Miklós Radnóti – poeta węgierski

Miklós Radnóti to postać tragiczna m.in. w wymiarze, który stał się przedmiotem dyskusji prowadzonych ostatnio w całej Europie. Dyskusji o asymilacji. Bez najmniejszych wątpliwości jeden z największych węgierskich poetów, który dał językowi i kulturze węgierskiej jedne z najpiękniejszych fraz. Radnóti uważał się za Węgra i utożsamiał z Węgrami, a pomimo to odsuwano się od niego z powodu żydowskiego pochodzenia. Jego fascynacja europejską kulturą, studia romanistyczne, a w końcu decyzja o chrzcie w wierze katolickiej, postrzegane były jako forma odizolowania się od prześladowanej mniejszości, a nie jako wybory wolnego człowieka, za jakiego się uważał. Nade wszystko współcześni mu oceniali go przez pryzmat jego niearyjskiego wyglądu. W jakimś sensie jego twórczość i życie przypominają mi losy Tuwima, a z innej strony to postać niczym z powieści Kundery. Jego uwikłaniu w tragiczne koła historii, które w końcu go zmiażdżyły, towarzyszyło osobiste życie jakże podobne bohaterom tego czeskiego pisarza. Wplątanie w dziwne trójkąty miłosne, na tle życia w totalitarnym systemie. Walka miłości i pożądania wobec jakże rożnych kobiet, gdzie nie zawsze oczywistym było kto jest podmiotem którego z tych uczuć.

Moja okolica (Újlipótváros) wzbogaciła się ostatnio o nowy pomnik Miklósa Radnótiego, który stanął u zbiegu ulic Radnóti i Pozsonyi. Choć poeta ma już pomnik przed teatrem swojego imienia przy ul. Nagymező w VI dzielnicy, tym razem to XIII dzielnica po raz kolejny oddała hołd swojemu dawnemu mieszkańcowi. W dzielnicy znajduje się popularne centrum kultury im. Radnótiego (tzw. RaM) mieszczące izbę pamięci poety, do której po śmierci jego żony trafiły ich meble oraz przedmioty osobiste (przy okazji polecam znajdujące się tam muzeum rocka, świetną restaurację i nowo otwarty plac zabaw). O poecie przypominają również tablice pamiątkowe na domu przy ul. Kádár 8 (nie mylić z Jánosem Kádárem, kádár to po węgiersku po prostu bednarz), gdzie Radnóti przyszedł na świat, przy ul. Pozsonyi 1, gdzie spędził kilka ostatnich lat życia oraz ta przy ul. Radnóti 45.

Twórczość Radnótiego zaliczana jest do nurtu awangardy i ekspresjonizmu, na wyjątkową uwagę zasługuje jego poezja miłosna, a wiersze, powstałe tuż przed śmiercią zaliczane są do jednych z najbardziej przejmujących dzieł literatury Holokaustu. Jak czytamy w opisie polskiego wydania jego wierszy, które ukazały się w tomie Spienione niebo (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980): „(…) Studiom romanistycznym zawdzięczał doskonałą znajomość języków łacińskiego i francuskiego. Lektura dzieł klasycznych i współczesnych pogłębiła jego wrażliwość, zwracając uwagę pisarza ku nieprzemijającym wartościom humanistycznym. Jako jeden z pierwszych w swoim kraju – już z początkiem lat trzydziestych – zdał sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowi dla ludzkości faszyzm. Bacznie śledził wydarzenia wojny domowej w Hiszpanii, słusznie uważając, że walka toczy się w obronie całej Europy. Podobnie jak lubiany i opiewany przezeń F. García Lorca – sam padł ofiarą faszyzmu, zamordowany przez Niemców w 1944 r. podczas ewakuacji obozu pracy. „Spienione niebo” prezentuje Radnótiego jako twórcę poezji refleksyjnej, głęboko zaangażowanej w obronę wartości humanistycznych, a zarazem wrażliwego liryka, autora bogatych w oryginalne, subtelne obrazy wierszy miłosnych.”

Do ostatnich chwil swoje wiersze zapisywał w odnalezionym po śmierci notesie i na skrawkach papieru. Skierowany do prac przymusowych, zginął w czasie marszu śmierci węgierskich Żydów (z relacji świadków wynika, że został pobity przez jednego z żołnierzy, poirytowanego faktem, że ten bazgrze coś na papierze. Po tym incydencie uznano go za zbyt słabego i dobito strzałem w głowę, a następnie pochowano wraz z innymi Żydami w zbiorowej mogile). Nad jego spuścizną przez lata pieczę sprawowała żona, Fanni Gyarmati. Ta nad wyraz skromna kobieta, znana w okolicy jako Fifi néni (cioteczka Fifi), unikała dziennikarzy i rzadko pojawiała się publicznie. Zawsze powtarzała, że osobą za którą się ją uważa, stała się wyłącznie dzięki Radnótiemu i nie ma w tym jej osobistych zasług, choć to właśnie ona była natchnieniem i powodem powstania jednych z najpiękniejszych wierszy miłosnych w poezji węgierskiej i to dzięki niej pamięć o Radnótim i jego twórczości przetrwała.

Poznali się gdy miała 14 lat, pobrali kilka lat później, małżeństwem byli przez niespełna 10 lat. Po śmierci Radnótiego całkowicie wycofała się z życia publicznego, nie udzielała wywiadów, nie pojawiała się w telewizji ani na uroczystościach upamiętniających jej męża. Została wykładowcą poezji w szkole filmowej i teatralnej, uczyła francuskiego i rosyjskiego, przez lata skrupulatnie gromadząc materiały związane z poezją Radnótiego. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Do końca mieszkała w tym samym mieszkaniu, w którym żyła z mężem (na drzwiach do dziś figuruje nazwisko poety), nie zgodziła się by urządzono w nim muzeum. W 1962 roku udzieliła jedynego wywiadu, w którym padły m.in. słowa „Faszyzm pochłonął nasze życie”. Fanni zmarła w 2014 roku w wieku 101 lat.

Kilka miesięcy temu ukazały się jej pamiętniki (Napló 1935-1946 I-II.), które opisują nie tylko codzienność małżonków i w końcu ich osobistą tragedię, ale stanowią też wyjątkowe źródło wiedzy o życiu społecznym, literackim i artystycznym tamtego okresu, toczącym się w cieniu tragicznych wydarzeń historii. Czasów, w których młodzi małżonkowie musieli zamieszkać w piwnicy własnego domu. Domu wymarzonego, zbudowanego na miarę tej niezwykłej epoki w stylu Bauhausu, gdzie młoda wdowa po kilku chwilach względnego małżeńskiego szczęścia spędziła resztę życia odbierając codziennie pocztę ze skrzynki oznaczonej Radnóti Miklósné (Mikloszowa Radnóti) – na Węgrzech kobiety, co jest obecnie już coraz rzadsze, miały w zwyczaju przybierać nie tylko nazwisko ale i imię po mężu. W kontekście tego związku, jakże dobitnie podkreśla to jej wierność i oddanie.

Na zdjęciach poniżej: klatka schodowa domu, w którym mieszkał Radnóti z żoną, wejście do piwnicy, do której byli zmuszeni przenieść się w czasie wojny i skrzynka pocztowa z nazwiskiem Radnóti Miklósné.

Reklamy

Porajmos – zagłada Romów

W Budapeszcie odbył się w sobotę marsz upamiętniający 70 rocznicę romskiego holokaustu (porajmos). Uczestnicy zebrali się na placu Horváth Mihály tér w VIII dzielnicy po czym przeszli nad Dunaj (Nehru part – tu znajduje się pomnik poświęcony ofiarom porajmos), gdzie odbyły się występy muzyczne, przemowy, podpisywano list skierowany do rządu i ministerstwa oświaty, w którym uczestnicy domagają się umieszczenia kwestii romskiego holokaustu w podstawowym programie nauczania historii.

Tragedia romskiego holokaustu obrazowana jest olbrzymią różnicą szacowanej liczby ofiar, jaka pojawia się w opracowaniach historycznych. Liczba ta oscyluje od 200 tys. do 2 mln. Tak wielka rozbieżność wynikała z faktu, że Romowie żyli na marginesie społeczeństwa i tak też umierali. W przeciwieństwie do perfekcyjnie zorganizowanego żydowskiego Endlösung, zbiurokratyzowane reżimy nie prowadziły dokładnej ewidencji Cyganów i raczej nikt nie oczekiwał, że zapłacą za bilety kolejowe do swoich miejsc kaźni. Wielu z nich zginęło w doraźnych egzekucjach przeprowadzanych przez Einzatzgruppen czy inne formacje kolaborujące z Niemcami. Również po wojnie ich sytuacja nie poprawiła się na tyle, żeby mogli się zająć historyczną oceną swojej tragedii. Należy pamiętać, że w niektórych krajach jeszcze wiele lat po wojnie zdarzały się przypadki sterylizacji i innych form prześladowań Cyganów.

Problem udziału Węgrów w prześladowaniu Romów nie dotyczy tylko ich współudziału w zorganizowanym przez nazistów mordzie, ale ma znacznie wcześniejszą genezę bo już w 1934 roku jeden z ministrów rządu węgierskiego zgłosił postulat zamknięcia Romów w obozach koncentracyjnych i sterylizacji mężczyzn, a działania organów policyjnych w krajach przedwojennej Europy Środkowej wobec Cyganów były traktowane jako działania porządkowe i nie były jakoś specjalnie rozliczane. Cyganie z uwagi na brak wykształconej i odpowiednio wpływowej reprezentacji nie byli w stanie udokumentować swojej tragedii, nie mówiąc już o pociągnięciu kogokolwiek do odpowiedzialności. Historycy szacują, że Węgry wysłały do obozów zagłady 30-70 tys. Romów, ale brak jest szacunków dotyczących innych form represji.

W tegorocznych obchodach akcentowana jest konieczność wprowadzenia do programu edukacji młodzieży na Węgrzech rzetelnych informacji o porajmos. W chwili obecnej zarówno młodzież węgierska jak i każdy interesujący się tą tematyką w popularnym serwisie Wikipedii jest w stanie natknąć się na dość pobieżny wpis o porajmos, ale gdy będzie próbował poszerzyć swą wiedzę o rolę żandarmerii węgierskiej w czasie II wojny światowej natknie się na kuriozalny wręcz artykuł pokazujący jak można preparować historię (prawdopodobnie dla utrudnienia merytorycznej edycji ten traktujący o historii formacji wpis został przedstawiony jako artykuł o stowarzyszeniu kombatantów). Pozostaje mieć nadzieję, że wikipedyści to szybko poprawią.

Winni czy ofiary?

Rząd jednak dopiął swego i na Placu Wolności (Szabadság tér) stanął pomnik upamiętniający ofiary okupacji niemieckiej z 1944 roku. Pod osłoną nocy z soboty na niedzielę i w asyście policji na cokole umieszczono symbolizującą Węgry postać archanioła Gabriela trzymającego w ręku jabłko królewskie i unoszącego się nad nim niemieckiego orła. Budowie pomnika od miesięcy towarzyszyły nieustające protesty (wspominałam o tym już tutaj).  Oficjalnego odsłonięcia nie było i nie będzie. Na zakończenie prac przy montowaniu pomnika grupa protestujących obrzuciła go jajami, w kolejnym proteście ustawiono przed pomnikiem wielkie lustro mające skłaniać naród do autorefleksji. Protestujące organizacje lewicowe i żydowskie uważają, że pomnik przekłamuje historię i zaprzecza współudziałowi Węgrów w antyżydowskim terrorze. Z organizacjami żydowskimi Orbán prowadził jeszcze przed wyborami negocjacje w sprawie ostatecznej formy pomnika, opozycja proponowała nawet referendum, ale sąd ten projekt odrzucił, a po wyborach rozmowy zostały przerwane.

Stawianie tego pomnika ma zdaniem premiera Orbána być wyrazem bólu i cierpienia wszystkich obywateli Węgier, (czyli również Żydów), które stało się skutkiem utraty niepodległości przez Węgry. Niestety takie twierdzenie jest już fałszywe u podstaw, bo zakłada, że przed utratą niepodległości obywatele węgierscy pochodzenia żydowskiego, żyli sobie całkiem miło i dopiero po inwazji niemieckiej sprawy przybrały zły obrót i to bez udziału Węgrów.

Horthy sprzeciwił się co prawda „wysiedleniu na wschód” obywateli węgierskich w 1943 roku (nie miał takich obiekcji przy wysiedlaniu w 1941 roku Żydów niebędących obywatelami Węgier, no ale tych pomnik zgodnie z definicją premiera nie dotyczy). Pamiętać należy jednak, że ustawy rasowe działały na Węgrzech często silniej niż ich niemieckie odpowiedniki, co wynikało niejako ze społecznego zapotrzebowania. Również wcielanie Żydów do tzw. oddziałów roboczych zamiast do normalnej armii, których zadaniem było np. ręczne odminowywanie pól minowych na przedpolu wroga, miało charakter eksterminacji. Źródła podają, że do tego typu oddziałów wcielono wiele tysięcy węgierskich poborowych pochodzenia żydowskiego. Jak wspomina w swej książce „Los utracony” węgierski noblista Imre Kertész, ci którzy przeżyli również w końcu trafiali do obozów koncentracyjnych.

Adolf Eichmann wspominał również o entuzjastycznym wręcz udziale żandarmerii węgierskiej (będącej częścią armii węgierskiej) w wywózce Żydów z prowincji Węgier i twierdził, że bez ich udziału nie byłoby to możliwe. Jak więc widać smutek po stracie ojczyzny w tym im nie przeszkodził. Brak jest również informacji o tym, że jakieś oddziały węgierskie stawiły Niemcom czynny opór, poza momentem, gdy Horthy został pozbawiony władzy. Całości dopełnia utworzenie kolaboracyjnego rządu strzałokrzyżowców, zbrodnie dokonane przez członków tej formacji oraz ich udział wraz z resztkami armii węgierskiej w beznadziejnej walce u boku jednostek nazistowskich.

Jak więc widać, rząd węgierski idąc w ślady wielkich tego świata postanowił nieco upiększyć historię, choć nie wiem czy się nie przeliczą, bo potencjał ekonomiczny nie ten, co w Niemczech czy Japonii. Z drugiej jednak strony niejako ich starania legitymizuje pomnik, który na drugim krańcu tego placu oddaje cześć radzieckim wyzwolicielom Budapesztu. Skoro wyzwalali to widocznie było od czego. Zawsze myślałam, że w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy i uwolni ten plac od zakłamanego pomnika rosyjskiej mocarstwowości. Teraz będzie jeszcze dziwniej.

Poniżej pomnik w fazie budowy i materiały pozostawione przez protestujących, zdjęcia zrobiłam w maju.

Spacer historyczny śladami dyplomatów

Dzięki uprzejmości Instytutu Polskiego w Budapeszcie wzięłam udział w spacerze historycznym śladami dyplomatów ratujących Żydów w czasie II wojny światowej. Jest to wspólny projekt placówek 7 krajów akredytowanych na Węgrzech (Hiszpania, Włochy, Watykan, Portugalia, Szwecja, Szwajcaria, Polska). W ramach współpracy przy projekcie Domy z gwiazdą, do którego ze względu na trwający rok pamięci Holokaustu włączył się również IP, na wydarzenie zaproszeni zostali dyplomaci z tych krajów.

70 lat temu w czerwcu 1944 roku w ciągu pięciu dni od ukazania się rozporządzenia do 2000 domów oznaczonych żółtą gwiazdą musiało przenieść się blisko 200 tys. Żydów. W czasie spaceru odwiedziliśmy kilka takich domów, z których większość przetrwała do dziś – najwięcej w VI, VII i VIII dzielnicy oraz Újlipótváros (to część XIII dzielnicy Budapesztu zamieszkiwana przez klasę średnią-wyższą i inteligencję pochodzenia żydowskiego) oraz mieliśmy możliwość zobaczyć kilka budynków, które były objęte ochroną państw neutralnych mających swoje przedstawicielstwa dyplomatyczne w ówczesnym Budapeszcie. Prowadzący spacer przewodnik przedstawił sylwetki dyplomatów, którzy wybitnie zaznaczyli się w akcji ratowania Żydów. Byli to: szwedzki handlowiec i dyplomata Raul Wallenberg, vice-konsul szwajcarski Carl Lutz i jego rodak Friedrich Born, nuncjusz apostolski w Budapeszcie abp Angelo Rotta, Hiszpan Ángel Sanz Briz, Włoch Giorgio Perlasca, zatrzymaliśmy się też przy tablicy upamiętniającej Henryka Sławika. Wg. danych Centrum Pamięci Holokaustu w czasie wojny zginęło ok. 500 tys. z liczącej ponad 700 tys. społeczności węgierskich Żydów. W pierwszej kolejności do obozów zagłady wywieziono Żydów z prowincji, tym z Budapesztu w wielu przypadkach udało się przetrwać, m.in. dzięki działalności dyplomatów, którzy chronili ich przed marszami śmierci i deportacjami.

Spacer wyruszył spod Parlamentu, gdzie pierwszym przystankiem było nabrzeże Dunaju i bardzo wymowny pomnik przedstawiający buty ludzi zamordowanych i wrzuconych do Dunaju w czasie terroru strzałokrzyżowców. Jedną z ofiar był Gedeon Richter, twórca węgierskiego przemysłu farmaceutycznego i działającej do dziś firmy. Rodzinę Richtera wraz z ponad tysiącem innych Żydów ochraniał Raul Wallenberg. Richtera upamiętnia tablica znajdująca się na domu przy ul. Katona (XIII dzielnica), z którego został wywleczony i wraz z towarzyszami stracony nad brzegiem rzeki w grudniu 1944 roku.

Najciekawszym punktem spaceru był tzw. szklany dom – węg. üvegház (przykład Bauhausu z użyciem dużej ilości szklanych elementów, zaprojektowany przez architekta Lajosa Kozmę dla rodziny Weissów produkującą szkło dla przemysłu budowlanego), znajdujący się przy ul. Vadász utca 29 w V dzielnicy, będący dziś izbą pamięci Carla Lutza. Wg. nowego prawa dyskryminującego Żydów, budynek został zamknięty i odebrany żydowskim właścicielom (tablicę pamiątkową ku pamięci dotychczasowego właściciela Arthura Weissa można obejrzeć na wystawie wewnątrz budynku – była ona kilkakrotnie niszczona aż trzeba ją było zastąpić wykonaną z brązu). Niszczejący obiekt po pewnym czasie przejęła ambasada Szwajcarii tworząc tu Wydział Imigracyjny. Fakt, że budynek stał się miejscem chronionym immunitetem wykorzystał Carl Lutz, szwajcarski dyplomata, który stworzył tu chroniony dom dla ludności żydowskiej, a któremu przypisuje się uratowanie 62 tys. Żydów poprzez pertraktacje z węgierskim rządem, przyznawanie dokumentów oraz poprzez współpracę z placówkami innych państw. W budynku jednorazowo przebywało od 2 do 3 tys. Żydów. Jak nam opowiedział opiekun Izby Pamięci – stłoczeni na małej powierzchni, gdzie warunki sanitarne i bytowe były bardzo trudne, potrafili być świetnie zorganizowani. Współpracujący z Lutzem młodzi syjoniści węgierscy podzieleni na kilka grup mieli pod swoją opieką określoną liczbę ludzi. Każdemu zapewniono miejsce do spania bądź siedzenia(!). Na wystawie widzimy rysunki, które dają wyobrażenie w jakim stłoczeniu toczyło się życie szklanego domu, na środku sali makieta budynku. Wśród przebywających tu osób wiele zajmowało się wcześniej handlem, a więc miało liczne kontakty z chrześcijańskimi kupcami. Dzięki temu łatwiej było zdobyć jedzenie czy inne niezbędne artykuły w zamian za obietnicę wynagrodzenia po wojnie. Młodzi syjoniści dzięki oficjalnej przykrywce zapewnionej przez Lutza mogli poruszać się swobodniej jako kurierzy, dostarczając prawdziwe i fałszywe dokumenty. Po 15 października 1944 roku i przejęciu władzy przez strzałokrzyżowców (węg. nyilasok), szklany dom stał się jednym z niewielu miejsc na mapie Budapesztu dających względnie bezpieczne schronienie przed szalejącym na zewnątrz terrorem. Dzięki własnej pomysłowości i poczuciu bezpieczeństwa ludzie przebywali tu tygodniami, a czasem miesiącami do stycznia 1945 roku. Tablica upamiętniająca Lutza znajduje się również na placu Szabadság, przed ambasadą USA.

Raoul Wallenberg – sekretarz ambasady szwedzkiej w Budapeszcie. Szwedzki paszport otrzymało dzięki niemu ok. 10 tys. Żydów, wielu zatrudnił w ambasadzie, umieszczał w domach chronionych immunitetem. Dzięki działaniom ambasady szwedzkiej we współpracy z Nuncjaturą i Czerwonym Krzyżem udało się uratować ok. 100 tys. Żydów. Tablica upamiętniająca tego szwedzkiego dyplomatę znajduje się na rogu ulic Raul Wallenberg i Pozsonyi, a poświęcony mu pomnik przedstawiający człowieka walczącego z wężem w Szent István Park (XIII dzielnica). Przy pomniku towarzyszyła nam przybrana córka Carla Lutza. Był to ostatni punkt spaceru. Na zakończenie informacje dotyczące niejasnych okoliczności śmierci Wallenberga uzupełniła przedstawicielka ambasady szwedzkiej. Do dziś nie wiadomo jak naprawdę zginął Wallenberg, czy w Moskwie, czy na Syberii czy też wcześniej – już w Debreczynie (o tej opcji wspomniała pani z ambasady). Dyplomata został pojmany i aresztowany przez żołnierzy radzieckich, którzy znaleźli przy nim duże ilości złota i kosztowności. Miał je wywieźć z niebezpiecznej już wtedy ambasady i powierzony mu majątek ulokować w bezpieczniejszym miejscu. Pomnik upamiętniający Wallenberga zniknął na krótko przed oficjalnym  odsłonięciem w 1947 roku. Został przez ówczesne władze zdemontowany, gdyż nie chciano nagłaśniać przypadków pomocy udzielanej przez kraje zachodnie jak i faktu zaginięcia szwedzkiego dyplomaty. Pomnik odnalazł się  w Debreczynie, gdzie stanął przed budynkiem fabryki leków Biogal jako symbol walki z chorobami. W Budapeszcie przed Kliniką Radiologii pojawiła się nawet jego mniejsza kopia i dopiero w 1989 roku dodano tabliczkę informującą, że pierwowzorem był pomnik ku czci Wallenberga. Co stało się z oryginałem? Po zmianie systemu, w latach 90 władze stolicy chciały sprowadzić go z Debreczyna lecz w międzyczasie właścicielem Biogal została firma z Izraela, której zależało na pozostawieniu tam pomnika. Podjęto więc decyzję o wykonaniu wiernej kopii, która stanęła w parku Szent  István w 1999 roku.

Friedrich Born – był szefem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Budapeszcie. Na Węgrzech przebywał już wcześniej jako przedstawiciel wydziału handlowego ambasady Szwajcarii, a zatem bardzo wcześnie dowiedział się o deportacjach Żydów. Wyznaczając kilka chronionych domów, zapewniając dokumenty, uratował przed wywózką do obozów zagłady ok. 15.000 osób.

Angelo Rotta – nuncjusz apostolski, wydał paszporty kilku tysiącom Żydów tym samym ratując im życie. Instytut Yad Vashem jemu jak i innym dyplomatom przyznał za to tytuł „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Postać abp Rotty nie jest może tak znana opinii publicznej jak osoba Wallenberga, ale warto o niej mówić szczególnie w kontekście zarzucanej często papieżowi Piusowi XII bezczynności wobec zbrodni dokonywanych w czasie wojny na ludności żydowskiej.

Ángel Sanz Briz – hiszpański dyplomata, który działając niezależnie od rządu Franco uratował z własnej inicjatywy 5 tys. Żydów przyznając im hiszpańskie paszporty, m.in. dla powołujących się na sefardyjskie pochodzenie.

Giorgio Perlasca – włoski faszysta, walczący w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Rozczarowany faszyzmem, przeciwnik nazizmu, działając w imieniu ambasady hiszpańskiej stał się aktywnym obrońcą Żydów w czasie swojego pobytu w Budapeszcie, zapewniając im schronienie w domach o statusie eksterytorialnym oraz chroniące ich dokumenty. Uratował ok. 5000 Żydów.

Henryk Sławik – Polski Wallenberg. Po klęsce wrześniowej znalazł się na Węgrzech, gdzie jako delegat rządu londyńskiego stanął na czele Komitetu ds. Opieki nad Uchodźcami Polskimi. We współpracy z Józsefem Antallem (ojcem późniejszego premiera Antalla) wystawiał dokumenty pozwalające polskim Żydom uniknąć śmierci. Uratował kilka tysięcy Żydów w tym wiele żydowskich dzieci organizując w Vac sierociniec pod nazwą Dom Sierot Polskich Oficerów. Pomimo możliwości wyjazdu z rodziną pozostał na Węgrzech, schwytano go i wywieziono do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, gdzie zginął. Tablica upamiętniająca Sławika znajduje się na ul. Garibaldiego w V dzielnicy Budapesztu.

Carlos de Liz-Texeira Branquinho – otrzymał zgodę od rządu portugalskiego, na wydanie dokumentów wyjazdowych każdemu kto miał krewnych w Portugalii, Brazylii lub byłych koloniach portugalskich. Utworzył w siedzibie ambasady filię Czerwonego Krzyża. Portugalczycy również chronili kilka domów, w których przebywało prawie 1 tys. Żydów.

Przechodząc w sobotę ulicami Újlipótváros mijaliśmy większe bądź mniejsze grupy osób odwiedzających domy z gwiazdą. Tego dnia na podwórkach wielu z nich odbywały się koncerty, wystawy, wykłady i przedstawienia, niektóre w ramach trwającej Nocy Muzeów. W Ujlipótvaros, przy ul. Katona stoi dom z wyraźnie odciśniętą na elewacji gwiazdą – pozostałość po tablicy, która wisiała tam przez dłuższy czas.

Spacer był prowadzony przez Laszló Csósz’a – węgierskiego historyka z Centrum Pamięci Holokaustu. Laszló polecił mi książkę, której jest współautorem: The Holocaust in Hungary. Evolution of a Genocide (Washington, D.C.: AltaMira Press–USHMM, 2013).

Kolejne spacery Śladami dyplomatów ratujących ludzi odbędą się 28 czerwca i 5 lipca 2014. Jeśli jesteście zainteresowani tutaj można się zarejestrować.

Poniżej fotorelacja ze spaceru.