Transit zone Budapest

3 tys. imigrantów utknęło na dworcu Keleti, ok. 200 na Nyugati w specjalnie wydzielonej strefie tranzytowej, po tym jak we wtorek policja zamknęła przed nimi dworzec uniemożliwiając kontynuowanie dalszej podróży przez Austrię do Niemiec. Na Keleti panuje chaos – w czwartek rano oczekujący wdarli się na perony, chcąc dostać się do pociągu, który jak się za chwilę dowiadują nigdzie nie odjedzie. Pociągi do Europy Zachodniej zostały wstrzymane.

Mieszkam niedaleko tego drugiego dworca więc podrzucam tam jedzenie, owoce, słodycze, jakieś zabawki dla dzieci. Wczoraj zanieśliśmy na Nyugati trochę leków.  Potrzebne są środki przeciwbólowe, antybiotyki, materiały opatrunkowe, żywność, koce. W punktach zbiórki na dworcach kolejowych pomoc organizują wolontariusze z Migration Aid, lista potrzebnych rzeczy jest codziennie uaktualniana. Dr Nemes bezinteresownie zapewniający tu opiekę medyczną powtarza, że chorym należy się pomoc – to wszystko i nie obchodzą mnie żadne komentarze – dodaje.

Na Nyugati widzę dziesiątki ludzi zmęczonych drogą, oczekiwaniem, żal mi dzieci, warunki są podłe. Nie wiem kto jest uchodźcą, a kto imigrantem zarobkowym. Młodzi mężczyźni grają w piłkę, śmieją się. Jest ich większość i wbrew doniesieniom prasowym nie są to absolwenci renomowanych uczelni, ale ludzie, dla których Europa kojarzona jest przez pryzmat globalnych marek jak NIKE, które jest chyba ich ulubioną marką (choć mam wątpliwości co do oryginalności posiadanych wyrobów). Ale są tu też kobiety, dzieci i starcy. Szczególnie ci ostatni wydają się przeczyć założeniu, że to jedynie emigracja zarobkowa – widok zmęczonego starszego pana, który pewnie wolałby dożywać swojej starości w swoim domu niż szukać sobie kąta do spania na wschodnioeuropejskim dworcu to tego dowód.

You just stop the war and we don’t want to go to Europe – mówi syryjski chłopiec na dworcu Keleti w rozmowie z dziennikarzem Al Jazeera. Syria potrzebuje pomocy teraz (film). Jednak rozwiązanie problemu Syrii może okazać się niewystarczające. Spacer po budapeszteńskim dworcu utwierdził mnie w przekonaniu, że premier Orban ma rację, mówiąc że polityka emigracyjna Unii Europejskiej nie stanowi odpowiedzi na tę wędrówkę ludów.

Czy stawianie murów uratuje imperium? Mur Hadriana stoi tam gdzie stał, ale już niedługo po jego wzniesieniu barbarzyńcy mogliby robić sobie selfies z jego obiema stronami, gdyby tylko mieli smartfony. Rzymianie już wtedy roztrząsali problem, który po 2000 lat wydaje się nadal nie mieć rozwiązania. Jedyne co nam pozostawili to zgrabne sentencje stwierdzające fakt, że problem stoi za drzwiami (względnie bramą lub murem). Dziś jednak współcześni nomadzi mogą szybko poinformować swoich o tym jaki naprawdę jest ten mur i co za nim jest. Wieczorem chłopaki na dworcu biorą swoje chińskie smartfony i dzwonią do bliskich zdać relację.

Reklamy

Granice granic

Z danych Eurostatu na rok 2014 wynika, że Węgry znalazły się na 5 miejscu wśród krajów z największą liczbą wniosków o azyl (Niemcy 203 tys., Szwecja 81 tys., Włochy 65 tys., Francja 64 tys., Węgry 43 tys.). W tym roku, tylko do końca maja do węgierskiego Urzędu ds. Imigracji wpłynęło ponad 50 tys. wniosków. Jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę mieszkańców, zeszłoroczne dane dają Węgrom drugie miejsce z 4330 wniosków na milion mieszkańców, po Szwecji – z 8415 wniosków na milion mieszkańców. Realne możliwości węgierskiego systemu to utrzymywanie 2500-3000 uchodźców i pod koniec 2014 roku tyle na stałe przebywało na Węgrzech (niecałe 3000 osób); od tego czasu ich liczba niewiele wzrosła. Znaczna część kosztów utrzymania azylantów pokrywana jest ze środków unijnych.

Dane Frontex – wspólnego unijnego systemu ochrony granic – wskazują, że najwięcej przypadków nielegalnego przekroczenia granicy ma miejsce na południowej granicy węgierskiej. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku na Węgrzech odnotowano łącznie 50 tys. 430 takich przypadków, w Grecji 48 tys., we Włoszech 47 tys. O ile fala imigrantów z Kosowa spadła z kilku tysięcy w pierwszych miesiącach roku do 200 osób, to obecnie obserwuje się wzmożony napływ obywateli Afganistanu, Syrii i Iraku – w marcu 5 tys., w maju już 10 tys. wg. węgierskiego Urzędu Imigracyjnego. (index.hu)

Pamiętacie zeszłoroczną sprawę narodowych konsultacji dotyczących opodatkowania Internetu? Rząd w końcu wycofał się z tego pomysłu, po tym jak przez kraj przetoczyły się manifestacje niezadowolonych obywateli. Nie ulega wątpliwości, że podobnie jak wtedy, afera z rządowymi plakatami antyimigranckimi nie przynosi władzy popularności. Do tej pory przyniosła głównie falę krytyki, podejrzeń o korupcyjne tło samej kampanii, ale i poczucie zażenowania u zwykłych ludzi. W takim tonie wypowiadają się moi znajomi, niezależnie od wyznawanej opcji politycznej, ale i nieznajomi podsłuchani na ulicy – na Węgrzech od dwóch tygodni był to główny temat rozmów, ponoć nawet policjanci skierowani do pilnowania plakatów przed niszczycielskimi aktywistami wykonują to zadanie niechętnie, a i w samych szeregach Fideszu pojawiło się mnóstwo głosów przeciwnych billboardom. Organizacje opozycyjne połączyło, choć nie zjednoczyło, prowadzenie walki z tym kuriozum (oczywiście nie mogło obejść się bez podejrzeń o sterowane z zewnątrz działania wrogich sił mające na celu jak zwykle destabilizację kraju).

Trzy hasła powtarzające się na plakatach głoszą: Jeśli przybywasz na Węgry, nie możesz zabierać Węgrom pracy. Jeśli przybywasz na Węgry, musisz przestrzegać naszego prawa. Jeśli przybywasz na Węgry, musisz szanować naszą kulturę.

Kontestatorska Partia Psa o Dwóch Ogonach w ciągu kilku dni zebrała ok. 10 mln Ft na antyplakaty. Jeden z nich o treści: Jeśli jesteś premierem Węgier, musisz przestrzegać naszego prawa ma stanąć w Felcsut, rodzinnej wiosce Orbana. Inne propozycje: Przepraszamy za naszego premiera czy Witajcie na Węgrzech mają pojawić się na ulicach już za parę dni. Inna partia zajęła się niszczeniem i zamalowywaniem rządowych billboardów. Na takie dwa natknęłam się w okolicach stacji metra Hatar ut – po usunięciu części tekstu, napisy głoszą: Jeśli przyjeżdżasz na Węgry to kul (cool) i Jeśli przybywasz na Węgry, będziesz utrzymywał naszych staruszków.

Co ciekawe, jeżdżąc trochę po sennych przedmieściach miasta zaobserwowałam, że w przeciwieństwie do głównych szlaków komunikacyjnych, nawet tych nieco oddalonych od centrum, na suburbiach rządowe billboardy mają się dobrze. Czyżby aktywiści tam nie docierali? A może w ramach plakatowej wojny, siły rządowe zdążyły w miejsce zniszczonych nalepić nowe? Znajomi twierdzą, że spotkali się z takimi przypadkami, ale podkreślali, że nowe plakaty zaraz były zamalowane. Nie wiem, jak jest na dalszej prowincji.

Oczywiście nie mogło zabraknąć wszelkiego rodzaju memów i odwołania do klasyków absurdu, np. Monty Pythona, przekazywanych sobie przez internautów. Ktoś przywołał fragment z Żywotu Briana i przepisywany za karę tekst „Rzymianie idźcie do domu”.  

Sprawa plakatów nie miała szans okrzepnąć lub też nabrać tempa, w zależności od tego jaka będzie kontrakcja opozycji, gdy wybuchła kolejna „bomba” w imigranckim show na Węgrzech – w ramach uszczelniania granicy rząd postanowił o budowie wysokiego na 4 m płotu o długości 175 km, który ma stanąć na granicy węgiersko-serbskiej, by powstrzymać falę nielegalnej imigracji w tym miejscu. O ile plakaty wzbudziły niechęć u większości społeczeństwa, to wydaje się, że konieczność uszczelnienia granicy znajduje u Węgrów zrozumienie i ten temat traktowany jest jako racjonalne posunięcie rządu. Opozycyjna a także zagraniczna prasa trąbi o żelaznej kurtynie, stawianiu muru w środku Europy, itd. W podobnym tonie zareagowały władze Serbii, z którymi Węgrzy niczego o dziwo do tej pory w tej kwestii nie ustalali. Premier Serbii ma przybyć do Budapesztu 1 lipca, dziwi więc że decyzja została podjęta jednostronnie 2 tyg. przed planowanym spotkaniem, które teraz niewątpliwie nie będzie spotkaniem dwóch strategicznych partnerów, po tym jak pojawiły się słowa szefa rządu serbskiego, który użył porównania do kolczastego drutu przypominającego Auschwitz. Nawet najtężsi analitycy gubią się w domysłach, spekulacjach dotyczących gry rozgrywanej ostatnio w regionie przez nie tyle ponoć Węgry czy Serbię, ale Unię Europejską z Rosją. Co chce teraz zamanifestować Orban?

Ostentacyjny sposób w jaki rząd komunikuje swój stosunek do sprawy imigracji od początku budził zdziwienie. Bo przecież można byłoby spokojnie robić swoje i lepiej pilnować granicy, nie narażając się na krytykę ze strony Unii i zachodniej prasy, o czym pisałam już wcześniej. Ale nawet teraz skala międzynarodowego oburzenia jest nieadekwatna do działań Węgrów. Z początku pojawiły się nawet w największych mediach informacje, że oto Węgrzy zamykają granicę! Błąd dziennikarzy niechętnych Orbanowi? Nie, tak sprawę ujął minister spraw zagranicznych Szijjarto i dopiero później doprecyzowano, że chodzi nie o jej zamknięcie, ale po prostu o uszczelnienie, likwidację zielonej granicy. Lawina ruszyła i trudno się teraz przebić z argumentem, że takie zabezpieczenia i ogrodzenia funkcjonują przecież w wielu miejscach, nie tylko na granicy USA-Meksyk czy w Izraelu, ale również w Europie. Czy ograniczenie napływu nielegalnych imigrantów jest złe?

Główny problem to brak rozróżnienia dla uchodźców i imigrantów socjalnych. Politycy mówią o tym, że po prostu się nie da ich oddzielić. Sama się nad tym zastanawiałam i naszła mnie taka myśl. Osoby udające się do Mekki muszą być muzułmanami i na wspaniałych saudyjskich autostradach pod drogowskazami wskazującymi drogę znajdują się równie wielkie dopiski, że to droga tylko dla wyznawców islamu. Może właśnie ich należy spytać jak potrafią rozpoznać niewiernych? Ale tak już bardziej na poważnie, to mnie dziwi, że islamscy emigranci z Nigerii, Somalii czy Erytrei są gotowi zaryzykować życie, aby dostać się przez pustynie i morza do socjalnej Europy, zamiast wybrać względnie bliskie kraje Zatoki Arabskiej z ich olbrzymim bogactwem. Dlaczego nie chcą budować zasobnych Chin? Rozwijać Singapuru? Osiąść w Turcji? Mówią, że chcą europejskich standardów, których sami nie są w stanie sobie zapewnić w swoich państwach? Dlaczego jednak wszelkie próby pomocy na miejscu spotkały się z ich sprzeciwem i zarzutami o szerzenie przez Europejczyków kolonializmu? Męczy mnie już nieco wysłuchiwanie pochwał pod adresem Putina i Rosji głoszonych przez pobliskiego sprzedawcę kebabów pochodzącego z Syrii, który jednak nie zamierza w najbliższym czasie przenieść się z Budapesztu do Moskwy.

Może czas na wskazanie innych bogatych portów? Saudyjczycy powinni podzielić się nieco swym bogactwem ze swoimi braćmi, którzy niewątpliwie chętnie tam przyjadą skuszeni internetowymi popisami złotej młodzieży. Ponadto, jeśli wszyscy, którzy chcą zmian wyjadą do Europy, to kto zmieni ich własne kraje na lepsze?

Premier Orban już rok temu słusznie wskazał, że przyszłość jest w demokracjach nieliberalnych i zdecydowanie tam powinni kierować się wszyscy imigranci. Z drugiej jednak strony, jeśli Węgry osiągnęły ten poziom rozwoju to premier nie może mieć pretensji, że imigranci ciągną na Węgry, a stara demokratyczna Europa prosi Węgrów o pomoc i podzielenie się swoim sukcesem z imigrantami.

Nie taki Budapeszt straszny jak go malują

Ostatnio mocno zadziwiła mnie zapowiedź artykułu jaki zamieścił w Newsweeku szef działu Świat tej gazety, pan Jacek Pawlicki. Tytuł: Archipelag gulasz i zdjęcie taniej wersji unicum, już jakoś tak nie bardzo pasowały mi do ogólnie znanej rzeczywistości – ot klimaty, które jak ktoś się postara to wyszuka w ramach egzotyki, ale żadna reguła. Typowa „polska” furmanka na gumowych kołach. Ale szczęka mi opadła (dosłownie) dopiero gdy obejrzałam umieszczony pod zdjęciem filmik, którego celem było uzmysłowienie polskim wyborcom czym pachnie model władzy węgierskiej, na który powołują się pretendenci do władzy w Polsce.

Pan redaktor już na wstępie zapewnia, że czuje się specjalistą od Węgier, bo często tu bywa (zgodnie z tą zasadą najwięcej specjalistów od spraw węgierskich żyje w byłym NRD, bo zwykli oni nawet dzisiaj spędzać corocznie urlop na Balatonem, no i miłośnicy Gazety Polskiej – oni też przybywają na Węgry co roku). Jak sam jednak przyznaje, po raz pierwszy był tu w roku 2006, a później pojawiał się zawsze kiedy działy się na Węgrzech sprawy istotne politycznie.

Na początek Pan redaktor wymienia „dokonania” obecnej władzy węgierskiej: kilkukrotna zmiana konstytucji, ustawianie przetargów, uzależnienie od siebie 30 do 40% społeczeństwa, czy rozbudzenie nastrojów antyeuropejskich i nacjonalistycznych.

Ponieważ po raz pierwszy był tu dopiero w 2006 r. to pewnie dlatego nie pamięta o tym, że poprzednia władza, która zaczęła tracić wpływy zanim zainteresował się Węgrami zdążyła stworzyć, a w zasadzie zakonserwować (bo to rzecz wywodząca się wprost z czasów Janosa Kadara) system wzajemnych relacji i powiązań, także rodzinnych, przy którym zarzuty o nepotyzm wysuwane w stosunku do ekipy Orbana niemal blakną, a wręcz nabierają prowincjonalnego uroku. Pamiętam jak społeczeństwo komentowało ze złośliwością, że wywodzący się z prowincji ex premier Ferenc Gyurcsany musiał wżenić się w starą komunistyczną dynastię, aby móc cokolwiek zdziałać w węgierskiej polityce. Spadkobiercy Kadara przez lata uważani byli za profesjonalistów, technokratów i nikt im specjalnie w życiorys nie zaglądał, bo i nie było komu – dziennikarze wtedy woleli zajmować się dziewczątkami z okładek Playboya i innymi newsami znad Balatonu. Prywatne relacje polityków tamtego systemu zostawiali w spokoju uznając, że to nieeleganckie się tym zajmować. Temat lustracji (którego w wersji reprezentowanej przez polską prawicę i IPN też nie jestem w stanie zaakceptować, bo przecież można to zrobić tak jak Niemcy) też nigdy nie zaistniał na Węgrzech, bo wystarczyło wyciągnąć teczkę prymasa i najsłynniejszego reżysera i nagle zapanowała powszechna zgoda, że gruba kreska jest fajna o ile nikt tego nie nazwie expressis verbis.

Nie oszukujmy się jednak co do faktu, że inwestycje jakie w ostatnich latach powstawały na Węgrzech to jakiś wielki powód do dumy dla Orbana. Trzeba przyznać, że Węgrzy mogą i zazdroszczą Polakom tego jak te inwestycje wyglądały w ostatnich latach w Polsce: nowe drogi, stadiony i wysoka zabudowa naszych miast imponuje im daleko bardziej niż nam samym. W drugą stronę to nie działa i ktoś kto po raz pierwszy teraz odwiedza Węgry nie bardzo ma czym się zachwycać. Jednak każdy, kto tu przebywa od minimum 10 lat potwierdzi, że choć cudów nie ma, to w stosunku do rządów postkomunistów jest postęp. Udało się dokończyć rozgrzebaną budowę czwartej linii metra, wreszcie odrestaurowano kilka obiektów, które mniej lub bardziej szpeciły Budapeszt, który przecież żyje z turystyki (Varkert Bazar, dwa mosty, okolice Parlamentu). W dość cwany sposób Orban uniknął zarzutów polityki historycznej prowadzonej na żywej tkance miasta – większość zmian przeprowadzono pod szyldem rekonstrukcji stanu przedwojennego. W ten sposób zniknął plac Moskwy i powrócił Szell Kalman ter (na plac o takiej nazwie tramwaje jeździły jeszcze w latach 50 XX wieku i aż dziw brał że Węgrzy tolerowali tę nazwę; niektórzy byli nawet przekonani, że nazwa plac Moskwy była historyczna).Tak samo na swoje miejsce wróciły pomniki premierów Andrassyego i Tiszy, a zniknął niezbyt przez Węgrów lubiany Karolyi. Wrócili koledzy Kossutha. To wszystko w trosce o turystów i zalecenia UNESCO, nawet jeśli nikt tam na taki pomysł jeszcze nie wpadł. Miasto doczekało się również nowego taboru autobusowego, co jest naprawdę wyzwaniem w mieście gdzie istnieje wyjątkowo gęsta i sprawnie działająca sieć autobusowa. Tych inwestycji w Budapeszcie z pewnością mogłoby być więcej i w końcu reprezentujący jego interesy burmistrz Istvan Tarlos popadł w konflikt ze swymi kolegami z Fideszu, mocno inwestującymi na prowincji, z której się wywodzili. Oczywiście niektóre z tych wydatków, szczególnie w Felcsut, z którego pochodzi sam premier były najdelikatniej mówiąc niezbyt uzasadnione. Ogólnie jednak trudno się zgodzić z faktem, że wszystkie przetargi to rodzinny przewał. Dzisiaj nic się tu nie buduje bez udziału środków unijnych, a system nadzoru jaki sprawuje Unia Europejska na jakieś wielkie malwersacje nie pozwala. Oczywiście zdolny się przy tym upasie, ale coś trzeba wybudować – tak to działa w całej Unii i będzie działać. Alternatywą jest brak działania i skazywanie ludzi na emigrację zewnętrzną a także mniej widoczną wewnętrzną. Pamiętam koleżankę, która musiała dojeżdżać do pracy codziennie prawie sto kilometrów, bo w jej miejscowości pracy nie było i Budapeszt to była jedyna szansa. Niestety, nie mogła pozwolić sobie na życie w stolicy. Co jak co, ale trzeba przyznać, że Orban podjął walkę z dysproporcjami rozwoju na Węgrzech, niezależnie od pobudek. Polakom często umyka ta jedna z fundamentalnych różnic pomiędzy naszymi krajami. Polska składa się z kilku dużych ośrodków miejskich, które są w stanie dość skutecznie rywalizować ze stolicą. Na Węgrzech skala jest zupełnie inna: Budapeszt, nieco większy od Warszawy za konkurentów ma miasta wielkości Kielc czy Konina.

Zrównoważony rozwój całego kraju, to coś co zaniedbali rządzący przez ostatnie lata Polską, wzbudzając niepotrzebne antagonizmy. Fakt, że obecnie jedyne porządne i w miarę tanie połączenie drogowe z Warszawy to Wrocław i Gdańsk, nie przysparza pewnie władzy sympatii w Krakowie czy Lublinie. Orban tymczasem wysyła ministerstwa na prowincję dając szansę wykształconym ludziom z mniejszych ośrodków miejskich. Skoro nie udało się zapewnić domów czy mieszkań w Budapeszcie to czas, żeby góra przyszła do Mahometa.

Co do zmian konstytucji, to trzeba przyznać z perspektywy czasu, że możliwości jej zmiany jakie miał Fidesz nie zostały przez niego wykorzystane. I to ani źle, ani dobrze – bo nie ma co się oszukiwać, że jest to twór doskonały. Inna sprawa czy istniejący system wyborczy (skonstruowany w dużej mierze przez poprzednią władzę), w którym istnieją jakże nas intrygujące JOWy, dawał rzeczywistą legitymację Fideszowi do dokonywania takich zmian. W rezultacie Fidesz zlikwidował np. całe państwo. Była Republika Węgierska i teraz już jej niby nie ma, ale np. prezydent republiki został. W życiu codziennym termin Koztarsasag jest nadal w użyciu i nie ma co wydziwiać gdy otrzyma się tak opatrzony dokument.

Uzależnienie od siebie społeczeństwa? To po prostu realizacja postulatów wyborczych. Tak skuteczna, że nawet żelazny elektorat postkomunistów, jakim byli do czasu Romowie, przeszedł na stronę Orbana. Na tym przykładzie widać też, że praktyka uzależniania od siebie nawet bardziej cechowała poprzednią władzę. Zwycięstwo Fideszu było możliwe właśnie dzięki temu, że obiecał to uzależnienie. Oczywiście wykształconym, niezależnym to się nie spodoba, ale kto tam się będzie nimi przejmował. Ten sam sposób myślenia stał się receptą na sukces Dudy. 51% głosujących Polaków nie trzeba uzależniać od władzy – oni tego żądają! Różnica jest taka, że polscy pretendenci prawdopodobnie nie będą w stanie odnieść w tym zakresie takiego „sukcesu” jak Orban, i to a nie cokolwiek innego spowoduje odpływ ich elektoratu. A Węgrzy? Ostatnie ich wybory pokazują, że wielu reaguje na tę nadopiekuńczość, choć myślę, że Pan redaktor się zgodzi, że wybór Jobbiku to jest diabelska alternatywa.

No właśnie, przy tej opcji oskarżanie Orbana o antyeuropejskość i nacjonalizm wydaje się nieproporcjonalne. Oczywiście lubi sprawiać takie wrażenie, ale przecież wie gdzie leżą pieniądze. I stąd właśnie bierze się ironiczne nazywanie go przez Junckera „dyktatorem”. Juncker dobrze wie jak bardzo Węgry potrzebują Unii oraz że ta może spokojnie obejść się bez Węgier (o czym nie omieszkał przypomnieć Orbanowi gdy ten zaczął dywagować nad karą śmierci – oj, tłumaczył się potem Orban, że to tylko takie akademickie dysputy, wolność wypowiedzi wyciągał. Kupa śmiechu była). O tym jak pragmatyczni są w kontaktach międzynarodowych Węgrzy przekonali się najboleśniej właśnie zwolennicy PiS i nie ma co się dalej nad tym rozwodzić. I jeśli miałabym wybierać z dwojga złego, to życzyłabym polskiej prawicy odpowiednika Szijjartó a nie Fotygi.

W końcu z ust Pawlickiego pada żelazny argument, jakoby za Orbana milion młodych Węgrów wyjechało do innych krajów (skąd te dane?). Redaktor bardzo się martwi, że nie wrócą. A może ku uciesze środowisk liberalnych właśnie wrócą, przywożąc ze sobą nowe idee. To, że w przeciwieństwie do Polaków, Rumunów i Litwinów, Węgrzy wybierali dotąd swoją przaśną, ale własną szufladę, to jeden z głównych powodów ich wyalienowania w Europie i świecie. Pan redaktor, tak jak krytycy prezydentowej Komorowskiej, w emigracji widzi jedynie jakieś straszliwe nieszczęście, nie widząc możliwości jakie ona daje. Taki Kazio Marcinkiewicz, znalazł nową wielką miłość i pracę w banku. A tak na poważnie, takie postawienie sprawy w sumie obraża mnie samą, bo ja też jestem emigrantką. Ale wyemigrowałam, bo Węgry mimo swoich niedoskonałości, o których można by wiele pisać zawsze mnie ciągnęły (pan redaktor też mógłby trochę tu pomieszkać, to naprawdę ułatwia pisanie o tym kraju). Czas aby przestać postrzegać zarówno węgierskich jak i polskich emigrantów jak tych którzy nie mają innego wyjścia – jeżeli polscy politycy i dziennikarze będą wmawiać wszystkim, że jesteśmy tym samym czym emigranci z Afryki i Azji to rzeczywiście będziemy tak traktowani. Druga strona musi mieć świadomość, że dla nas jest to jedynie opcja, która może, a nie musi wzbogacić ich społeczeństwo. Węgrzy sami nie demonizują swojej emigracji i może dlatego w przeciwieństwie do nas nie potrzebują wiz do USA. Jak widać Amerykanie nie boja się ich potencjału emigracyjnego, tak jak Pan redaktor.

I tu przechodzę do wisienki na torcie, czyli strasznego snu Pana redaktora, w którym straż honorowa w rogatywkach stanie u grobu Kaczyńskiego (tak dla przypomnienia przywrócił je po stanie wojennym Jaruzelski, chcąc się przypodobać nieco społeczeństwu). Przyrównywanie tej wizji do straży pełnionej przy koronie Św. Stefana stanowi dowód na to, że zupełnie nie zastanawiał się czym dla Węgier i Węgrów jest Św. Korona.

Po pierwsze: Węgrami nie rządzi trumna. W przeciwieństwie do Polski, tu codzienna warta honorowa pilnuje parlamentu, prezydenta i Świętej Korony. Grób nieznanego żołnierza jest w niewyobrażalny dla Polaków sposób zaniedbywany.

Po drugie: Gdybyśmy więc mieli się wzorować na węgierskiej ceremonii, to nasi żołnierze musieliby defilować wokół orła. Ten musiałby siedzieć w klatce, co raczej nie kojarzyłoby się dobrze. Ewentualnie trzeba byłoby go wykonać z jakiejś substancji. Z kampanii wyborczej wiemy, że nie powinna być to czekolada ani chleb, a wielu rzeźbiarzy w Polsce udowadnia ostatnio, że i ze szlachetniejszym materiałem sobie nie radzą. Sprawa się więc komplikuje.

Po trzecie: Naśladując dalej, orzeł musiałby siedzieć w naszym Sejmie, od czego by osiwiał, a może nawet zrobiłby się biały. W przeciwieństwie bowiem do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa trzyma swoją koronę w Tower, które było więzieniem (i nikt nie narzeka na gwardzistów, którzy pilnują korony i kruków), Węgrzy swoją koronę trzymają w instytucji symbolizującej demokrację, czyli w parlamencie.

Po czwarte: Orzeł i tak nie zastąpi korony, bo to nie tylko rzecz materialna dążąca do abstraktu. To instytucja. Tym bardziej nie widzę w tej roli trumny, choć tak próbowano traktować przed wojna trumnę Piłsudskiego. Węgierska korona to symbol ustroju nieokreślonego. Kiedy admirał Horthy między którym a wspomnianym Piłsudskim można by znaleźć znacznie więcej analogii i bardziej ciekawych niż te którymi zajął się Pan redaktor, ustanowił tę instytucję (Świętej Korony), to prawdopodobnie wielu zastanawiało się o co mu chodzi na równi z tym momentem kiedy Orban zmieniał nazwę kraju. On tymczasem tworzył podstawę do porozumienia między bardzo spolaryzowanym społeczeństwem węgierskim. Pogodzenie prohabsburskich arystokratów, demokratycznych socjaldemokratów, pozbawionych ziemi chłopów czy mającej więcej niż autorytarne zapatrywania przedstawicieli burżuazji wydawało się niemożliwe. Podobne konflikty przerosły Hindenburga w Niemczech, który nie zapanował nad żywiołem. Horthyemu się udało. Nawet jego najwięksi krytycy przyznają, że wynikało to z samoograniczenia, co może dziwić gdy widzimy jego galowe, admiralskie mundury i słabość do przejazdów na białym koniu. Umiał się jednak powstrzymać od włożenia tej korony na własną głowę. Włożył ją na głowę narodu uosabianego przez parlament, obwożąc ją tryumfalnie pociągiem po całych Węgrzech.

Jak na razie Orban w jakiś sposób korzysta z pomysłów Horthyego, choć oficjalnie od niego się odżegnuje, czym po raz kolejny daje dowód zręczności w balansowaniu pomiędzy oczekiwaniami różnych grup społeczeństwa węgierskiego i opinii różnych środowisk zagranicznych. Tego umiaru w symbolicznej polityce życzyłabym nowemu prezydentowi i jego zwolennikom, jeśli ci ewentualnie dojdą do władzy. Niestety Polacy w przeciwieństwie do Węgrów nie mają takiego symbolu, który łączyłby ich ponad podziałami i trudno tego oczekiwać w kraju, w którym wszyscy odwołują się do trumien albo krzyży, zamiast korony albo koronowanego orła. Choć koronę wieńczy krzyż, to przecież nikt tu się nie zastanawia czy jest on katolicki, kalwiński czy może prawosławny. Jest mały, przekrzywiony i na tej jednej koronie naprawdę wystarczy.

Archipelag gulasz to niewątpliwie atrakcyjny tytuł dla artykułu. Mam nadzieję, że sam artykuł, którego jeszcze nie miałam przyjemności przeczytać, w przeciwieństwie do zapowiedzi, do której się tu odnoszę, nie próbuje na siłę uzasadniać użycia tej jakże „błyskotliwej” gry słów.

http://swiat.newsweek.pl/wegry-viktor-orban-skrajna-prawica-polityka-swiat-wiadomosci,film,364193.html

Czy będzie meczet w Budapeszcie?

Po blisko 150-letniej obecności tureckiej w stolicy Węgier, kiedy większość kościołów zamieniono na meczety, a w krajobrazie miasta pojawiły się nie tylko tureckie łaźnie, których mizerne pozostałości możemy oglądać w Budapeszcie do dziś, ślady kultury islamu zostały wyrugowane z przestrzeni miasta niebywale skutecznie. Dzisiaj praktycznie jedynym kompletnym obiektem związanych z tą kulturą jest grobowiec Gul Baby i nie tyle ma on charakter islamski, co raczej nawiązuje do pewnej narodowej spuścizny tureckiej.

Dlatego też deklaracje rządu węgierskiego, który od kilku miesięcy zapowiada brak tolerancji dla obecności obcych kultur na Węgrzech i wolę walki z ich rosnącą ekspansją (wiadomo było, że chodzi o różne narody, które łączy wyznawany islam, bo przecież nie o diasporę chińską, która przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dobrze integrującej się, choć tak naprawdę nie jest to żadna integracja, a raczej pozostawanie w cieniu) mogły wydawać się szukaniem wyimaginowanego przeciwnika. Do tej pory muzułmanie węgierscy na piątkowe modlitwy spotykali się w lokalach niemal konspiracyjnych, a obecnie mają do dyspozycji meczet funkcjonujący w biurowcu. A może jednak rząd węgierski wiedział więcej?

Oto nagle pojawiły się plany centrum islamskiego z olbrzymim meczetem w Budapeszcie, opublikowane przez Türkiye Diyanet Vakfı – turecką rządową fundację d.s kulturowo-wyznaniowych (a rozdział między tymi dwiema sprawami w Turcji ostatnio się zaciera). Czyżby hołubiony przez Orbana turecki partner próbował odgryźć rękę chwyciwszy za palec? Pytana przez dziennikarzy o szczegóły planowanej inwestycji ambasada Turcji odmawia komentarza. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zauważyć w tym obiekcie nie tylko jego wielkości, ale również skali odwołań do tradycji islamu osmańskiego czy znanego z Półwyspu Iberyjskiego.

Jakby ktoś chciał zadeklarować: Tak, to jest islam, ale alternatywny dla tego co robią Saudyjczycy. Bo należy pamiętać, że te nory w których dzisiaj spotykają się muzułmanie, najczęściej utrzymywane są ze środków pochodzących z Arabii Saudyjskiej. I nie tylko istotne jest tu to, że radykalny saudyjski odłam salaficki nie przywiązuje znaczenia do budynków – walcząc z bałwochwalstwem bez skrupułów potrafi niszczyć nawet te, które powstały w czasach Mahometa na Półwyspie Arabskim i należały do jego rodziny. Tam gdzie pozycja islamu jest ugruntowana, stać ich na budowę olbrzymich budynków (np. meczet w Groznym). Ale w krajach takich jak Węgry istotniejsze jest dla nich zdobywanie wyznawców i to nie tylko wśród niewiernych, ale i pośród religijnych muzułmanów, którzy pochodzą z innych kręgów islamu. Do dziś pamiętam jak mój znajomy który pochodzi z Bangladeszu, przyszedł do pracy wzburzony po tym jak zdecydował się odwiedzić miejsce modlitw, które właśnie w Budapeszcie prowadzili Saudyjczycy. Zirytowało go to, jak próbowano mu tam narzucać ich wersję islamu, wręcz uczyć tego jak ma się modlić. Tym razem trafiła kosa na kamień, ale wielu innych, szczególnie mniej zarabiających muzułmanów nie jest tak zdecydowanych.

Projekt olbrzymiego meczetu w Budapeszcie wydaje się prowokacją, fejkiem, bo nikt ze strony tureckiej tego nie potwierdza, a jednocześnie przedstawiciele środowisk islamskich na Węgrzech wspominają, że znacznie mniejsze projekty spotykały się ze zdecydowanymi sprzeciwami lokalnych i nie tylko lokalnych władz. Powiedzieć o tym, że są sceptyczni to mało. Z drugiej jednak strony władze tureckie nie dementują tej sprawy. Może jednak ma to być realna alternatywa wobec faktycznego napływu islamskich imigrantów, zanim ktoś inny się nimi zajmie. Węgry zaczynając „romans” z krajami takimi jak Turcja, Kazachstan, Turkmenistan, musiały pamiętać, że choć kraje te z pewnością z chęcią będą roztrząsać wspólne stepowe pradzieje, to jednak obecnie łączącym je i znaczącym elementem jest religia islamu. Nawet prezydent Rosji, jakże bliski sercu Orbana, nawołuje do poszanowania dla islamu na równi z chrześcijaństwem. Pytanie tylko o jaki islam chodzi?

Niewątpliwie to co przynoszą ze sobą przybysze w Afryki, Syrii czy Afganistanu spełnia definicje kulturowej obcości, o  której mówił premier i której tak obawiają się Węgrzy. Ale czy tak samo obce będą cztery minarety wokół meczetu, który miałby stanąć na Kobanya (mówi się o okolicach Gyógyszergyár út i Fehér út)? Przecież taki minaret to ozdoba nie tylko Egeru, ale i znacznie mniej znanego znajdującego się na przedmieściach Budapesztu Erdu. Sam projekt świątyni to nawiązanie do meczetu Sulejmana Wspaniałego, postaci z historii Węgier który wzniósł oryginał na wzór kościoła Hagia Sophia i którego losy w tureckiej telenoweli Węgrzy mogą i chcą śledzić w publicznej telewizji (próba zdjęcia serialu spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem i jako argument za jego utrzymaniem podawano właśnie jego znaczenie dla historii Węgier). Może więc islam w wydaniu tureckim wcale nie jest tak obcy kulturze węgierskiej?

Przedstawiciele związku wyznaniowego węgierskich muzułmanów (Magyarországi Muszlimok Egyháza) mówią, że projekt nie powstał z ich inicjatywy, a jak twierdzą jest efektem umowy między rządami Węgier i Turcji. Z kolei węgierska gmina islamska (Magyar Iszlám Közösség), która chce zbudować meczet w Debreczynie wręcz grozi rządowi, że będzie nawoływać do bojkotu gospodarczego Węgier przez kraje muzułmańskie, jeśli ten będzie przeszkadzał ich działaniom. W spisie powszechnym z 2011 roku 5579 osób zadeklarowało jako wyznanie islam. Liczba ta szacowana jest jednak na kilkakrotnie większą. Spis nie obejmuje też ostatnio masowo napływających przybyszów z takich krajów jak Kosowo, Syria, Afganistan czy z kontynentu afrykańskiego, tak jak nie wiemy ilu z nich na stałe zostanie na Węgrzech.

O sprawie informuje portal index, telewizja atv, blog vigyazo i mandiner. Przedstawiciele rządu węgierskiego do tej pory nie skomentowali tych doniesień.

Poniżej wizualizacja projektu.

Szorty czyli krótko 10.05.2015

Jak widać istnieją fundacje które nie są wrogie premierowi Orbanowi, a wręcz w towarzystwie ich członków premier czuje się tak swobodnie, że jest skłonny do dygresji na tematy wszelkie. Fundacja Przyjaciół Węgier należy do takich i na spotkaniu przez nią zorganizowanym premier postanowił pomówić o jednym z jego ulubionych tematów: wyższości systemów autorytarnych nad demokratycznymi. Tematem była też polityka emigracyjna, szczególnie tych krajów które w przeciwieństwie do Węgier rzeczywiście muszą taką prowadzić, bo są wystarczająco atrakcyjne dla emigrantów (no chyba że się premier obawia, że mu cały naród wyemigruje – w ostatnich miesiącach odnotowano znaczny wzrost zainteresowania Węgrów stałą emigracją – patrz wykres kivandorlas 1993-2015). Pozostaje mieć nadzieję, że zainteresowanie emigracją nie łączy się u premiera z drugim ostatnim przez niego poruszanym tematem czyli karą śmierci.

Konsultacje w sprawie migracji. Węgry zyskały opinię największych przeciwników jakiegokolwiek regulowania tej kwestii innego niż zabetonowanie granic. Teraz pojawiły się tzw. konsultacje w tej sprawie, ale wygląda, że są one prowadzone w typowym PR-rowskim stylu Fideszu. Najbardziej skorzysta na tym pewnie Poczta Węgierska, która dostarczy osiem milionów przesyłek.

Szeregi Fidesz nie zachłysnęły się jednak pomysłem Orbana na dyskusję o przywróceniu kary śmierci. Okazuje się, że i wewnątrz partii są ludzie, którzy wreszcie zaczynają krytycznie analizować słowa premiera. Do grupy sprzeciwiającej się podnoszeniu kwestii kary śmierci należy m.in. minister sprawiedliwości László Trócsányi, a także biskup László Tőkés. Do tej pory ten siedmiogrodzki biskup i eurodeputowany z ramienia Fidesz-KDNP raczej bezkrytycznie wspierał Orbana.

W życiu trzeba mieć kumpla, jak nie z wojska to z podwórka. Nowym Simicską został Lorinc Meszaros, burmistrz Felcsut i kolega Orbana z dzieciństwa.  Teraz to jemu dostają się kontrakty, które przed wybuchem konfliktu zgarniał Simicska. Temu ostatniemu nie przedłużono ostatnio dzierżawy państwowych gruntów, z czym wiązały się spore unijne dopłaty. W tym samym czasie miliony na państwowej ziemi i kontraktach budowlanych zarabia Meszaros, który w ciągu kilku lat ze zwykłego hydraulika stał się posiadaczem ziemskim, miliarderem i jedną z bardziej wpływowych osób w państwie.

Oto gimnazjum (liceum) w Székesfehérvár jakie ukończył Viktor Orban i niesamowite zdjęcie z jego licealnego tablo – dość oryginalna marynarka była jednolita dla wszystkich absolwentów i nie wynikała z własnego wyboru premiera. Tak czy inaczej wygląda jakby się urwał z planu Gangu Olsena :) Sam budynek odnowiono z zewnątrz, ale od środka tynk sypie się ze ścian, o czym informuje napis sfotografowany przez tegorocznych maturzystów. Oj przydałby się remont.

Złodzieje złomu na Węgrzech są klasą jedynie dla samych siebie. Ostatnio w Pécsu próbowali ukraść najsłynniejsze kłódkowisko na Węgrzech. Na szczęście złomiarze zostali spłoszeni w trakcie kradzieży i uciekli porzucając odpiłowane kłódki. Zakochani mogą być spokojni.

Kostka Rubika na telefon – aż dziwne, że nikt wcześniej o tym nie pomyślał. I w dodatku za darmo. Nie jest to co prawda to samo uczucie co przy układaniu prawdziwej (oficjalny rekord wynosi 5.25 s), ale miłośnicy kostki i tak przyjęli tę możliwość z wielkim entuzjazmem. Tu do ściągnięcia na Android, iPhone, iPad, Windows Phone.

kostka Rubika na telefon

Cisza powyborcza

W niedzielnych wyborach uzupełniających do Parlamentu, w Tapolca, rozpisanych w związku ze śmiercią posła z Fideszu, zwyciężył kandydat Jobbiku Lajos Rig. Rig niewielką przewagą głosów – 1% pokonał Zoltana Fenyvesiego z Fideszu. Kandydat Jobbiku otrzymał 35% głosów, na kandydata Fideszu głosowało 34% wyborców, lewica otrzymała 26% głosów. Oficjalne wyniki mają zostać podane w czwartek. Rok temu w Tapolca różnica była większa i na korzyść Fideszu – Fidesz 43%, lewica 27%, Jobbik 23.5%.

Premier Orban zapytany przez dziennikarza Indexu o przyczynę wygranej Jobbiku, odpowiedział jednym słowem – naród, twierdząc tym samym, że rząd nie jest odpowiedzialny za wzrost popularności skrajnej prawicy. Premier dodał, że mamy demokrację i że on nie odpowiada za decyzje podejmowane przez ludzi. Ciekawy tok myślenia, biorąc pod uwagę wszystkie ostatnie afery, które stały się udziałem tego rządu.

Według badań Szonda Ipsos z lutego, rośnie grupa wyborców niezdecydowanych, wśród których 650 tys. wyraża niezadowolenie z obecnej polityki rządu. Jobbikowi udało się pozyskać już 150 tys. tych niezadowolonych, celem jest oczywiście przejęcie głosów pozostałych. Przez ostatni rok obserwujemy zmianę wizerunku partii, która odcinając się od faszyzującej przeszłości chce być teraz postrzegana jako partia ludowa. Czy takie zmiękczenie odstraszy część ich radykalnego elektoratu? Wyniki wyborów z 2014 roku na to nie wskazują, a bardziej radykalna Magyar Hajnal nie jest w stanie stworzyć liczącej się siły.

Na Jobbik nie głosują już tylko północno-wschodnie Węgry, ich zwolennicy rozsiani są po całym kraju i choć Jobbik wciąż nie jest zbyt popularny w stolicy i większych miastach, to coraz częściej głosują na nich mieszkańcy małych miasteczek i miejscowości na prowincji, którzy kiedyś opowiadali się za Fideszem. Tak więc drobnomieszczanie nie wstydzą się już głosować na tę partię. Dlaczego jednak mieliby się wstydzić? Jeśli pozwala się na paradowanie gardy w nielegalnych, czarnych mundurach w święto narodowe, a policja wierna zawsze każdej władzy – udaje że nic nie widzi. To zapewne miało według pomysłu Fideszu działać jak straszak, ale chyba znieczuliło Węgrów.

Pomimo braku zaplecza intelektualnego oraz konkretnego programu gospodarczego, bez którego trudno stać się partią rządzącą, Jobbik za realne uważa zwycięstwo w wyborach w 2018 roku. Sam Rig, który zwyciężył w Tapolca był pielęgniarzem w szpitalu, ale gdyby Vona go o to poprosił, z łatwością wyobraża sobie siebie w rządzie jako odpowiedzialnego za sprawy opieki zdrowotnej. Niektórzy analitycy zaczynają poważnie traktować zapowiedzi Jobbiku i plany zbudowania przez nich w ciągu najbliższych lat potrzebnego zaplecza. Większość jest jednak zgodna, że to plany nierealne, bo z takim dorobkiem jak dotychczasowy, Jobbikowi raczej trudno będzie stać się partnerem Zachodu, co skazałoby kraj na międzynarodową izolację, choć Vona ostatnio mocno deklaruje chęć stworzenia dobrych kontaktów z Niemcami.

Wygasa miłość do Fideszu i jeśli nawet część jego zwolenników pozostanie w domach, nie chcąc wspierać ani Jobbiku ani lewicy, to system wyborczy kierujący się zasadą, że zwycięzca bierze wszystko, przy którym już tak bardzo Fidesz majstrował, teraz może odbić mu się czkawką. 60% głosujących na lewicę i Fidesz w Tapolcy, nie ma teraz wcale swojego reprezentanta w parlamencie. Jednocześnie rządzący utracili większość konstytucyjną, co może im teraz uniemożliwić wygodne dla siebie zmiany w prawie wyborczym. Trudno będzie teraz też bronić konstytucji przed niepotrafiącymi ukryć niechęci do zasad demokracji, po tym jak się zrobiło z niej świstek papieru. W Niemczech ta metoda wielokrotnie powstrzymywała ekstremistów pozwalając urzędowi ochrony konstytucji na delegalizację partii nawołujących do obalenia ustroju. Na Węgrzech sam Orban zlikwidował republikę i tak naprawdę to nikt nie wie w czym dokładnie teraz żyje. Jeśli jutro ktoś tu ogłosi monarchię absolutną to też nikogo to zbytnio nie zdziwi.

Czy partia, która ma w swoim kierownictwie osoby nie kryjące rasistowskich poglądów i wygłaszające je publicznie, dzielące się na forum prostackimi żartami o Cyganach czy Żydach ma szansę stać się siłą rządzącą w tym kraju (nawet jeśli ociepli swój wizerunek, udając że takich poglądów nie podziela)? Po ostatnich wyborach w Tapolca ludzie jakby ze zdumieniem przecierają oczy budząc się z rodzajem moralnego kaca. Do wytrzeźwienia jednak daleko i niewielka garstka protestujących ginie w większości, pogrążonej w jakiejś apatii, a może nawet ze złośliwą satysfakcją komentujących, że oto jest nauczka dla władzy. Hitler wzywał kiedyś Niemców aby się obudzili, a jego pogrobowcy zdają się mówić teraz w całej Europie: Ciii…, śpijcie dalej, nic się takiego nie dzieje.

Przedszkolna indoktrynacja

Czasami zastanawiałam się jak się czuje moja nauczycielka z podstawówki, która zmuszała nas do udziału w akademiach pierwszomajowych i wychwalania bohaterów jedynego systemu. Mimo, że miałam wtedy dopiero kilka lat i potem już nie dawałam się wkręcić w takie imprezy to czułam się w jakiś sposób wykorzystana.

Mam nadzieję, że sumienie będzie dręczyć przedszkolankę z Mórahalom w komitacie Csongrád, bo na sumienie burmistrza, jej przełożonego nie ma raczej co liczyć, choć fakt że nakazał usunięcie swego dzieła z jednego z kanałów w sieci świadczy o tym, że jednak czegoś tam się jeszcze wstydzi. Z drugiej jednak strony niczym prezes Ochucki uznaje, że jest rzeczą naturalną że „nasza grupa przedszkolaków i chór wiejski zwykli występować dla tych, którzy robią coś dla lokalnej społeczności”.

Poniżej zamieszam link do filmu, który po prostu mną wstrząsnął i fragment peanów (w wolnym tłumaczeniu) jakie wygłaszają przedszkolaki z okazji oddania nowego „rządowego okienka”, czyli miejsca gdzie interesanci za jednym zamachem mogą załatwić różne urzędowe sprawy, taki zintegrowany urząd. Tu próba generalna. Tu w wersji skróconej z oficjelami.

Rządowe okno (Kormányablak)

Nie wiedziałam czym jest to okno rządowe
Starsi mają przecież do tego lepszą głowę.

Zapytałam tatę, tak mi odpowiedział:
Miejsce gdzie spadają nam kamienie z serca.
Kamienie? A jakie? I z czyjego serca?
Zapytam się mamy, na pewno odpowie.

Akt urodzenia każde dziecko ma,
Adresową kartę do zamieszkania.
Jak już będziesz duża i zakupisz auto,
Tam szybko przepiszą je na twoją własność.

Rejestracja, prawko czy dokument ważny
Wyrobić je musisz, tak jak każdy.
Jest i wiele innych, teraz już wystarczy.
Praca rządowego okna to nie bułka z masłem.

Nie wiedziałam czym jest to okno rządowe.
Starsi mają przecież do tego lepszą głowę.
Jak ważne to okno teraz jednak wiem,
Będzie nam potrzebne póki ziemia kręci się.