, że i ze szlachetniejszym materiałem sobie nie radzą. Sprawa się więc komplikuje.

Po trzecie: Naśladując dalej, orzeł musiałby siedzieć w naszym Sejmie, od czego by osiwiał, a może nawet zrobiłby się biały. W przeciwieństwie bowiem do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa trzyma swoją koronę w Tower, które było więzieniem (i nikt nie narzeka na gwardzistów, którzy pilnują korony i kruków), Węgrzy swoją koronę trzymają w instytucji symbolizującej demokrację, czyli w parlamencie.

Po czwarte: Orzeł i tak nie zastąpi korony, bo to nie tylko rzecz materialna dążąca do abstraktu. To instytucja. Tym bardziej nie widzę w tej roli trumny, choć tak próbowano traktować przed wojna trumnę Piłsudskiego. Węgierska korona to symbol ustroju nieokreślonego. Kiedy admirał Horthy między którym a wspomnianym Piłsudskim można by znaleźć znacznie więcej analogii i bardziej ciekawych niż te którymi zajął się Pan redaktor, ustanowił tę instytucję (Świętej Korony), to prawdopodobnie wielu zastanawiało się o co mu chodzi na równi z tym momentem kiedy Orban zmieniał nazwę kraju. On tymczasem tworzył podstawę do porozumienia między bardzo spolaryzowanym społeczeństwem węgierskim. Pogodzenie prohabsburskich arystokratów, demokratycznych socjaldemokratów, pozbawionych ziemi chłopów czy mającej więcej niż autorytarne zapatrywania przedstawicieli burżuazji wydawało się niemożliwe. Podobne konflikty przerosły Hindenburga w Niemczech, który nie zapanował nad żywiołem. Horthyemu się udało. Nawet jego najwięksi krytycy przyznają, że wynikało to z samoograniczenia, co może dziwić gdy widzimy jego galowe, admiralskie mundury i słabość do przejazdów na białym koniu. Umiał się jednak powstrzymać od włożenia tej korony na własną głowę. Włożył ją na głowę narodu uosabianego przez parlament, obwożąc ją tryumfalnie pociągiem po całych Węgrzech.

Jak na razie Orban w jakiś sposób korzysta z pomysłów Horthyego, choć oficjalnie od niego się odżegnuje, czym po raz kolejny daje dowód zręczności w balansowaniu pomiędzy oczekiwaniami różnych grup społeczeństwa węgierskiego i opinii różnych środowisk zagranicznych. Tego umiaru w symbolicznej polityce życzyłabym nowemu prezydentowi i jego zwolennikom, jeśli ci ewentualnie dojdą do władzy. Niestety Polacy w przeciwieństwie do Węgrów nie mają takiego symbolu, który łączyłby ich ponad podziałami i trudno tego oczekiwać w kraju, w którym wszyscy odwołują się do trumien albo krzyży, zamiast korony albo koronowanego orła. Choć koronę wieńczy krzyż, to przecież nikt tu się nie zastanawia czy jest on katolicki, kalwiński czy może prawosławny. Jest mały, przekrzywiony i na tej jednej koronie naprawdę wystarczy.

Archipelag gulasz to niewątpliwie atrakcyjny tytuł dla artykułu. Mam nadzieję, że sam artykuł, którego jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać, w przeciwieństwie do zapowiedzi, do której się tu odnoszę, nie próbuje na siłę uzasadniać użycia tej jakże „błyskotliwej” gry słów.

http://swiat.newsweek.pl/wegry-viktor-orban-skrajna-prawica-polityka-swiat-wiadomosci,film,364193.html

Strajk sztuki?

Kilka dni temu wspominałam o trwającym w Budapeszcie OFF-Biennale (tu). Na stronie czasopisma o sztuce obieg.pl ukazała się właśnie relacja z wydarzenia, która szerzej przedstawia jego tło społeczno-polityczne. Oto fragment:

„Ani OFF, ani uczestnicy programu nie aplikowali o wsparcie z funduszy państwowych, nie korzystają także z zarządzanych przez państwo lokali. Wszyscy kuratorzy OFF-Biennale pracują bez honorarium, kierując się zaangażowaniem wynikającym z przekonania do tej inicjatywy i do misji, która może być osiągnięta tylko przez współdziałanie”. Strajk sztuki na Węgrzech? Te zdania, choć pojawiają się dopiero w drugim akapicie tekstu organizatorów OFF-Biennale, najlepiej charakteryzują powód powstania nietypowej imprezy. Motywacją wskazywaną przez zespół kuratorów w składzie: Nikolett Erőss, Anna Juhász, Hajnalka Somogyi, Tijana Stepanovic, Borbála Szalai, Katalin Székely, János Szoboszlai jest bowiem potrzeba zamanifestowania innej wizji sztuki i życia artystycznego niż ta przyjmowana przez aktualne węgierskie władze oraz sprzeciw wobec zawłaszczania artystycznych gestów i przestrzeni publicznej przez politykę Fideszu (…).” Więcej na obieg.pl

Czy będzie meczet w Budapeszcie?

Po blisko 150-letniej obecności tureckiej w stolicy Węgier, kiedy większość kościołów zamieniono na meczety, a w krajobrazie miasta pojawiły się nie tylko tureckie łaźnie, których mizerne pozostałości możemy oglądać w Budapeszcie do dziś, ślady kultury islamu zostały wyrugowane z przestrzeni miasta niebywale skutecznie. Dzisiaj praktycznie jedynym kompletnym obiektem związanych z tą kulturą jest grobowiec Gul Baby i nie tyle ma on charakter islamski, co raczej nawiązuje do pewnej narodowej spuścizny tureckiej.

Dlatego też deklaracje rządu węgierskiego, który od kilku miesięcy zapowiada brak tolerancji dla obecności obcych kultur na Węgrzech i wolę walki z ich rosnącą ekspansją (wiadomo było, że chodzi o różne narody, które łączy wyznawany islam, bo przecież nie o diasporę chińską, która przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dobrze integrującej się, choć tak naprawdę nie jest to żadna integracja, a raczej pozostawanie w cieniu) mogły wydawać się szukaniem wyimaginowanego przeciwnika. Do tej pory muzułmanie węgierscy na piątkowe modlitwy spotykali się w lokalach niemal konspiracyjnych, a obecnie mają do dyspozycji meczet funkcjonujący w biurowcu. A może jednak rząd węgierski wiedział więcej?

Oto nagle pojawiły się plany centrum islamskiego z olbrzymim meczetem w Budapeszcie, opublikowane przez Türkiye Diyanet Vakfı – turecką rządową fundację d.s kulturowo-wyznaniowych (a rozdział między tymi dwiema sprawami w Turcji ostatnio się zaciera). Czyżby hołubiony przez Orbana turecki partner próbował odgryźć rękę chwyciwszy za palec? Pytana przez dziennikarzy o szczegóły planowanej inwestycji ambasada Turcji odmawia komentarza. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć w tym obiekcie nie tylko jego wielkości, ale również skali odwołań do tradycji islamu osmańskiego czy znanego z Półwyspu Iberyjskiego.

Jakby ktoś chciał zadeklarować: Tak, to jest islam, ale alternatywny dla tego co robią Saudyjczycy. Bo należy pamiętać, że te nory w których dzisiaj spotykają się muzułmanie, najczęściej utrzymywane są ze środków pochodzących z Arabii Saudyjskiej. I nie tylko istotne jest tu to, że radykalny saudyjski odłam salaficki nie przywiązuje znaczenia do budynków – walcząc z bałwochwalstwem bez skrupułów potrafi niszczyć nawet te, które powstały w czasach Mahometa na Półwyspie Arabskim i należały do jego rodziny. Tam gdzie pozycja islamu jest ugruntowana, stać ich na budowę olbrzymich budynków (np. meczet w Groznym). Ale w krajach takich jak Węgry istotniejsze jest dla nich zdobywanie wyznawców i to nie tylko wśród niewiernych, ale i pośród religijnych muzułmanów, którzy pochodzą z innych kręgów islamu. Do dziś pamiętam jak mój znajomy który pochodzi z Bangladeszu, przyszedł do pracy wzburzony po tym jak zdecydował się odwiedzić miejsce modlitw, które właśnie w Budapeszcie prowadzili Saudyjczycy. Zirytowało go to, jak próbowano mu tam narzucać ich wersję islamu, wręcz uczyć tego jak ma się modlić. Tym razem trafiła kosa na kamień, ale wielu innych, szczególnie mniej zarabiających muzułmanów nie jest tak zdecydowanych.

Projekt olbrzymiego meczetu w Budapeszcie wydaje się prowokacją, fejkiem, bo nikt ze strony tureckiej tego nie potwierdza, a jednocześnie przedstawiciele środowisk islamskich na Węgrzech wspominają, że znacznie mniejsze projekty spotykały się ze zdecydowanymi sprzeciwami lokalnych i nie tylko lokalnych władz. Powiedzieć o tym, że są sceptyczni to mało. Z drugiej jednak strony władze tureckie nie dementują tej sprawy. Może jednak ma to być realna alternatywa wobec faktycznego napływu islamskich imigrantów, zanim ktoś inny się nimi zajmie. Węgry zaczynając „romans” z krajami takimi jak Turcja, Kazachstan, Turkmenistan, musiały pamiętać, że choć kraje te z pewnością z chęcią będą roztrząsać wspólne stepowe pradzieje, to jednak obecnie łączącym je i znaczącym elementem jest religia islamu. Nawet prezydent Rosji, jakże bliski sercu Orbana, nawołuje do poszanowania dla islamu na równi z chrześcijaństwem. Pytanie tylko o jaki islam chodzi?

Niewątpliwie to co przynoszą ze sobą przybysze w Afryki, Syrii czy Afganistanu spełnia definicje kulturowej obcości, o  której mówił premier i której tak obawiają się Węgrzy. Ale czy tak samo obce będą cztery minarety wokół meczetu, który miałby stanąć na Kobanya (mówi się o okolicach Gyógyszergyár út i Fehér út)? Przecież taki minaret to ozdoba nie tylko Egeru, ale i znacznie mniej znanego znajdującego się na przedmieściach Budapesztu Erdu. Sam projekt świątyni to nawiązanie do meczetu Sulejmana Wspaniałego, postaci z historii Węgier który wzniósł oryginał na wzór kościoła Hagia Sophia i którego losy w tureckiej telenoweli Węgrzy mogą i chcą śledzić w publicznej telewizji (próba zdjęcia serialu spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem i jako argument za jego utrzymaniem podawano właśnie jego znaczenie dla historii Węgier). Może więc islam w wydaniu tureckim wcale nie jest tak obcy kulturze węgierskiej?

Przedstawiciele związku wyznaniowego węgierskich muzułmanów (Magyarországi Muszlimok Egyháza) mówią, że projekt nie powstał z ich inicjatywy, a jak twierdzą jest efektem umowy między rządami Węgier i Turcji. Z kolei węgierska gmina islamska (Magyar Iszlám Közösség), która chce zbudować meczet w Debreczynie wręcz grozi rządowi, że będzie nawoływać do bojkotu gospodarczego Węgier przez kraje muzułmańskie, jeśli ten będzie przeszkadzał ich działaniom. W spisie powszechnym z 2011 roku 5579 osób zadeklarowało jako wyznanie islam. Liczba ta szacowana jest jednak na kilkakrotnie większą. Spis nie obejmuje też ostatnio masowo napływających przybyszów z takich krajów jak Kosowo, Syria, Afganistan czy z kontynentu afrykańskiego, tak jak nie wiemy ilu z nich na stałe zostanie na Węgrzech.

O sprawie informuje portal index, telewizja atv, blog vigyazo i mandiner. Przedstawiciele rządu węgierskiego do tej pory nie skomentowali tych doniesień.

Poniżej wizualizacja projektu.

Znalezione na śmietniku

Niedawno do jednego z budapeszteńskich antykwariatów trafił prawdziwy skarb. Ktoś przyniósł tam kopertę ze starymi zdjęciami i pocztówkami, znalezioną wśród wyrzuconych na lomtalanításu niepotrzebnych rzeczy. Po dokładnym przejrzeniu zawartości koperty okazało się, że są tam dwie fotografie wybitnych węgierskich poetów. Jedna przedstawia Gyulę Illyésa i Attilę Józsefa. Znalezisko jest tym bardziej interesujące, że nigdy nie zrobiono zbyt wielu zdjęć Attili Józsefa. Tu sfotografowano go w Csillebérc w 1931 roku. Jak podaje autorka artykułu z portalu Index, który doniósł o tym znalezisku, znanych jest kilka innych zdjęć z tej wycieczki – wtedy zwyczajowo robiło się więcej odbitek, by otrzymał je każdy kto znalazł się na zdjęciu. Na tym, oprócz Gyuli Illyésa i Attili Józsefa (który w tym czasie został członkiem partii socjaldemokratycznej) pozują jeszcze komunistyczny polityk, Béla Székely – komisarz ludowy Węgierskiej Republiki Rad, poeta László Gereblyés z żoną i córką. W Muzeum Literatury im. Petőfiego znajduje się inny egzemplarz tego zdjęcia, dzięki któremu wiemy, że po prawej stronie stała jeszcze jedna osoba (jak się dobrze przyjrzeć widać kawałek głowy). Był to zapomniany poeta Ferenc Pákozdy, który również uczestniczył w wycieczce, a którego później wycięto ze zdjęcia uznając go za prawicowego odszczepieńca (przychodzą tu na myśl wyretuszowane zdjęcia ze Stalinem czy Leninem, z których radzieccy „mistrzowie photoshopa” wymazali niewygodnych towarzyszy :)

Drugie zdjęcie z Zsigmondem Móriczem było dotąd nieznane. Zrobiono je w domu poety Mihálya Babitsa i jego żony, poetki Sophie Török (wł. Ilona Tanner) w Esztergom, najprawdopodobniej w 1934 roku. W ustaleniu daty pomogli pracownicy Muzeum Petőfiego, którzy porównali fryzurę dziewczynki ze zdjęcia (adoptowanej córki Babitsów) do innego na którym ma 6 lat i nosi identyczną fryzurę. Na odwrocie zdjęcia antykwariusz odkrył przyklejoną białą kartkę z notatką. Okazało się, że słowa własnoręcznie skreślił Móricz. Dowiadujemy się z niej, że pisarz jadąc do Dorog postanowił wpaść z niezapowiedzianą wizytą do Babitsów. Ogród, który widzimy na zdjęciu, te same wiklinowe meble pojawiają się na wielu zdjęciach Babitsów z tamtych czasów. Prowadzili oni dom otwarty, w którym kwitło życie towarzyskie i literackie, gospodarze często gościli u siebie w Esztergom największych pisarzy węgierskich epoki. Dziś znajduje się tam muzeum Babitsa.

Choć na Węgrzech niewątpliwie ocalało więcej takich pamiątek niż w Polsce, to tutaj tego rodzaju odkrycie stanowi sensację. Mam wrażenie, że Polaków poruszyłoby co najwyżej odkrycie nieznanego zdjęcia Mickiewicza. Na Węgrzech więcej ludzi czyta poezję i wykazuje zainteresowanie życiem i losami jej największych autorów. Pamiętam jak na studiach nasza wykładowczyni mówiła nam, że nie jest niczym niezwykłym powszechne zainteresowanie literaturą i że niemal każdy Węgier ma swój ulubiony tomik poezji. Zdarzało mi się widzieć w metrze ludzi w robociarskich ciuchach uwalanych farbą, zanurzonych w lekturze wierszy niczym w książce do nabożeństwa. W odróżnieniu od Polaków powszechna znajomość poezji nie ogranicza się do romantycznych wieszczów, nie ujmując niczego Petőfiemu.

Cisza powyborcza

W niedzielnych wyborach uzupełniających do Parlamentu, w Tapolca, rozpisanych w związku ze śmiercią posła z Fideszu, zwyciężył kandydat Jobbiku Lajos Rig. Rig niewielką przewagą głosów – 1% pokonał Zoltana Fenyvesiego z Fideszu. Kandydat Jobbiku otrzymał 35% głosów, na kandydata Fideszu głosowało 34% wyborców, lewica otrzymała 26% głosów. Oficjalne wyniki mają zostać podane w czwartek. Rok temu w Tapolca różnica była większa i na korzyść Fideszu – Fidesz 43%, lewica 27%, Jobbik 23.5%.

Premier Orban zapytany przez dziennikarza Indexu o przyczynę wygranej Jobbiku, odpowiedział jednym słowem – naród, twierdząc tym samym, że rząd nie jest odpowiedzialny za wzrost popularności skrajnej prawicy. Premier dodał, że mamy demokrację i że on nie odpowiada za decyzje podejmowane przez ludzi. Ciekawy tok myślenia, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie afery, które stały się udziałem tego rządu.

Według badań Szonda Ipsos z lutego, rośnie grupa wyborców niezdecydowanych, wśród których 650 tys. wyraża niezadowolenie z obecnej polityki rządu. Jobbikowi udało się pozyskać już 150 tys. tych niezadowolonych, celem jest oczywiście przejęcie głosów pozostałych. Przez ostatni rok obserwujemy zmianę wizerunku partii, która odcinając się od faszyzującej przeszłości chce być teraz postrzegana jako partia ludowa. Czy takie zmiękczenie odstraszy część ich radykalnego elektoratu? Wyniki wyborów z 2014 roku na to nie wskazują, a bardziej radykalna Magyar Hajnal nie jest w stanie stworzyć liczącej się siły.

Na Jobbik nie głosują już tylko północno-wschodnie Węgry, ich zwolennicy rozsiani są po całym kraju i choć Jobbik wciąż nie jest zbyt popularny w stolicy i większych miastach, to coraz częściej głosują na nich mieszkańcy małych miasteczek i miejscowości na prowincji, którzy kiedyś opowiadali się za Fideszem. Tak więc drobnomieszczanie nie wstydzą się już głosować na tę partię. Dlaczego jednak mieliby się wstydzić? Jeśli pozwala się na paradowanie gardy w nielegalnych, czarnych mundurach w święto narodowe, a policja wierna zawsze każdej władzy – udaje że nic nie widzi. To zapewne miało według pomysłu Fideszu działać jak straszak, ale chyba znieczuliło Węgrów.

Pomimo braku zaplecza intelektualnego oraz konkretnego programu gospodarczego, bez którego trudno stać się partią rządzącą, Jobbik za realne uważa zwycięstwo w wyborach w 2018 roku. Sam Rig, który zwyciężył w Tapolca był pielęgniarzem w szpitalu, ale gdyby Vona go o to poprosił, z łatwością wyobraża sobie siebie w rządzie jako odpowiedzialnego za sprawy opieki zdrowotnej. Niektórzy analitycy zaczynają poważnie traktować zapowiedzi Jobbiku i plany zbudowania przez nich w ciągu najbliższych lat potrzebnego zaplecza. Większość jest jednak zgodna, że to plany nierealne, bo z takim dorobkiem jak dotychczasowy, Jobbikowi raczej trudno będzie stać się partnerem Zachodu, co skazałoby kraj na międzynarodową izolację, choć Vona ostatnio mocno deklaruje chęć stworzenia dobrych kontaktów z Niemcami.

Wygasa miłość do Fideszu i jeśli nawet część jego zwolenników pozostanie w domach, nie chcąc wspierać ani Jobbiku ani lewicy, to system wyborczy kierujący się zasadą, że zwycięzca bierze wszystko, przy którym już tak bardzo Fidesz majstrował, teraz może odbić mu się czkawką. 60% głosujących na lewicę i Fidesz w Tapolcy, nie ma teraz wcale swojego reprezentanta w parlamencie. Jednocześnie rządzący utracili większość konstytucyjną, co może im teraz uniemożliwić wygodne dla siebie zmiany w prawie wyborczym. Trudno będzie teraz też bronić konstytucji przed niepotrafiącymi ukryć niechęci do zasad demokracji, po tym jak się zrobiło z niej świstek papieru. W Niemczech ta metoda wielokrotnie powstrzymywała ekstremistów pozwalając urzędowi ochrony konstytucji na delegalizację partii nawołujących do obalenia ustroju. Na Węgrzech sam Orban zlikwidował republikę i tak naprawdę to nikt nie wie w czym dokładnie teraz żyje. Jeśli jutro ktoś tu ogłosi monarchię absolutną to też nikogo to zbytnio nie zdziwi.

Czy partia, która ma w swoim kierownictwie osoby nie kryjące rasistowskich poglądów i wygłaszające je publicznie, dzielące się na forum prostackimi żartami o Cyganach czy Żydach ma szansę stać się siłą rządzącą w tym kraju (nawet jeśli ociepli swój wizerunek, udając że takich poglądów nie podziela)? Po ostatnich wyborach w Tapolca ludzie jakby ze zdumieniem przecierają oczy budząc się z rodzajem moralnego kaca. Do wytrzeźwienia jednak daleko i niewielka garstka protestujących ginie w większości, pogrążonej w jakiejś apatii, a może nawet ze złośliwą satysfakcją komentujących, że oto jest nauczka dla władzy. Hitler wzywał kiedyś Niemców aby się obudzili, a jego pogrobowcy zdają się mówić teraz w całej Europie: Ciii…, śpijcie dalej, nic się takiego nie dzieje.

Klamociarze

W Poznaniu mamy takie ładne słowo na to co leży na węgierskiej ulicy 1-2 razy do roku – klamoty (wiem, wiem, to z niemieckiego ale jak ładnie spolonizowane :)). Słowo to najlepiej według mnie oddaje znaczenie węgierskiego słowa lom. Lomtalanítás to po prostu klamotowisko czy pozbywanie się niepotrzebnych klamotów. Oczywiście sprawa znana jest w Polsce głównie z Niemiec i nazywana wystawką, ale jakoś nie przepadam za tym słowem. Z niemiecką wystawką łączy ją jednak jeszcze jedna rzecz.

Wokół lomtalanítás wyrosła profesja, a może już osobne plemię nomadów podążających za cennymi łupami. Z początku byli oni przeszukiwaczami stert wyrzuconego dobra jak inni, ale świat dąży do specjalizacji. Połączywszy się w grupy albo będąc członkami rodzin mogli podzielić się lepiej rolami, co dało im przewagę nad samotnymi poszukiwaczami. Niczym stada lwów, oni pierwsi dopadają do najcenniejszej zdobyczy i biada jakiejś hienie, która by zechciała im coś podbierać. Już na kilka dni przed pojawiają się ich samochody, które potem będą służyć do przewozu znalezionych dóbr.

Władze nie ułatwiają im życia, nie informując z większym wyprzedzeniem o terminie lomtalanítás, ale oni i tak zawsze wiedzą. Potem pojawiają się pierwsi stacze. Zajmują miejsca przy co atrakcyjniejszych klatkach, uprzejmie pytając mieszkańców czy nie pozbywają się jakichś antyków, metali kolorowych, elektroniki, mebli, itp.  Oczywiście jeśli potrzeba to oni chętnie pomogą wynieść, co oczywiście jest świetną propozycją dla osób starszych, choć nie jest zbyt mile widziane przez dozorców, bo ci generalnie uważają ich za złodziei lub łobuzów w najlepszym wypadku. Czasami może i są to ludzie z kryminalną przeszłością, ale myślę że dlatego ta profesja ich przyciąga, bo tu nikt nie pyta ich o przeszłość. Tak samo jak nikt nie decyduje czy tę pracę będą mogli wykonywać Cyganie i oczywiście ich jest tu najwięcej, choć bardzo często widzę ich współpracujących z białymi podwładnymi.  Gdy tak patrzę na nich, to myślę że oni raczej nie będą zainteresowani programem prac publicznych oferowanym przez rząd Orbana. Są zbyt zapracowani na takie głupoty.