Granice granic

Z danych Eurostatu na rok 2014 wynika, że Węgry znalazły się na 5 miejscu wśród krajów z największą liczbą wniosków o azyl (Niemcy 203 tys., Szwecja 81 tys., Włochy 65 tys., Francja 64 tys., Węgry 43 tys.). W tym roku, tylko do końca maja do węgierskiego Urzędu ds. Imigracji wpłynęło ponad 50 tys. wniosków. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę mieszkańców, zeszłoroczne dane dają Węgrom drugie miejsce z 4330 wniosków na milion mieszkańców, po Szwecji – z 8415 wniosków na milion mieszkańców. Realne możliwości węgierskiego systemu to utrzymywanie 2500-3000 uchodźców i pod koniec 2014 roku tyle na stałe przebywało na Węgrzech (niecałe 3000 osób); od tego czasu ich liczba niewiele wzrosła. Znaczna część kosztów utrzymania azylantów pokrywana jest ze środków unijnych.

Dane Frontex – wspólnego unijnego systemu ochrony granic – wskazują, że najwięcej przypadków nielegalnego przekroczenia granicy ma miejsce na południowej granicy węgierskiej. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku na Węgrzech odnotowano łącznie 50 tys. 430 takich przypadków, w Grecji 48 tys., we Włoszech 47 tys. O ile fala imigrantów z Kosowa spadła z kilku tysięcy w pierwszych miesiącach roku do 200 osób, to obecnie obserwuje się wzmożony napływ obywateli Afganistanu, Syrii i Iraku – w marcu 5 tys., w maju już 10 tys. wg. węgierskiego Urzędu Imigracyjnego. (index.hu)

Pamiętacie zeszłoroczną sprawę narodowych konsultacji dotyczących opodatkowania Internetu? Rząd w końcu wycofał się z tego pomysłu, po tym jak przez kraj przetoczyły się manifestacje niezadowolonych obywateli. Nie ulega wątpliwości, że podobnie jak wtedy, afera z rządowymi plakatami antyimigranckimi nie przynosi władzy popularności. Do tej pory przyniosła głównie falę krytyki, podejrzeń o korupcyjne tło samej kampanii, ale i poczucie zażenowania u zwykłych ludzi. W takim tonie wypowiadają się moi znajomi, niezależnie od wyznawanej opcji politycznej, ale i nieznajomi podsłuchani na ulicy – na Węgrzech od dwóch tygodni był to główny temat rozmów, ponoć nawet policjanci skierowani do pilnowania plakatów przed niszczycielskimi aktywistami wykonują to zadanie niechętnie, a i w samych szeregach Fideszu pojawiło się mnóstwo głosów przeciwnych billboardom. Organizacje opozycyjne połączyło, choć nie zjednoczyło, prowadzenie walki z tym kuriozum (oczywiście nie mogło obejść się bez podejrzeń o sterowane z zewnątrz działania wrogich sił mające na celu jak zwykle destabilizację kraju).

Trzy hasła powtarzające się na plakatach głoszą: Jeśli przybywasz na Węgry, nie możesz zabierać Węgrom pracy. Jeśli przybywasz na Węgry, musisz przestrzegać naszego prawa. Jeśli przybywasz na Węgry, musisz szanować naszą kulturę.

Kontestatorska Partia Psa o Dwóch Ogonach w ciągu kilku dni zebrała ok. 10 mln Ft na antyplakaty. Jeden z nich o treści: Jeśli jesteś premierem Węgier, musisz przestrzegać naszego prawa ma stanąć w Felcsut, rodzinnej wiosce Orbana. Inne propozycje: Przepraszamy za naszego premiera czy Witajcie na Węgrzech mają pojawić się na ulicach już za parę dni. Inna partia zajęła się niszczeniem i zamalowywaniem rządowych billboardów. Na takie dwa natknęłam się w okolicach stacji metra Hatar ut – po usunięciu części tekstu, napisy głoszą: Jeśli przyjeżdżasz na Węgry to kul (cool) i Jeśli przybywasz na Węgry, będziesz utrzymywał naszych staruszków.

Co ciekawe, jeżdżąc trochę po sennych przedmieściach miasta zaobserwowałam, że w przeciwieństwie do głównych szlaków komunikacyjnych, nawet tych nieco oddalonych od centrum, na suburbiach rządowe billboardy mają się dobrze. Czyżby aktywiści tam nie docierali? A może w ramach plakatowej wojny, siły rządowe zdążyły w miejsce zniszczonych nalepić nowe? Znajomi twierdzą, że spotkali się z takimi przypadkami, ale podkreślali, że nowe plakaty zaraz były zamalowane. Nie wiem, jak jest na dalszej prowincji.

Oczywiście nie mogło zabraknąć wszelkiego rodzaju memów i odwołania do klasyków absurdu, np. Monty Pythona, przekazywanych sobie przez internautów. Ktoś przywołał fragment z Żywotu Briana i przepisywany za karę tekst „Rzymianie idźcie do domu”.  

Sprawa plakatów nie miała szans okrzepnąć lub też nabrać tempa, w zależności od tego jaka będzie kontrakcja opozycji, gdy wybuchła kolejna „bomba” w imigranckim show na Węgrzech – w ramach uszczelniania granicy rząd postanowił o budowie wysokiego na 4 m płotu o długości 175 km, który ma stanąć na granicy węgiersko-serbskiej, by powstrzymać falę nielegalnej imigracji w tym miejscu. O ile plakaty wzbudziły niechęć u większości społeczeństwa, to wydaje się, że konieczność uszczelnienia granicy znajduje u Węgrów zrozumienie i ten temat traktowany jest jako racjonalne posunięcie rządu. Opozycyjna a także zagraniczna prasa trąbi o żelaznej kurtynie, stawianiu muru w środku Europy, itd. W podobnym tonie zareagowały władze Serbii, z którymi Węgrzy niczego o dziwo do tej pory w tej kwestii nie ustalali. Premier Serbii ma przybyć do Budapesztu 1 lipca, dziwi więc że decyzja została podjęta jednostronnie 2 tyg. przed planowanym spotkaniem, które teraz niewątpliwie nie będzie spotkaniem dwóch strategicznych partnerów, po tym jak pojawiły się słowa szefa rządu serbskiego, który użył porównania do kolczastego drutu przypominającego Auschwitz. Nawet najtężsi analitycy gubią się w domysłach, spekulacjach dotyczących gry rozgrywanej ostatnio w regionie przez nie tyle ponoć Węgry czy Serbię, ale Unię Europejską z Rosją. Co chce teraz zamanifestować Orban?

Ostentacyjny sposób w jaki rząd komunikuje swój stosunek do sprawy imigracji od początku budził zdziwienie. Bo przecież można byłoby spokojnie robić swoje i lepiej pilnować granicy, nie narażając się na krytykę ze strony Unii i zachodniej prasy, o czym pisałam już wcześniej. Ale nawet teraz skala międzynarodowego oburzenia jest nieadekwatna do działań Węgrów. Z początku pojawiły się nawet w największych mediach informacje, że oto Węgrzy zamykają granicę! Błąd dziennikarzy niechętnych Orbanowi? Nie, tak sprawę ujął minister spraw zagranicznych Szijjarto i dopiero później doprecyzowano, że chodzi nie o jej zamknięcie, ale po prostu o uszczelnienie, likwidację zielonej granicy. Lawina ruszyła i trudno się teraz przebić z argumentem, że takie zabezpieczenia i ogrodzenia funkcjonują przecież w wielu miejscach, nie tylko na granicy USA-Meksyk czy w Izraelu, ale również w Europie. Czy ograniczenie napływu nielegalnych imigrantów jest złe?

Główny problem to brak rozróżnienia dla uchodźców i imigrantów socjalnych. Politycy mówią o tym, że po prostu się nie da ich oddzielić. Sama się nad tym zastanawiałam i naszła mnie taka myśl. Osoby udające się do Mekki muszą być muzułmanami i na wspaniałych saudyjskich autostradach pod drogowskazami wskazującymi drogę znajdują się równie wielkie dopiski, że to droga tylko dla wyznawców islamu. Może właśnie ich należy spytać jak potrafią rozpoznać niewiernych? Ale tak już bardziej na poważnie, to mnie dziwi, że islamscy emigranci z Nigerii, Somalii czy Erytrei są gotowi zaryzykować życie, aby dostać się przez pustynie i morza do socjalnej Europy, zamiast wybrać względnie bliskie kraje Zatoki Arabskiej z ich olbrzymim bogactwem. Dlaczego nie chcą budować zasobnych Chin? Rozwijać Singapuru? Osiąść w Turcji? Mówią, że chcą europejskich standardów, których sami nie są w stanie sobie zapewnić w swoich państwach? Dlaczego jednak wszelkie próby pomocy na miejscu spotkały się z ich sprzeciwem i zarzutami o szerzenie przez Europejczyków kolonializmu? Męczy mnie już nieco wysłuchiwanie pochwał pod adresem Putina i Rosji głoszonych przez pobliskiego sprzedawcę kebabów pochodzącego z Syrii, który jednak nie zamierza w najbliższym czasie przenieść się z Budapesztu do Moskwy.

Może czas na wskazanie innych bogatych portów? Saudyjczycy powinni podzielić się nieco swym bogactwem ze swoimi braćmi, którzy niewątpliwie chętnie tam przyjadą skuszeni internetowymi popisami złotej młodzieży. Ponadto, jeśli wszyscy, którzy chcą zmian wyjadą do Europy, to kto zmieni ich własne kraje na lepsze?

Premier Orban już rok temu słusznie wskazał, że przyszłość jest w demokracjach nieliberalnych i zdecydowanie tam powinni kierować się wszyscy imigranci. Z drugiej jednak strony, jeśli Węgry osiągnęły ten poziom rozwoju to premier nie może mieć pretensji, że imigranci ciągną na Węgry, a stara demokratyczna Europa prosi Węgrów o pomoc i podzielenie się swoim sukcesem z imigrantami.

Reklamy

Kosowscy imigranci zalewają Węgry

W ostatnich dniach węgierska policja odnotowuje coraz więcej przypadków nielegalnego przekraczania granicy serbsko-węgierskiej przez imigrantów z Kosowa chcących przedostać się przez Węgry do Niemiec, Austrii lub Szwajcarii. W samym styczniu było to 10 tys. osób, choć nieoficjalnie mówi się, że to tylko 20% uciekinierów z Kosowa, a reszcie udało się przedostać na Zachód bez zatrzymania na Węgrzech. 1 stycznia policja zatrzymała 118, 2 stycznia 134 osoby, 30 stycznia było to już 1400 osób. W ciągu kilku ostatnich dni dziennie kilkuset nielegalnych imigrantów przekracza zieloną granicę w okolicach Röszke, Mórahalom i Ásotthalom. Dla porównania, w całym 2013 roku było to 6000 osób. Kosowscy Albańczycy masowo uciekają z kraju, w którym rządzi korupcja, bezrobocie i zorganizowana przestępczość.

W wioskach i na bocznych drogach na południe od Szegedu każdego dnia pojawiają się nowe, większe bądź mniejsze grupy, które pokonały pieszo zieloną granicę, pod osłoną nocy przechodząc przez rowy z wodą i kontynuując swą drogę przez okoliczne lasy. Ich droga z Kosowa prowadzi przez Belgrad (Kosowo opuszczają ponoć dziennie dziesiątki autobusów) gdzie przesiadają się na autobus do Suboticy (węg. Szabadka). Na terytorium Węgier przedostają się np. w miejscu gdzie autostrada Szabadka-Horgos zbliża się na odległość kilkuset metrów do granicy.

W piątek policja donosiła o łącznej liczbie 1269 osób zatrzymanych tego dnia w południowej części komitatu Csongrad; wśród nich 1222 osób to Kosowianie, 6 Syryjczyków, 14 Pakistańczyków i 16 Afgańczyków – wszyscy poprosili o status uchodźcy. Ale zanim wydana zostanie decyzja wielu z nich pewnie zdąży znaleźć się w Niemczech. Wieczorem o 17.30 w Ásotthalom w południowych Węgrzech zatrzymano największą grupę – 153 Kosowian. W sobotę rano znów pomiędzy miejscowościami Mórahalom i Ásotthalom widziano wiele grup 5-10 osobowych, są wśród nich małe dzieci (w sobotę łącznie zatrzymano 1022 osoby, z czego 991 to Kosowianie, 18 Afgańczycy, 7 Irakijczycy, 3 Kubańczycy, 2 Syryjczycy i 1 Somalijczyk (dane ze strony police.hu).

Ludzie ci decydują się na podróż całymi rodzinami pomimo zimna i pogarszającej się pogody. Przewagę stanowią mężczyźni w wieku 20-30 lat, ale jest też dużo kobiet z małymi, często kilkumiesięcznymi dziećmi. Portal Origo przytacza historię rodziny z ośmiorgiem dzieci koczującej na dworcu Kelenfold w Budapeszcie. Ojciec rodziny, Ahmed nie posiadający żadnego fachu i nie znający żadnego obcego języka (tylko nieliczni potrafią powiedzieć parę słów po angielsku) z pomocą tłumacza mówi dziennikarzom, że wolałby znaleźć się choćby z powrotem w Kosowie, byleby skończyła się już ta udręka. Kilka dni temu na dworcu kolejowym w Gyor zatrzymano grupę 250 osób, wszyscy mieli ważne bilety kolejowe do Wiednia, ale nie posiadali przy sobie żadnych dokumentów.

Sytuacja w miejscowości Ásotthalom na południu Węgier staje się dramatyczna. Niektórzy mieszkańcy pomagają, szczególnie rodzinom z dziećmi, np. zapewniając jedzenie. Jednak większość zaczyna się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Imigranci pukają w nocy do drzwi, koczują w ogrodach rozpalając ogniska, pozostawiając po sobie góry śmieci, zużyte, przemoczone ubrania, podarte dokumenty. Granica nie jest w ogóle kontrolowana, w zasadzie każdy, nawet terrorysta, może się przez nią przedostać czy przemycić broń. Exodus kosowskich Albańczyków trwa już od kilku miesięcy, jednak teraz zjawisko nasiliło się na niespotykaną dotąd na Węgrzech skalę.

Od czasu ataków na redakcję satyrycznego pisma w Paryżu, premier Orban dużo i chętnie mówi na temat konieczności zaostrzenia kontroli granicznej w Unii Europejskiej. Węgrzy jednak kilka lat temu zlikwidowali straż graniczną jako taką, a jej obowiązki przejęła policja, choć jako państwo posiadające granice z państwami niebędącymi w Unii Europejskiej zobligowani byli do zapewnienia odpowiedniej kontroli, tak jak to ma miejsce na polskiej granicy. Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że o ile mi wiadomo to kraje będące na zewnętrznej rubieży Unii otrzymały środki na cel ochrony wspólnych granic. Przyznać trzeba, że likwidacji straży granicznej oraz włączenia jej w struktury policji dokonał poprzedni premier i pamiętam, że antyrządowe demonstracje w tamtym czasie były „zabezpieczane” także przez sprzęt należący wcześniej do straży granicznej. Jak widać wejście Rumunii i Chorwacji do UE i postępy w akcesji Serbów doprowadziły do tego, że węgierskie władze chyba przedwcześnie uznały granicę z Serbią za kolejną bezpieczną, wewnętrzną granicę Unii. Pytanie kto teraz ma posprzątać cały ten bałagan: Węgrzy czy Serbowie?