Bomba rozbrojona, a cały czas coś tyka

Po wybuchu szwajcarskiej bomby polskie media od lewa do prawa chwaliły przenikliwość Orbana i jego rządu, który wymógł na bankach konieczność rozliczania kredytów mieszkaniowych udzielonych we frankach po stałym kursie z 2014, w obecnej sytuacji będącym niedościgłym marzeniem np. polskich kredytobiorców.

I tu nastąpiła rzecz niesłychanie dziwna. Niewątpliwy sukces Orbana jakby niezauważony na Węgrzech. Oczywiście w mediach opozycyjnych to wcale nie dziwi, ale Magyar Nemzet czy Magyar Hirlap nie wykorzystujące okazji do pochwalenia mężów opatrznościowych, jakimi naród obdarzył Fidesz?

Zamiast ukazywać jak wiele premier zrobił dla „frankowiczów”, ten peroruje o konieczności zmiany polityki imigracyjnej Unii Europejskiej i konieczności ochrony przed imigracją ekonomiczną. Węgrzy nigdy jakoś nie byli entuzjastami wielokulturowości, ale wydaje się, że niepokoje premiera nijak się mają do problemów ich dnia codziennego. Skąd więc ta niechęć do podniesienia flagi sukcesu która sama pcha się w ręce? Dlaczego główna gazeta prorządowa w końcu w swym lakonicznym komentarzu redakcyjnym ogranicza się do cytowania pochlebnych opinii z zagranicznych gazet?

Po pierwsze – Kto teraz wyrówna te koszty bankom? Jeszcze niedawno takie pytanie napotkałoby na prostą i dość cyniczną odpowiedź rządzących, że niech sobie same wyrównają, bo bank przecież nie zbiednieje. Teraz jednak coś się zmieniło. Zakup od GE Capital – Budapest Banku, a potem od  BayernLB – banku MKB, to początek planu Orbana, który stwierdził, że chciałby aby 60% banków na Węgrzech znalazło się w węgierskich rękach. Tak się składa, że teraz te węgierskie ręce to jego własne, jako właściciela Budapest Banku i MKB oraz jego kolegi ze stadionu, właściciela OTP Sandora Csanyiego. No i jak tu, tak miłym ludziom zrobić przykrość? Warto dodać również, że przejęcie MKB, generującego olbrzymie straty i tak już będzie kosztowało rząd niemałe pieniądze. Extra dotacja dla „frankowiczów” wynikająca z różnicy między sztywnym węgierskim kursem a tym po uwolnieniu, to dla nowych właścicieli niezbyt miła informacja.

Po drugie: Plan sztywnego kursu dotyczył tylko kredytów mieszkaniowych, podczas gdy ci którzy mają kredyty konsumpcyjne we frankach nadal muszą spłacać wg. aktualnego kursu. Oczywiście utrata samochodu to nie to samo co utrata domu, ale ci których to dotknie z pewnością będą mieli żal, nie do siebie czy banków które taki kredyt im wcisnęły, ale do rządu, który innym przecież pomógł.

Po trzecie: utrata wartości forinta do euro i dolara. W zeszłym tygodniu forint zaliczył najgorszy z kursów w stosunku do dolara w swej historii. To już nie tylko wynik problemów z frankiem, ale efekt powiązania Węgier z upadającym rynkiem rosyjskim. Na tej samej zasadzie swą wartość traci polska waluta, ale procentowy udział Węgier w pakietach z papierami rosyjskimi jest wyższy niż Polski. Polityczne decyzje rządu też raczej pogłębiały do tej pory tendencje kojarzenia Węgier z rynkiem rosyjskim. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że spadek wartości forinta to świetna informacja dla węgierskich eksporterów i zachodnich inwestorów. Jednak jakoś nie widać przed biurem Mihalya Vargi kolejki chętnych do zainwestowania na Węgrzech. Ten chwalił się ostatnio sukcesem w pozyskaniu 500 miejsc pracy w branży IT i to od Amerykanów, którzy ostatnio są trudnym partnerem dla węgierskiego rządu, ale to gorzki sukces. W tym samym czasie brytyjska sieć Tesco ogłosiła zamknięcie 13 sklepów i likwidację 560 miejsc pracy. Winą obarczyła rząd, który wprowadził niekorzystne dla wielkich sieci przepisy. Minister Varga uznał takie postawienie sprawy za dalece nieuczciwe, bo Tesco tnie koszty na całym świecie po ujawnieniu nieprawidłowości w centrali w UK. Trzeba jednak przyznać ze skala cięć w innych krajach jest mniejsza niż na Węgrzech – rząd węgierski dał koncernowi dobry powód.

Po czwarte: wydaje się, że dzisiejszy wyborca Fideszu to już nie ten młody człowiek (nazwa partii to w końcu Związek Młodych Demokratów, z czego obecnie został głównie Związek), wykształcony, poszukujący swego miejsca w życiu, na co nie bał się zaciągnąć kredytu we frankach. Obecnie to tak jak wyborca polskiego PIS – człowiek, który od kredytów stara się trzymać z dala albo z dala od nich trzyma go bank. Naturalnie epatowanie hojnością dla tych, którzy podjęli złe decyzje finansowe spotyka się w oczach takiego wyborcy z takim samym zrozumieniem jak pomoc socjalna dla mniejszości narodowych. Ten wyborca to też nie przedsiębiorca, który może zyskać na obniżeniu wartości forinta do euro – on traci i tak już niewielką siłę nabywczą swej pensji czy emerytury. Życia nie ułatwia mu też walka z wielkimi sieciami handlowymi: niby oficjalnie taki wyborca popiera wszystko co węgierskie, ale potem po mleko, piwo i bułki idzie do Tesco, Spara czy innego Lidla. Robienie tych samych zakupów w węgierskich sieciach CBA czy Coop jest dużo droższe.

Do tego właśnie wyborcy zwrócił się Antal Rogan i trzeba przyznać, że doszedł do całkiem ciekawych wniosków. Będąc liderem fideszowskiej frakcji parlamentarnej zaczął zastanawiać się w ramach Komisji Ekonomicznej Zgromadzenia Narodowego, dlaczego w związku z obniżeniem cen paliw nie doszło do obniżenia cen „(…) chleba albo rogalików? Czemu tak się nie stało z innymi usługami?”. Niestety nie wiadomo czy uzyskał jakąś sensowną odpowiedź.

Ciekawe jest jednak to, że następnie wypowiedział się odnośnie kwestii wprowadzenia euro jako waluty na Węgrzech. Tematu tego nie poruszał dawno już nikt na Węgrzech, ale ostatni spadek wartości forinta do tej waluty przywrócił jego sens. Zdaniem Rogana dla węgierskiej gospodarki realnym terminem byłyby lata 2018-2020, jednak jak dodał – przykład Słowenii czy Słowacji pokazuje, że euro niekoniecznie musi być dla Węgier korzystne.

Najciekawsze pytanie padło na końcu. Czy w 2017 po Janosu Aderze na stanowisko prezydenta zamierza kandydować Viktor Orban, przy założeniu, że węgierski system władzy zostanie zamieniony w półprezydencki? Rogan skwitował to jako bzdurę. Z doświadczenia jednak wiadomo, że nie takie bzdury na Węgrzech stawały się ciałem. Ciekawe jak te spekulacje skomentuje sam premier.