Simicska story cz.II

Szara eminencja Fideszu

Simicska formalnie nigdy nie wykazywał wielkiej aktywności politycznej w Fidesz. Wszyscy jednak wiedzieli, że jest on szalenie ważny jako człowiek, który potrafił zadbać o finanse partii – przez lata był największym biznesmenem wspierającym Fidesz, a jego zasługą było zorganizowanie pro-fideszowskich mediów. W czasie pierwszego rządu Orbána nie objął żadnej teki ministerialnej, był raptem szefem urzędu podatkowego (co dobrze świadczy o tym, że wiedział gdzie leżą konfitury).

Po powrocie do władzy w 2010 roku wydawało się, że Orbán „uczciwie” odwdzięcza się swojemu przyjacielowi i temat kontraktów budowlanych, które przypadły firmom Simicski w trakcie trwania pierwszej kadencji rządu Fideszu był potem głównym zarzutem jaki wysuwała opozycja w kolejnej kampanii wyborczej. Współpraca między starymi przyjaciółmi układała się jednak wtedy tak dobrze, że ilość brudów, jakie mogła prać w kampanii opozycja nie wystarczyła by odebrać Fideszowi choćby większość konstytucyjną (choć było blisko), nie mówiąc już o wygraniu wyborów. Opozycji sprawy nie ułatwiał sam Simicska, którego pieniądze i władza zdawały się nie psuć – unikał on kamer, prowadząc skryte życie na prowincji. Do momentu wybuchu konfliktu w obiegu medialnym funkcjonowało tak mało zdjęć Simicski, że opozycja nie była w stanie zdobyć aktualnego zdjęcia do swojej kampanii politycznej wymierzonej w przyjaciela Orbána.

Jednak wybory z 2014 przyniosły nowy Fidesz, w którym zaczęły być widoczne inne postacie niż tylko Orbána. Twarzami coraz „ciekawszych” pomysłów zaczęli być tacy politycy jak Kövér, Balog, Navracsics, Rogán, Szijjártó, Várga czy nawet burmistrz VIII dzielnicy Budapesztu Kocsis. Zaczęli pojawiać się w mediach mówiąc o swoich pomysłach. Oczywiście głos Orbána bywał ostateczny, ale czasami można było odnieść wrażenie, że popierając niektóre z projektów jest stawiany przed faktami dokonanymi, z którymi po namyśle zdecydował się nie walczyć.

Największą jednak karierę zrobił Dyzma węgierskiej sceny politycznej – János Lázár.

Urodzony w 1975 roku jest reprezentantem zupełnie innego pokolenia niż sam premier, jego kolega Simicska, obecny komisarz europejski Navracsics czy marszałek parlamentu Kövér. Z premierem łączy go jednak pewna ważna rzecz – obaj pochodzą z węgierskiej prowincji. Lázár nie studiował w Budapeszcie, tylko w Szegedzie, a po studiach nie ruszył do stolicy, ale wrócił do rodzinnego Hódmezővásárhely, gdzie się urodził i skończył szkołę średnią. Mieszkańcy zaś wybrali go w 2002 roku burmistrzem, dwa lata po tym jak wstąpił do Fidesz.

Stanowisko burmistrza łączył ze stanowiskiem posła do parlamentu przez następne 10 lat. W 2012 został sekretarzem stanu w Kancelarii Premiera, aby po dwóch latach zostać jej szefem i ministrem bez teki. Jednak to nie koniec kariery tego człowieka – pod jego rządami szef kancelarii stał się superministrem, zagarniając coraz to nowe zadania i uprawnienia. Jedni widzą w nim potencjalnego następcę Orbána a inni zderzak, który ten poświęci, gdy lud będzie domagał się głowy winnego.

Rosnąca władza tego stosunkowo młodego karierowicza z prowincji doprowadziła go do konfliktów ze starą gwardią. Kövérem – zmiana pokoleniowa w partii, Navracsicsem – który jako wykładowca akademicki i kandydat na wysokie unijne stanowisko skrytykował autorytarne działania rządu i swoją własną wobec niego uległość w przeszłości. A w końcu z Simicską.

I choć ten konflikt mógł się wydawać najoczywistszy to na początku wcale tak nie było. Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki, że Orbán chce pokazać swemu byłemu koledze jak wielki dystans ich dzieli, to właśnie Lázár próbował łagodzić spór. Premier jednak nie miał zamiaru odpuszczać Simicsce i wkrótce Lázár musiał przestać stać w rozkroku, a gdy już przestał to przeszedł do ataku. Pomysł kandydowania Simicski do parlamentu jako niezależnego (a przecież jednoznacznie kojarzonego z Fidesz) kandydata wśród innych polityków wywołał wesołość i stwierdzenia w stylu „ten żartowniś Ludwik”, Lázár śmiał się najgłośniej, ale najwyraźniej nieszczerze.

Ale jak to się stało, że premier zdecydował się uderzyć w skarbnika partii, człowieka, który przez wiele lat niepodzielnie rządził jej finansami? Czy stał za tym Lázár?

Jak spekulowały media węgierskie w sierpniu 2014 (HVG, Magyar Narancs) za zmianą stanowiska Orbána stał Árpád Habony. W roku 2014, który był rokiem potrójnych wyborów jako główny doradca do spraw komunikacji stał się powiernikiem premiera. Jego nastawienie w opozycji do Simicski nie wynikało tylko z chęci wpływu na szefa Fidesz, ale również z faktu, że związana z nim agencja jest konkurentem biznesowym Simicski. W imperium biznesowym Simicski istotną rolę odgrywała agencja reklamowa, która pozwalała wraz z jego mediami na czerpanie ogromnych zysków z reklam i ogłoszeń zlecanych przez państwo.

Media twierdzą, że Habony przekonał premiera, że można zdywersyfikować poparcie kapitałowe dla jego partii, opierając się na węgierskim biznesie. Możliwe, że to on stoi za przyjaźnią Orbána z Sándorem Csányim, szefem największego węgierskiego banku OTP czy László Baldaufem szefem sieci handlowej CBA.

Żeby spacyfikować stawiającego się oligarchę Habony doradził ponoć stworzenie Nemzeti Kommunikációs Ügynökség – NKÜ – Narodowego Urzędu Komunikacji, który zastąpiłby usługi zewnętrznych agencji reklamowych. Osobą nadzorującą ten nowy urząd został oczywiście Janos Lazar, tym samym premier ustawił go w opozycji do jego dawnego przyjaciela Simicski, który jakoby upatrywał w Lazarze następcy Orbána. János Lázár nie ma jednak większych problemów sentymentalnej natury, bo już w 2014 roku udowodnił premierowi swą wierność wycinając na jego polecenie ludzi Simicski z wpływowych stanowisk oraz pozbawiając oligarchę olbrzymich dopłat rolnych, które stanowiły jedno z głównych źródeł jego finansowej potęgi. Jednocześnie, pomimo że Lázár nie pałał sympatią do obecnie największego oligarchy i właściciela banku OTP Sándora Csányiego (uważał że ten osobiście polecił nie przyznać kredytu zarządzanemu przez Lázára Hódmezővásárhely; Lazar w jednym z wywiadów porównał go do ośmiornicy otaczającej swoimi mackami państwo, przy którym Simicska wydaje się małą myszką), to obecnie na polecenie Orbána musiał uregulować sobie stosunki z tym oligarchą.

Wracając do bohatera tego wpisu, Simicska nie zamierzał łatwo przyjmować ciosów i jako jedyny w partii postanowił przeciwstawić się Orbánowi. Stał się tym samym podwójnie niebezpieczny. Mógł być przykładem dla innych posłów z Fideszu, że ich indywidualny głos się liczy. Dlaczego jednak Simicska nie stanął do wyborów w Veszprém? Czy zwyciężyła partyjna lojalność? Raczej nie. Deklaracja Narodowego Urzędu Komunikacji, że będzie zamieszczać reklamy tylko w telewizji i radiu państwowym, a także informacje o tworzeniu kanału informacyjnego w państwowej telewizji co przełamie monopol informacyjny Simicski w Fidesz, to były dodatkowe poważne ciosy dla oligarchy. Możliwe, że nokautujące. Prawdopodobnie samą groźbą nie zmieniono jego zdania i coś musiano mu obiecać. Co to było może tłumaczyć wybuch wściekłości oligarchy, do którego doszło w piątek.

Czy wstanie z desek? Problem w tym, że w otoczeniu coraz silniejszych i młodszych konkurentów, nikt już może nie dać szansy staremu mistrzowi. Ludzie z jego otoczenia zaczęli go opuszczać.

Reklamy

Rikardó

Nie milkną protesty po bulwersującym, rasistowskim komentarzu jaki na fb umieścił poseł Jobbiku Előd Novák. Skomentował on fakt, że pierwsze dziecko jakie urodziło się na Węgrzech w 2015 roku to chłopczyk z rodziny romskiej o imieniu Rikardó. Novák napisał, że to czwarte dziecko 23 letniej matki i że problemem jest rosnąca liczba Romów, podczas gdy Węgrów jest coraz mniej. Dodał, że Węgrzy będą niedługo mniejszością we własnym kraju. W jednym z kolejnych wpisów umieścił zdjęcie własnej rodziny i skomentował je słowami: „Oprócz Rikardó oczywiście Węgrzy czasem też się mnożą, na przykład w naszej rodzinie jest nas więcej niż cztery lata temu”.

Kiedy lewica zaczęła mówić z oburzeniem o „otwarcie ekstremistycznych słowach” oraz o „dyskryminujących przejawach rasizmu i staraniach mających na celu wzbudzenie napięć społecznych pomiędzy Węgrami i Węgrami”, Novák stwierdził, że ojciec dziecka zaangażował się w histerię domagając się przeprosin, a on przecież nie wypowiadał się w sposób szerzący nienawiść. Swą wypowiedź zakończył mówiąc: „Nie będę przepraszał! Najmłodszemu dziecku życzę dobrego zdrowia!” Po kilku dniach w imieniu rządu wypowiedział się János Lázár: „Żadne dziecko nie może być napiętnowane, niezależnie czy urodziło się na Rózsadomb czy w Makó, w pałacu czy lepiance” a „piętnowanie noworodka jest nie tylko tchórzliwą rzeczą, ale także łajdactwem. To zwykłe przestępstwo”, dlatego też zdaniem Lázára „(…) zadaniem państwa jest chronić nasze dzieci przed złymi ludźmi. Każde dziecko „.

Symptomatyczne jest jednak, że minister użył w swej wypowiedzi słowa „putri”. Mając problem z jego przetłumaczeniem zwróciłam się do znajomej Węgierki, która w pierwszym odruchu powiedziała, że to taki „cygański domek” i dopiero po chwili poprawiła się, że w zasadzie to po prostu schronienie biedaków, no ale przecież w węgierskich realiach wiadomo, że to Romowie. Tak więc przestaje dziwić, że w internecie przeważają memy wyszydzające może nie wprost samego chłopca i jego rodzinę, ale reakcję byłego premiera Ferenca Gyurcsánya. Polityk ten pojawił się na demonstracji z wiszącą na szyi kartką: „Én is Rikárdó vagyok” („Ja też jestem Rikardo”). I tak mimo całej swej stanowczości, minister Lazar wypowiedź w sprawie Rikardo zakończył stwierdzeniem, że „Ferenc Gy. (Gyurcsány) i spółka” zrobili ze sprawy cyrk polityczny wywołujący podziały w społeczeństwie w odniesieniu do tej historii.

Jak więc widać polityka romska rządu pełna jest ładnych frazesów, ale w kwestii relacji węgiersko-romskich lepiej udawać, że nic się nie dzieje. Dlatego też do powszechnej świadomości nie może przedrzeć się fakt, że właśnie na Węgrzech społeczność romska osiągnęła bardzo wiele, jeśli chodzi o asymilację, ale i rozwój własnej samorządności i kultury. Z drugiej jednak strony właśnie to może być powodem ich kłopotów – Romowie na Węgrzech to nie jakaś egzotyka jak w Polsce, ale duża i integralna część społeczeństwa, która traktowana jest jednak nie podmiotowo, lecz przedmiotowo. Droga awansu społecznego na Węgrzech to jednak dla nich wciąż konieczność udawania takich ciemniejszych Węgrów i często rezygnacja z własnej tożsamości. Ale może to i tak dużo? W czasach kryzysu społeczeństw wielokulturowych, sama możliwość wtopienia się w społeczeństwo węgierskie to dla wielu i tak kusząca perspektywa. I taką możliwość daje Fidesz, to jego „tajna” broń, jaką pozyskał romskich wyborców, co kiedyś wydawało się przecież niemożliwe.

Podatek reklamowy, Origo i fundusze norweskie

Nowy pomysł rządu – podatek reklamowy, zjednoczył wszystkie media węgierskie, również te przychylne Fideszowi. Nawet Magyar Nemzet czy Hír TV są przeciwne wprowadzeniu tego podatku i wskazują, że dochody będą raczej niewielkie dla budżetu. Dziwi to tym bardziej, że przedwczoraj ogłoszono, że Węgrzy mają największy wzrost PKB w Unii Europejskiej – 3,5% więc wprowadzenie nadzwyczajnych podatków wydaje się niezrozumiałe. W zależności od dochodu podatek miałby wynosić 1-40%. Najwięcej 40% podatku miałaby płacić telewizja RTL Klub, mówi się więc o próbie zamachu na tę stację nie zawsze przychylną rządowi. Podatek miałyby płacić wszystkie media, w tym internetowe, np. Facebook, chociaż nikt nie wie jak miałoby wyglądać ściąganie podatku w tym kontekście. Na znak protestu dziś na 15 minut część węgierskich mediów przerwała nadawanie, zamiast stron portali internetowych widoczny był zaciemniony ekran. Jutro niektóre gazety mają ukazać się z białą lub czarną pustą stroną tytułową.

Zwolnienie szefa portalu origo.hu. Jest szansa, że Węgrzy również dorobią się swoich dziennikarzy niepokornych, tyle że z lewej strony. Zarząd Origo zaprzecza, jakoby za zwolnieniem Gergő Sálinga stał János Lázár, szef gabinetu Orbána (któremu Origo podpadło za nieprzychylne artykuły na temat jego astronomicznych wydatków hotelowych). Redaktorzy są jednak innego zdania. W związku ze zwolnieniem Sálinga przed siedzibą Origo zorganizowano we wtorek protest, w którym wzięło udział kilkaset osób, wielu spośród protestujących było ubranych na czarno, protestujący przeszli na Plac Kossutha przed parlamentem. Protestowano również przeciwko atakom na organizacje cywilne (patrz fundusze norweskie poniżej). Z najnowszych informacji: dzisiaj z Origo odeszło kilku redaktorów działu wiadomości.

Fundusze norweskie (Norvég Alap) – kolejna afera na Węgrzech. Fidesz uważa, że z funduszy norweskich wspierana jest partia LMP. Chcąc zbadać podejrzane powiązania, zarządzone zostało śledztwo które ma wykazać jakie dokładnie organizacje otrzymywały środki z funduszy. Czym są fundusze? Jest to bezzwrotna pomoc dla nowych krajów Unii udzielana przez Norwegię, Islandię i Lichtenstein dla organizacji rządowych i pozarządowych. Na Węgrzech pomoc taka została przydzielona 12 projektom. W 9 z nich nadzór nad rozdzielaniem pieniędzy sprawuje rząd, w pozostałych 3 niezależne organizacje cywilne. W odpowiedzi na zarzuty rządu, ze fundusze posłużyły wspieraniu partii politycznych, opozycja i związane z nią media zarzuciły, że rząd nie przedstawił na to żadnych dowodów i są to zarzuty bez pokrycia. Ta odpowiedź spotkała się z ripostą związanego z rządem dziennika Magyar Nemzet, który przedstawił w swych artykułach analizę przepływu środków pieniężnych z przedmiotowych funduszy. Tu link do jednego z artykułów, warto zwrócić uwagę na załączony schemat z wyszczególnieniem podmiotów, które skorzystały z funduszy. Co ciekawe wśród organizacji zasilanych z niejasnych źródeł znajduje się o ironio Transparency International. Środowiska związane ze skrajnym Jobbikiem, ironizują z kolei, że rosyjskie fundusze, którymi zasilał Jobbik Kovács (patrz post) nie są gorsze od tych z funduszy norweskich i przekazywane były Jobbikowi z większą jawnością.