Pozwólcie nam świętować

Dopiero dziś znalazłam chwilę, żeby coś napisać, dorzucam więc komentarz do wczorajszej galerii.

„Pozwólcie nam świętować”, tak wczoraj w ramach przepychanek między zwolennikami Orbána przemawiającego przed schodami Muzeum Narodowego, a protestującymi wzywającymi swych rodaków do zastanowienia się, próbowała uspokajać zwolenniczka premiera. Rząd już wcześniej uprzedzając ewentualne protesty przeciwników, próbował przekonywać, że 15 marca to święto a nie okazja do protestów, zapominając zupełnie, że przed przejęciem władzy z rąk Gyurcsánya w 2010r. Orbán zwoływał olbrzymie wiece w czasie każdego ze świąt i raczej nie potępiał tych, którzy ścierali się z oddziałami policji.

Od wczoraj jednak świętowanie stało się łatwiejsze, jakby ktoś nagle wymyślił jego nową, ulepszoną formułę, dzięki której każdy dzień świąteczny będzie teraz jeszcze bardziej świąteczny. Pisałam już wcześniej o reformie handlu, przygotowanej przez polityków, która właśnie z dniem wczorajszym weszła w życie. A o tym, że jest lepiej, od rana z pewnymi trudnościami donosiła nowa państwowa telewizja informacyjna. Kanałów w telewizji co prawda nie przybyło, bo nowy program to dawna publiczna jedynka przemianowana na kanał informacyjny. Wcześniej coś w tym stylu wymyśliła polska telewizja tworząc TVP Info.

Nie wszyscy jednak oddawali się świątecznemu nieróbstwu. Już po wyjściu ze stacji metra zostaliśmy otoczeni przez przekupniów oferujących tradycyjne węgierskie kokardki a także poważniejsze materiały patriotyczne jak np. flagi. Nie żebym nigdy ich 15 marca nie spotkała, ale w tym roku było ich zwyczajnie więcej niż zawsze. Nie jest to chyba jednak znak, że oto społeczeństwo węgierskie zmierza jak zapewnia premier do etapu pełnego zatrudnienia. Od zawsze sprzedawanie kokardek było ugrzecznioną formą prośby o wsparcie, formą wspierania współrodaków, którym jest gorzej, ale którzy nie stracili uczuć patriotycznych.

Jedna nieoczekiwana przesiadka i w końcu udało się nam dostać na Wzgórze Zamkowe, które było centrum świątecznych atrakcji. Rzadko się zdarza żeby wstrzymano ruch autobusów kursujących po wzgórzu i wygnano stąd wszystkie samochody, nawet te parkujące pod Hiltonem, który wyglądał tak jakby zakończył swoją działalność w Budapeszcie. Główną ulicę zajęły stoiska odpustowe, jakich wiele na różnych imprezach ludowo-patriotycznych, idąc dalej natknęliśmy się na kapelę przygrywającą typowym węgierskim tancerzom: on klepie się po cholewach, ona kręci się jak dziecięcy bąk – zestaw jaki niemal codziennie można zobaczyć np. w Szentendre. Do kompletu dorzucono olbrzymią liczbę turystów (trzeba przyznać, że wyraźnie było słychać język rosyjski w tej ciżbie, a Polacy stanowili nikłą ich ilość, zwłaszcza w porównaniu do lat ubiegłych, choć skłamałabym mówiąc, że ich wcale nie było).

Nie udało się przepędzić chłopaków przez całe wzgórze, opadli z sił wcześniej niż zazwyczaj więc nici z zaprezentowania huzarów w całej krasie – szczególnie Młodszemu chciałam pokazać konie, licząc na to, że w końcu wydusi z siebie słowo koń, kiedy zobaczy tych wspaniałych węgierskich jeźdźców. Jedynym jeźdźcem na wzgórzu jakiego zobaczył był ten z pomnika Hadika, a dzielnych huzarów owszem widzieliśmy, ale tylko w wersji pieszej, co nie przychodziło im łatwo bo ich stroje stworzone zostały do jazdy. Na dłużej zatrzymaliśmy się w Muzeum Wojska, na którego dziedzińcu przygotowano dla dzieci liczne atrakcje w rodzaju zabaw z czasów rewolucji węgierskiej – dowód na to, że kawałek sznurka i drewna to najlepsze zabawki, jeśli tylko się chce. W wielkiej sali balowej, odbywał się táncház, podczas którego chłopcy i dziewczęta porywali dzieci do szalonego, węgierskiego tańca trwającego bez przerwy w okręgu, w rytm cymbałów ściganych przez skrzypce. Z boku przyglądali się rodzice i huzarzy, którzy tu gospodarzyli. Niestety jedyny koń, jakiego mieli okazał się być… drewniany, choć bardzo realistyczny. Na Młodszym wrażenia jednak nie zrobił i ten ze złośliwym uśmieszkiem najechał na niego swoim motorkiem.

Niczym dziewczynka, stojąca za przemawiającym Orbánem, zatykająca sobie w tym czasie uszy, postanowiliśmy pozostać tego dnia głusi na krzyki, protesty, przechwałki i wszelką propagandę. I choć zmęczeni, to wróciliśmy do domu z poczuciem, że jednak powszechnie się świętuje. Bo świętują ludzie, którzy sami dla siebie ubrali się nie tylko w stroje z epoki, którzy oferowali kokardy we wszystkich rozmiarach i wariantach. To też ci którzy takie kokardy już dzień wcześniej przygotowali z dziećmi albo wymyślili urocze kolczyki w narodowych kolorach, którzy razem z dziećmi kleili huzarskie czapki z tektury, ale którzy przede wszystkim uśmiechali się tak, że było wiadomo, że ten dzień sprawia im radość, którą w dodatku chcą podzielić się z innymi.

P.S. Jeśli ktoś liczył na to, że napiszę o wczorajszych manifestacjach, to się rozczaruje. Stwierdziłam że będę ponad to – i jako że dzień spędziliśmy na górującym nad miastem Wzgórzu Zamkowym, należy rozumieć to dosłownie :)

Reklamy