Pociąg do Polski

Drugie Węgry, Polityczne trzęsienie ziemi, Oszałamiający sukces konserwatystów – tak zareagowała węgierska prasa na wynik wyborów parlamentarnych w Polsce. Przede wszystkim mówi się nad Dunajem o tym, że jedna partia jest teraz w stanie samodzielnie utworzyć rząd, że do Sejmu wchodzą dwa istniejące zaledwie kilka miesięcy ugrupowania i wreszcie, że tradycyjna lewica nie będzie miała swojej reprezentacji.

Po pierwszych komentarzach pojawiają się pytania jakie wnioski powinni wyciągnąć dla siebie Węgrzy po „warszawskiej lekcji”. Takie podejście może bardzo dziwić w Polsce, gdzie jednym z haseł zwycięskiej partii stała się idea robienia Budapesztu w Warszawie, a orbanowskie pomysły ekonomiczne mają być wprowadzane w życie (np. opodatkowanie banków czy dużych sieci handlowych) już od stycznia.

Skąd więc ten pociąg do śledzenia polskiej sceny politycznej? Od lat polskie wybory są na Węgrzech obserwowane z uwagą, bo powszechne jest określenie „varsói gyors” – warszawski ekspres, które przywołuje się tu zawsze po naszych wyborach, zastanawiając się czy zmiany podobne do tych, które następują w Polsce dotrą za jakiś czas na Węgry. Tak było np. w 1993 roku, kiedy władzę w Polsce przejęli postkomuniści, a w 1994 roku czyli z niewielkim przesunięciem w czasie to samo stało się na Węgrzech, albo gdy polska lewica ulegała rozdrobnieniu i stopniowej marginalizacji, to nikt nie przypuszczał, że po kilku latach jej los podzielą węgierscy postkomuniści.

Takie szablonowe podejście do pytania o wnioski, jakie Węgrzy mogą wyciągnąć dla siebie z warszawskiej lekcji wydaje się tym razem mocno nietrafione. PiS to nie Jobbik, a Fidesz to nie Platforma. Niby Fideszowi bliżej do PiSu z ich kombinacją lewicowego programu gospodarczego i haseł konserwatywno-nacjonalistycznych, ale różnice nie dotyczą jedynie postrzegania Rosji, jak to się niektórym wydaje – Fidesz nie jest obciążony takim ideologicznym balastem jak zwycięski PiS (a w zasadzie zwycięska koalicja prawicowych partii). Orban nie spotkał się z wewnątrzpartyjnym sprzeciwem dla odejścia od dogmatu jakim była np. antyrosyjskość. Gdyby coś takiego zdarzyło się w PiSie to zaraz mielibyśmy wysyp partyjek  prawicowych jak w latach  90.

Pomimo to węgierscy komentatorzy dostrzegają sporo analogii i próbują na podstawie polskich wyborów przewidzieć jak będzie wyglądała ich scena polityczna w 2018 roku, kiedy to na Węgrzech odbędą się wybory parlamentarne. Przykładowo jeden z dziennikarzy liberalnego portalu Index formułuje siedem takich wniosków, cyt.:

1. Przeciwnikiem prawicy niekoniecznie musi być lewica. W Środkowej Europie jak najbardziej realny scenariusz to dwie partie prawicowe walczące o władzę. Wielki znak zapytania czy w 2018 roku największym konkurentem Fideszu będzie lewica (MSZP ze swoimi koalicjantami) czy raczej radykalna prawica (Jobbik).
2. Pogrzebano tradycyjną lewicę. To może być ostrzeżenie dla MSZP.
3. Zielone światło dla nowych partii. Polacy byli głodni nowych twarzy, idei, nowego podejścia do polityki (Kukiz). Wystarczyła znana twarz by osiągnąć polityczny sukces.
4. Znamię korupcji może łatwo zmieść ze sceny cały rząd. Wystarczy jeden poważniejszy skandal by rząd stracił popularność i nawet obiecujące wskaźniki ekonomiczne nie będą w stanie jej przywrócić. Nie dziwi zatem, że Jobbik od lat prowadzi kampanię właśnie w oparciu o temat korupcji.
5. Dobre wskaźniki nie mają znaczenia jeśli ludzie nie odczuwają ich na własnej skórze. Doskonale rozumiał to Fidesz, który nieprzypadkowo w kampanii przed wyborami 2014 zastosował obniżenie podstawowych opłat jako łatwych do zidentyfikowania w codziennym życiu (szczególnie gdy ma się to wytłuszczone i pokolorowane na blankiecie wpłaty).
6. W kampanii obecna była kwestia uchodźców. Choć ich samych w Polsce nie ma, to temat bardzo interesuje wyborców. Sygnał dla węgierskich polityków, że kwestia może być nadal istotna, pomimo zamkniecia granicy i ograniczenia napływu emigrantów.
7. Dwa kroki wstecz dają w efekcie jeden krok naprzód. Kaczyński stał się najbardziej wpływową osobą w państwie, mimo że najprawdopodobniej formalnie nie będzie pełnił żadnej funkcji publicznej. Ruch Kaczyńskiego jest pouczający, bo pokazuje w praktyce, że nikogo nie wolno lekceważyć, bez względu na skalę jego negatywnego postrzegania. Wyborcy potrafią docenić takie czasowe wycofanie się, nawet jeśli dotyczy ono wyłącznie sceny politycznej, a nie tego co dzieje się za kulisami.

No cóż, opinia ciekawa, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sporo tu zaklinania rzeczywistości i trudno się z nią w pełni zgodzić. Nie ma co szukać analogii na siłę.

Z większości opinii, artykułów i reakcji zwykłych ludzi przebija jednak jedna myśl. Oto w końcu Węgrzy nie są sami w swej polityce. Takie opinie są powszechne nie tylko u tych, którzy liczą na zaistnienie jakiegoś sojuszu, który wyrwie ich z izolacji, ale również wśród przeciwników węgierskiej władzy, którzy mają nadzieję, że oto Węgry wreszcie przestaną być jedynym złym dzieckiem Europy. Dzieckiem, które się o wszystko obwinia. Wiadomo, jak dwóch rozrabia, to zazwyczaj wszyscy są skłonni przypisywać winę temu większemu.

Reklamy

Nie taki Budapeszt straszny jak go malują

Ostatnio mocno zadziwiła mnie zapowiedź artykułu jaki zamieścił w Newsweeku szef działu Świat tej gazety, pan Jacek Pawlicki. Tytuł: Archipelag gulasz i zdjęcie taniej wersji unicum, już jakoś tak nie bardzo pasowały mi do ogólnie znanej rzeczywistości – ot klimaty, które jak ktoś się postara to wyszuka w ramach egzotyki, ale żadna reguła. Typowa „polska” furmanka na gumowych kołach. Ale szczęka mi opadła (dosłownie) dopiero gdy obejrzałam umieszczony pod zdjęciem filmik, którego celem było uzmysłowienie polskim wyborcom czym pachnie model władzy węgierskiej, na który powołują się pretendenci do władzy w Polsce.

Pan redaktor już na wstępie zapewnia, że czuje się specjalistą od Węgier, bo często tu bywa (zgodnie z tą zasadą najwięcej specjalistów od spraw węgierskich żyje w byłym NRD, bo zwykli oni nawet dzisiaj spędzać corocznie urlop na Balatonem, no i miłośnicy Gazety Polskiej – oni też przybywają na Węgry co roku). Jak sam jednak przyznaje, po raz pierwszy był tu w roku 2006, a później pojawiał się zawsze kiedy działy się na Węgrzech sprawy istotne politycznie.

Na początek Pan redaktor wymienia „dokonania” obecnej władzy węgierskiej: kilkukrotna zmiana konstytucji, ustawianie przetargów, uzależnienie od siebie 30 do 40% społeczeństwa, czy rozbudzenie nastrojów antyeuropejskich i nacjonalistycznych.

Ponieważ po raz pierwszy był tu dopiero w 2006 r. to pewnie dlatego nie pamięta o tym, że poprzednia władza, która zaczęła tracić wpływy zanim zainteresował się Węgrami zdążyła stworzyć, a w zasadzie zakonserwować (bo to rzecz wywodząca się wprost z czasów Janosa Kadara) system wzajemnych relacji i powiązań, także rodzinnych, przy którym zarzuty o nepotyzm wysuwane w stosunku do ekipy Orbana niemal blakną, a wręcz nabierają prowincjonalnego uroku. Pamiętam jak społeczeństwo komentowało ze złośliwością, że wywodzący się z prowincji ex premier Ferenc Gyurcsany musiał wżenić się w starą komunistyczną dynastię, aby móc cokolwiek zdziałać w węgierskiej polityce. Spadkobiercy Kadara przez lata uważani byli za profesjonalistów, technokratów i nikt im specjalnie w życiorys nie zaglądał, bo i nie było komu – dziennikarze wtedy woleli zajmować się dziewczątkami z okładek Playboya i innymi newsami znad Balatonu. Prywatne relacje polityków tamtego systemu zostawiali w spokoju uznając, że to nieeleganckie się tym zajmować. Temat lustracji (którego w wersji reprezentowanej przez polską prawicę i IPN też nie jestem w stanie zaakceptować, bo przecież można to zrobić tak jak Niemcy) też nigdy nie zaistniał na Węgrzech, bo wystarczyło wyciągnąć teczkę prymasa i najsłynniejszego reżysera i nagle zapanowała powszechna zgoda, że gruba kreska jest fajna o ile nikt tego nie nazwie expressis verbis.

Nie oszukujmy się jednak co do faktu, że inwestycje jakie w ostatnich latach powstawały na Węgrzech to jakiś wielki powód do dumy dla Orbana. Trzeba przyznać, że Węgrzy mogą i zazdroszczą Polakom tego jak te inwestycje wyglądały w ostatnich latach w Polsce: nowe drogi, stadiony i wysoka zabudowa naszych miast imponuje im daleko bardziej niż nam samym. W drugą stronę to nie działa i ktoś kto po raz pierwszy teraz odwiedza Węgry nie bardzo ma czym się zachwycać. Jednak każdy, kto tu przebywa od minimum 10 lat potwierdzi, że choć cudów nie ma, to w stosunku do rządów postkomunistów jest postęp. Udało się dokończyć rozgrzebaną budowę czwartej linii metra, wreszcie odrestaurowano kilka obiektów, które mniej lub bardziej szpeciły Budapeszt, który przecież żyje z turystyki (Varkert Bazar, dwa mosty, okolice Parlamentu). W dość cwany sposób Orban uniknął zarzutów polityki historycznej prowadzonej na żywej tkance miasta – większość zmian przeprowadzono pod szyldem rekonstrukcji stanu przedwojennego. W ten sposób zniknął plac Moskwy i powrócił Szell Kalman ter (na plac o takiej nazwie tramwaje jeździły jeszcze w latach 50 XX wieku i aż dziw brał że Węgrzy tolerowali tę nazwę; niektórzy byli nawet przekonani, że nazwa plac Moskwy była historyczna).Tak samo na swoje miejsce wróciły pomniki premierów Andrassyego i Tiszy, a zniknął niezbyt przez Węgrów lubiany Karolyi. Wrócili koledzy Kossutha. To wszystko w trosce o turystów i zalecenia UNESCO, nawet jeśli nikt tam na taki pomysł jeszcze nie wpadł. Miasto doczekało się również nowego taboru autobusowego, co jest naprawdę wyzwaniem w mieście gdzie istnieje wyjątkowo gęsta i sprawnie działająca sieć autobusowa. Tych inwestycji w Budapeszcie z pewnością mogłoby być więcej i w końcu reprezentujący jego interesy burmistrz Istvan Tarlos popadł w konflikt ze swymi kolegami z Fideszu, mocno inwestującymi na prowincji, z której się wywodzili. Oczywiście niektóre z tych wydatków, szczególnie w Felcsut, z którego pochodzi sam premier były najdelikatniej mówiąc niezbyt uzasadnione. Ogólnie jednak trudno się zgodzić z faktem, że wszystkie przetargi to rodzinny przewał. Dzisiaj nic się tu nie buduje bez udziału środków unijnych, a system nadzoru jaki sprawuje Unia Europejska na jakieś wielkie malwersacje nie pozwala. Oczywiście zdolny się przy tym upasie, ale coś trzeba wybudować – tak to działa w całej Unii i będzie działać. Alternatywą jest brak działania i skazywanie ludzi na emigrację zewnętrzną a także mniej widoczną wewnętrzną. Pamiętam koleżankę, która musiała dojeżdżać do pracy codziennie prawie sto kilometrów, bo w jej miejscowości pracy nie było i Budapeszt to była jedyna szansa. Niestety, nie mogła pozwolić sobie na życie w stolicy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Orban podjął walkę z dysproporcjami rozwoju na Węgrzech, niezależnie od pobudek. Polakom często umyka ta jedna z fundamentalnych różnic pomiędzy naszymi krajami. Polska składa się z kilku dużych ośrodków miejskich, które są w stanie dość skutecznie rywalizować ze stolicą. Na Węgrzech skala jest zupełnie inna: Budapeszt, nieco większy od Warszawy za konkurentów ma miasta wielkości Kielc czy Konina.

Zrównoważony rozwój całego kraju, to coś co zaniedbali rządzący przez ostatnie lata Polską, wzbudzając niepotrzebne antagonizmy. Fakt, że obecnie jedyne porządne i w miarę tanie połączenie drogowe z Warszawy to Wrocław i Gdańsk, nie przysparza pewnie władzy sympatii w Krakowie czy Lublinie. Orban tymczasem wysyła ministerstwa na prowincję dając szansę wykształconym ludziom z mniejszych ośrodków miejskich. Skoro nie udało się zapewnić domów czy mieszkań w Budapeszcie to czas, żeby góra przyszła do Mahometa.

Co do zmian konstytucji, to trzeba przyznać z perspektywy czasu, że możliwości jej zmiany jakie miał Fidesz nie zostały przez niego wykorzystane. I to ani źle, ani dobrze – bo nie ma co się oszukiwać, że jest to twór doskonały. Inna sprawa czy istniejący system wyborczy (skonstruowany w dużej mierze przez poprzednią władzę), w którym istnieją jakże nas intrygujące JOWy, dawał rzeczywistą legitymację Fideszowi do dokonywania takich zmian. W rezultacie Fidesz zlikwidował np. całe państwo. Była Republika Węgierska i teraz już jej niby nie ma, ale np. prezydent republiki został. W życiu codziennym termin Koztarsasag jest nadal w użyciu i nie ma co wydziwiać gdy otrzyma się tak opatrzony dokument.

Uzależnienie od siebie społeczeństwa? To po prostu realizacja postulatów wyborczych. Tak skuteczna, że nawet żelazny elektorat postkomunistów, jakim byli do czasu Romowie, przeszedł na stronę Orbana. Na tym przykładzie widać też, że praktyka uzależniania od siebie nawet bardziej cechowała poprzednią władzę. Zwycięstwo Fideszu było możliwe właśnie dzięki temu, że obiecał to uzależnienie. Oczywiście wykształconym, niezależnym to się nie spodoba, ale kto tam się będzie nimi przejmował. Ten sam sposób myślenia stał się receptą na sukces Dudy. 51% głosujących Polaków nie trzeba uzależniać od władzy – oni tego żądają! Różnica jest taka, że polscy pretendenci prawdopodobnie nie będą w stanie odnieść w tym zakresie takiego „sukcesu” jak Orban, i to a nie cokolwiek innego spowoduje odpływ ich elektoratu. A Węgrzy? Ostatnie ich wybory pokazują, że wielu reaguje na tę nadopiekuńczość, choć myślę, że Pan redaktor się zgodzi, że wybór Jobbiku to jest diabelska alternatywa.

No właśnie, przy tej opcji oskarżanie Orbana o antyeuropejskość i nacjonalizm wydaje się nieproporcjonalne. Oczywiście lubi sprawiać takie wrażenie, ale przecież wie gdzie leżą pieniądze. I stąd właśnie bierze się ironiczne nazywanie go przez Junckera „dyktatorem”. Juncker dobrze wie jak bardzo Węgry potrzebują Unii oraz że ta może spokojnie obejść się bez Węgier (o czym nie omieszkał przypomnieć Orbanowi gdy ten zaczął dywagować nad karą śmierci – oj, tłumaczył się potem Orban, że to tylko takie akademickie dysputy, wolność wypowiedzi wyciągał. Kupa śmiechu była). O tym jak pragmatyczni są w kontaktach międzynarodowych Węgrzy przekonali się najboleśniej właśnie zwolennicy PiS i nie ma co się dalej nad tym rozwodzić. I jeśli miałabym wybierać z dwojga złego, to życzyłabym polskiej prawicy odpowiednika Szijjartó a nie Fotygi.

W końcu z ust Pawlickiego pada żelazny argument, jakoby za Orbana milion młodych Węgrów wyjechało do innych krajów (skąd te dane?). Redaktor bardzo się martwi, że nie wrócą. A może ku uciesze środowisk liberalnych właśnie wrócą, przywożąc ze sobą nowe idee. To, że w przeciwieństwie do Polaków, Rumunów i Litwinów, Węgrzy wybierali dotąd swoją przaśną, ale własną szufladę, to jeden z głównych powodów ich wyalienowania w Europie i świecie. Pan redaktor, tak jak krytycy prezydentowej Komorowskiej, w emigracji widzi jedynie jakieś straszliwe nieszczęście, nie widząc możliwości jakie ona daje. Taki Kazio Marcinkiewicz, znalazł nową wielką miłość i pracę w banku. A tak na poważnie, takie postawienie sprawy w sumie obraża mnie samą, bo ja też jestem emigrantką. Ale wyemigrowałam, bo Węgry mimo swoich niedoskonałości, o których można by wiele pisać zawsze mnie ciągnęły (pan redaktor też mógłby trochę tu pomieszkać, to naprawdę ułatwia pisanie o tym kraju). Czas aby przestać postrzegać zarówno węgierskich jak i polskich emigrantów jak tych którzy nie mają innego wyjścia – jeżeli polscy politycy i dziennikarze będą wmawiać wszystkim, że jesteśmy tym samym czym emigranci z Afryki i Azji to rzeczywiście będziemy tak traktowani. Druga strona musi mieć świadomość, że dla nas jest to jedynie opcja, która może, a nie musi wzbogacić ich społeczeństwo. Węgrzy sami nie demonizują swojej emigracji i może dlatego w przeciwieństwie do nas nie potrzebują wiz do USA. Jak widać Amerykanie nie boja się ich potencjału emigracyjnego, tak jak Pan redaktor.

I tu przechodzę do wisienki na torcie, czyli strasznego snu Pana redaktora, w którym straż honorowa w rogatywkach stanie u grobu Kaczyńskiego (tak dla przypomnienia przywrócił je po stanie wojennym Jaruzelski, chcąc się przypodobać nieco społeczeństwu). Przyrównywanie tej wizji do straży pełnionej przy koronie Św. Stefana stanowi dowód na to, że zupełnie nie zastanawiał się czym dla Węgier i Węgrów jest Św. Korona.

Po pierwsze: Węgrami nie rządzi trumna. W przeciwieństwie do Polski, tu codzienna warta honorowa pilnuje parlamentu, prezydenta i Świętej Korony. Grób nieznanego żołnierza jest w niewyobrażalny dla Polaków sposób zaniedbywany.

Po drugie: Gdybyśmy więc mieli się wzorować na węgierskiej ceremonii, to nasi żołnierze musieliby defilować wokół orła. Ten musiałby siedzieć w klatce, co raczej nie kojarzyłoby się dobrze. Ewentualnie trzeba byłoby go wykonać z jakiejś substancji. Z kampanii wyborczej wiemy, że nie powinna być to czekolada ani chleb, a wielu rzeźbiarzy w Polsce udowadnia ostatnio, że i ze szlachetniejszym materiałem sobie nie radzą. Sprawa się więc komplikuje.

Po trzecie: Naśladując dalej, orzeł musiałby siedzieć w naszym Sejmie, od czego by osiwiał, a może nawet zrobiłby się biały. W przeciwieństwie bowiem do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa trzyma swoją koronę w Tower, które było więzieniem (i nikt nie narzeka na gwardzistów, którzy pilnują korony i kruków), Węgrzy swoją koronę trzymają w instytucji symbolizującej demokrację, czyli w parlamencie.

Po czwarte: Orzeł i tak nie zastąpi korony, bo to nie tylko rzecz materialna dążąca do abstraktu. To instytucja. Tym bardziej nie widzę w tej roli trumny, choć tak próbowano traktować przed wojna trumnę Piłsudskiego. Węgierska korona to symbol ustroju nieokreślonego. Kiedy admirał Horthy między którym a wspomnianym Piłsudskim można by znaleźć znacznie więcej analogii i bardziej ciekawych niż te którymi zajął się Pan redaktor, ustanowił tę instytucję (Świętej Korony), to prawdopodobnie wielu zastanawiało się o co mu chodzi na równi z tym momentem kiedy Orban zmieniał nazwę kraju. On tymczasem tworzył podstawę do porozumienia między bardzo spolaryzowanym społeczeństwem węgierskim. Pogodzenie prohabsburskich arystokratów, demokratycznych socjaldemokratów, pozbawionych ziemi chłopów czy mającej więcej niż autorytarne zapatrywania przedstawicieli burżuazji wydawało się niemożliwe. Podobne konflikty przerosły Hindenburga w Niemczech, który nie zapanował nad żywiołem. Horthyemu się udało. Nawet jego najwięksi krytycy przyznają, że wynikało to z samoograniczenia, co może dziwić gdy widzimy jego galowe, admiralskie mundury i słabość do przejazdów na białym koniu. Umiał się jednak powstrzymać od włożenia tej korony na własną głowę. Włożył ją na głowę narodu uosabianego przez parlament, obwożąc ją tryumfalnie pociągiem po całych Węgrzech.

Jak na razie Orban w jakiś sposób korzysta z pomysłów Horthyego, choć oficjalnie od niego się odżegnuje, czym po raz kolejny daje dowód zręczności w balansowaniu pomiędzy oczekiwaniami różnych grup społeczeństwa węgierskiego i opinii różnych środowisk zagranicznych. Tego umiaru w symbolicznej polityce życzyłabym nowemu prezydentowi i jego zwolennikom, jeśli ci ewentualnie dojdą do władzy. Niestety Polacy w przeciwieństwie do Węgrów nie mają takiego symbolu, który łączyłby ich ponad podziałami i trudno tego oczekiwać w kraju, w którym wszyscy odwołują się do trumien albo krzyży, zamiast korony albo koronowanego orła. Choć koronę wieńczy krzyż, to przecież nikt tu się nie zastanawia czy jest on katolicki, kalwiński czy może prawosławny. Jest mały, przekrzywiony i na tej jednej koronie naprawdę wystarczy.

Archipelag gulasz to niewątpliwie atrakcyjny tytuł dla artykułu. Mam nadzieję, że sam artykuł, którego jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać, w przeciwieństwie do zapowiedzi, do której się tu odnoszę, nie próbuje na siłę uzasadniać użycia tej jakże „błyskotliwej” gry słów.

http://swiat.newsweek.pl/wegry-viktor-orban-skrajna-prawica-polityka-swiat-wiadomosci,film,364193.html