Nowe usługi na Węgrzech

UPC będący jednym z głównych dostawców Internetu na Węgrzech w ostatnim czasie zaczyna poszerzać swoją ofertę. Głośno o jego debiucie na rynku operatorów komórkowych, gdzie zaczyna świadczyć usługi, jako tzw. operator wirtualny, mimo nie najlepszych doświadczeń w tej materii innych firm.

Znacznie ciekawsza wydaje się oferta nazwana Wi-Free, gdzie abonenci UPC zyskają szeroki dostęp do bardzo rozbudowanej sieci hotspotów WiFi na terenie Węgier. Skąd nagle UPC zyskało tak szeroką sieć hotspotów? Okazuje się, że ktoś dość sprytnie wymyślił, że router u abonenta UPC może być nie tylko przeznaczony do dostarczania mu internetu, ale może stanowić też punkt dostępowy dla osób w jego okolicy. Z uwagi na wielką ilość takich routerów, nagle UPC stało się posiadaczem olbrzymiej sieci WiFi. Ilość tego typu routerów szacowana jest na 200 tys. Pomysł ten jest realizowany przez UPC także w innych krajach, m.in. w Polsce. Swoją drogą, ciekawe czy rzeczywiście z usługi będzie można korzystać też w innych krajach gdzie jest UPC, bo do tej pory niezbyt wiele wynikało z ponadnarodowego charakteru wielkich korporacji, jak telekomy czy banki.

Kontrowersje budzi fakt czy publiczne wykorzystanie routera nie narazi abonenta na ataki hakerów. Firma zapewnia, że prywatny kanał domowy będzie całkowicie odseparowany od kanału publicznej sieci WiFi, ale doświadczenie uczy, że wszystko jest tak długo bezpieczne jak długo ktoś nie wykaże, że jednak tak nie jest, czego świetnym przykładem był WPS. Z pewnością na Węgrzech gdzie do tej pory nie było odpowiednika polskiej usługi socjalnej w stylu Aero, ten pomysł wzbudzi zainteresowanie.

Inną ciekawą usługą, która ma wkrótce (wiosna 2015) pojawić się na Węgrzech jest system Velotrack realizowany przez tutejszego operatora telefonii komórkowej Vodafone i jego partnera w tym projekcie, firmę Hargamon sp. z o.o. Oferta skierowana jest do rowerzystów, których liczba na Węgrzech jest tak znaczna, że w roku 2010 oszacowano, że aż 19% podróży realizowano w tym kraju przy użyciu roweru.

Niestety kradzież rowerów to prawdziwa zmora węgierskich cyklistów, która jest więcej niż łyżką dziegciu w tym rowerowym raju. Powyższe firmy postanowiły wdrożyć system analogiczny do tych, jakie stosowane były do tej pory w celu monitorowania samochodów. Tzw. czarna skrzynka urządzenia GPS ma stać się elementem ramy roweru i jej usunięcie ma być niemożliwe (trudno więc powiedzieć czy będzie ten system można stosować w starych rowerach, choć widziałam kiedyś niemieckie rozwiązanie, które wbudowane było do przymocowanej na stałe lampki rowerowej).

System ma pełnić w założeniu trojaką funkcję. Po pierwsze, zabezpieczenie przed kradzieżą. Funkcja żyroskopu będzie pozwalała na poinformowanie użytkownika, że jego rower zmienił położenie a dzięki GPS trasa roweru będzie dalej śledzona. Dane o kradzieżach będą gromadzone w systemie i użytkownik będzie informowany czy miejsce w którym pozostawia rower jest bezpieczne. Po drugie, informacje o położeniu będą pozwalały na tworzenie społeczności i obserwowanie wraz ze znajomymi czy rodziną w czasie rzeczywistym gdzie znajduje się rowerzysta. Po trzecie, użytkownik będzie mógł analizować dane np. w celach treningowych lub w tym samym celu wykorzystywać je w czasie rzeczywistym, przy użyciu odpowiedniej aplikacji na współpracującym smartfonie.

Cena urządzenia i koszt jego użytkowania przez 1 rok będzie zawarta w cenie nowego roweru. Po roku użytkownik będzie decydował czy chce nadal korzystać z usługi, której miesięczny koszt ma być odpowiednikiem ceny jednego hamburgera. Niestety marketingowcy nie doprecyzowali czy chodzi o taki najtańszy, podstawowy hamburger, czy też hiper-mega Whopper ze wszystkimi dodatkami :)

źródło: hwsw.hu, sg.hu

Jak ugasić pożar w kuchni

Po powrocie ze Szwajcarii wreszcie pojawił się Viktor Orbán i niemal od razu wystąpił w cyklicznej audycji radiowej w Radiu Kossuth (I program radia państwowego na Węgrzech).

Orbán zajął się pożarem w kuchni, który w jego show wywołali pomocnicy. Stwierdził, że stworzone zostało mylne wrażenie, że rząd planuje wprowadzenie podatku od Internetu, a przecież chodziło o „zmiany podatkowe o technicznym charakterze, w kwestii opodatkowania telekomunikacji na Węgrzech”. To mylne wrażenie ma się odnosić do powstałych w wyniku zmian obciążeń, które mogą być przenoszone na konsumentów, a tym samym wytworzenie atmosfery strachu, utrudniającej dialog.

Co jednak najważniejsze, premier stwierdził że fundamentem racjonalnej przestrzeni do dyskusji w tej sprawie, jest to że  propozycja podatku w takiej postaci nie może być dalej dyskutowana. „Skoro brakuje wspólnej podstawy, nie powinno się nakładać podatku. Nie jesteśmy komunistami, nie rządzimy przeciwko ludziom, ale razem z nimi. Jeśli społeczeństwu nie podoba się propozycja i uważa ją za nieuzasadnioną, to nie można jej realizować. Podatek nie może być wprowadzony w tej formie.”

Dalej premier przeszedł do szczegółów, których interpretacja jak myślę będzie dzielić dziś wielu Węgrów. Powiedział, że od stycznia 2015 rozpoczną się konsultacje krajowe w sprawie Internetu.

Wygląda więc na to, że to co opozycja ogłosiła za swój sukces to tylko odroczenie planów. Rząd prawdopodobnie będzie starał się przedstawić swe dalsze działania nie od strony fiskalnej, tak jak się to teraz stało, ale od strony przebudowy systemu informatycznego Węgier. Zapowiedzą takiego działania są jego dalsze słowa, że podpisane zostały z głównymi dostawcami usług internetowych na Węgrzech umowy, na podstawie których najpóźniej do 2020 roku w każdym domu dostępne stanie się łącze szerokopasmowe, a ważną kwestią modernizacji Węgier jest ich digitalizacja. „Przeznaczymy kilkaset mld forintów na rozwój internetu na Węgrzech, tak by dotarł on do wszystkich.” Oto marchewka. Kij chwilowo został schowany do szafy.

Partie polityczne starające się ukryć do tej pory swe zaangażowanie w protesty złapały wiatr w żagle. Együtt-PM od razu przypomina o kilku kolejnych ważnych kwestiach, które trzeba z Orbánem sobie wyjaśnić. Są to między innymi kwestia opodatkowania tzw. kafeterii (rodzaju bonów w których wypłacana jest część pensji i które do tej pory były opodatkowane korzystniej od reszty wynagrodzenia, ale za to można je było wydać tylko na konkretne cele), pożyczki na Paks 2 od Rosji czy też udziału w rosyjskim projekcie gazociągu South Stream. Co ciekawe portal hvg określił działanie tej partii jako: „Orbán dał palec, Együtt-PM chce całą rękę”.

Przeciwnicy podatku postanowili nie rezygnować z planowanej demonstracji i zamienić ją na obchody radości ze „zwycięstwa Węgrów nad głupim rządem”. Jednak pojawiły się też głosy sceptyczne nawołujące do dalszej walki o całkowite porzucenie prób regulacji kwestii internetu.

Jak gotować w kociołku

Jak donoszą komentatorzy z wszelkich stron świata miarka się przebrała, bo oderwany od nowoczesnej rzeczywistości Orbán i jego podstarzali kumple (co dziwne ulica zarzuca raczej otoczeniu Orbána, że to omnipotentni smarkacze, którzy bardzo chcą się wykazać i którym się w głowach przewróciło od nadmiaru władzy), nie docenili gniewu i potrzeb nowoczesnego internetowego społeczeństwa i postanowili narzucić podatkowy haracz na każdy transferowany gigabajt danych.

W ostatnich dniach w Budapeszcie zorganizowane zostały dwie demonstracje. Na niedzielnej pojawiło się ok. 10 tys. osób, na tej wtorkowej było ich już kilkadziesiąt tysięcy. Jeśli Parlament zaakceptuje podatek, to na 17 listopada zapowiadana jest kolejna. Ich organizatorzy to ponoć niezależni aktywiści niemający do tej pory nic wspólnego z polityką albo inaczej: zależy im na tym, by nie kojarzono ich z żadną opcją polityczną. W sieci szybko pojawiły się jednak informacje, że Balázs Gulyás, człowiek który założył na fb grupę 100 tysięcy przeciwko podatkowi od Internetu i który zgłosił zamiar zorganizowania demonstracji na policji, jest związany z MSZP, był wiceprzewodniczącym tej partii w dzielnicy Józsefváros. Taki mały zgrzyt wizerunkowy.

Na szczęście dla organizatorów cały stan przypominający demonstracje typu ACTA czy occupy wall street piknik, zyskał nieco żywiołowej oprawy w postaci niedzielnej uczciwej zadymy z niszczeniem mienia należącego do Fidesz, choć bez jakichś starć z policją, która ograniczyła się do aresztowania wybranych uczestników następnego dnia. Dzięki temu kolejna demonstracja mogła do postulatów dołączyć żądanie uwolnienia politycznych więźniów, na co przystała prokuratura uznając, że mogą odpowiadać z wolnej stopy. No i oczywiście zdjęcia zdemolowanej siedziby Fideszu trafiły w poniedziałek na pierwsze strony gazet. Trudno jednak powiedzieć czy to wystarczy, aby stworzyć grupę prawdziwie zdeterminowanych aktywistów, którym będzie się chciało ryzykować problemy z prawem w imię niższych opłat za internet.

Ja myślę, że tam gdzie spór dotyczy jedynie kwestii zawartości kociołka z gulaszem, którym na wzór Kádára, Orbán karmi społeczeństwo, szanse na przekroczenie masy krytycznej społecznego protestu są niewielkie. Tylko płomień podlany benzyną dużej idei ma na Węgrzech wystarczającą siłę, aby palić się wystarczająco mocno – nawet internetowi aktywiści lubią, kiedy ich działania mają patriotyczny wymiar, są walką o wolność i po każdej demonstracji i puszczaniu światełka telefonem do nieba odśpiewują uroczyście hymn węgierski. Czy można mówić o powszechnej mobilizacji? Przypomina mi to nieco scenę z Człowieka z żelaza, kiedy studenci porwani w 1968 roku ideami mają gdzieś robotników, którzy w 1970 przecież nie walczą o jakieś wielkie idee tylko o kasę. Dopiero dziesięć lat później skonsolidowani stają się naprawdę groźni dla systemu. Dziś część społeczeństwa węgierskiego zdaje się stać obok władzy, nie rozumiejąc protestujących lub wręcz kpiąc, że są marionetkami w rękach byłej postkomunistycznej władzy. Władzy tak skompromitowanej, że wszyscy obecni na protestach przywódcy albo udawali, że nie mają nic wspólnego z polityką albo gdy byli jednak zbyt znani – udawali, że przyszli tylko jako osoby prywatne, chowając się w tłumie prawie tak jakby się czegoś wstydzili.

A czy kiedy Orbán nawoływał do obalenia rządu Gyurcsánya, czy wtedy wstydził się, że jest z Fideszu? Ale on mówił o Węgrzech i innych górnolotnych sprawach, tak bardzo górnolotnych, że aż przekraczał granice banału, gdy patrzył na to ktoś niebędący Węgrem. Tym samym zawłaszczył sobie te hasła i jest pewien, że dzisiaj tylko on ma do nich prawo. Dla wielu więc odśpiewywanie hymnu po tych demonstracjach to profanacja, tak jak pomnik który kiedyś bohaterom 1956 wystawił były premier Gyurcsány i który do dziś znany jest jako szczotka Gyurcsánya – nie stał się on miejscem lubianym przez Wegrów, którzy w rocznicę składają wieńce tam gdzie były barykady a nie gdzie stały wątpliwe historycznie pomniki.

Kiedy rozmawiałam z kilkoma osobami jak oni widzą tę kwestię to oczywiście nikt nie wykazywał przesadnego entuzjazmu, żeby płacić więcej za Internet, ale o dziwo wydaje się, że osoby te przyjęły ze zrozumieniem tłumaczenia rządu, że obciążenia będą dotyczyć dostawców usług a nie samych użytkowników. Jeden mój znajomy powiedział wprost, że będzie tak jak z bankami: usługodawcy pomarudzą a i tak zostaną, bo nie ma cwaniaka nad Orbána, i teraz np. w Polsce banki odbijają sobie to co im słusznie odebrał premier (cytat z sierpniowej Polityki, o tym jak Orbán wojuje z bankierami: „Węgierski premier postanowił wycisnąć z zagranicznych banków, ile tylko się da. Ale uwaga: nikłe zyski osiągane na Węgrzech banki rekompensują sobie w pozostałych krajach środkowoeuropejskich. Także u nas”.) Kiedy próbowałam argumentować, że po akcji z bankami najlepiej ma się przyjaźń miedzy premierem i właścicielem OTP, mój znajomy ze spokojem odparł, że to jest właśnie to o co chodziło Węgrom: zagraniczne banki dostały po nosie kosztem węgierskiego OTP. I że podatkiem internetowym nie ma się co przejmować, bo przecież rząd przewidział górny jego limit. Gdy dalej argumentowałam, że górny limit to dopiero efekt protestów i dowodem na to jest projekt ustawy leżący w parlamencie gdzie nie ma o nim ani słowa, a limit wejdzie dopiero, jako poprawka Fideszu, mój rozmówca z wręcz radziecką szczerością stwierdził, że projekt zawierał oczywistą pomyłkę, którą Fidesz teraz sprostuje, a nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.

Operatorzy internetowi postanowili przeciwdziałać pomysłowi rządu by to oni, tak jak wcześniej banki, mieli ponieść ciężar nowego podatku i już zagrozili, że wrócą do limitów transferu, co było powszechną praktyką na Węgrzech jeszcze stosunkowo niedawno. Trudno powiedzieć czy tym ruchem nie potwierdzą tylko tego o czym mówią niektórzy zwolennicy premiera, tzn. że dobry Orbán słusznie walczy ze złymi zagranicznymi korporacjami tuczącymi się na miłości Węgrów do filmów na YouTube.

Warto również zastanowić się chwilę nad tym, dlaczego ktoś w rządzie zaryzykował ten cały bałagan. Pieniądze, które w ten sposób chciał zdobyć miały być przeznaczone na bardzo konkretny cel – podniesienie pensji dla wojska i policji. Czyżby ktoś myślał o konieczności kupienia jej lojalności?

Węgierski kociołek zaczyna wrzeć, a ci co w nim mieszają muszą bardzo uważać by im to nie wykipiało. Z drugiej jednak strony, jeżeli nie kipi to się nie ugotuje. Wydaje się, że master szefowi towarzyszą kuchciki, które nie mają pojęcia jak jajko ugotować, ale inni twierdzą, że to tylko pozory wyreżyserowanego show. Rozchodzące się nad tym kociołkiem zapachy nie zachwycają. Ale to pewnie głównie zasługa innego podatku, który rząd zamierza podnieść – od mydła. Co ciekawe rewolucjoniści w tym podatku jakoś nie dostrzegli potencjału do walki z rządem i o ile jest szansa, że Węgrzy pozostaną społeczeństwem zinformatyzowanym to istnieje niebezpieczeństwo, że jednocześnie niedomytym.

Podatek internetowy na Węgrzech

Podatek od wdychanego powietrza, jeszcze tylko tego trzeba – zachęcają rząd oburzeni planami wprowadzenia od przyszłego roku podatku internetowego w wysokości 150 Ft za każdy GB ruchu w sieci. To ostatnia kropla, która przeleje puchar – wieszczą dziennikarze. Na niedzielę zapowiadana jest manifestacja (uczestnicy mają spotkać się o 18.00 na József nádor tér), ale świadkami protestów możemy być już 23 października, w święto narodowe. To taka węgierska tradycja. Z trudem przypominam sobie październikowe czy marcowe święta, które byłyby obchodzone spokojnie.

1 GB to np. 3-4 video na YouTube czyli 2 zł podatku. Wszyscy zaczynają przeliczać, z przerażeniem patrząc na wyniki. Jak się jednak za parę godzin dowiadujemy, ma istnieć górna granica określająca podatek na max. kwotę „tylko” 700-1000 Ft miesięcznie dla osób prywatnych oraz ok. 5000 Ft/miesiąc dla firm, którą rząd w dodatku obciąży nie internautów a  providerów. Przy abonamencie wynoszącym np. 4000 Ft podatek oznaczałby wzrost kosztów o 17%. W wieczornym programie telewizyjnym minister gospodarki narodowej Mihaly Varga raczy chyba żartować, że dostawcy z powodu konkurencji nie będą chcieli przerzucać kosztów na odbiorców.

Dla przypomnienia: jeszcze 6 lat temu Fidesz protestował przeciwko podatkowi internetowemu, dowodząc że „opodatkowanie internetu jest jednoznacznie zbędne, nieprzemyślane i złe”. W proteście przeciwko nowemu pomysłowi rządu na fb zawiązała się społeczność százezren az internetadó ellen. Z minuty na minutę, a w zasadzie z sekundy na sekundę rośnie liczba popierających protest.

Jednocześnie internauci prześcigają się w tworzeniu memów. Ten jest chyba najpopularniejszy: Dzień dobry, odczyty routerów. Więcej memów tu.