Niebezpieczne trafiki

Burmistrz Kaposvár zgłosił propozycję zmiany przepisu nakazującego zasłanianie witryn trafik, po tym jak w jego mieście doszło w kwietniu do zabójstwa młodej sprzedawczyni sklepu z artykułami tytoniowymi. W czasie napadu dziewczyna została zaatakowana nożem, w wyniku zadanych ran poniosła śmierć na miejscu. Tragedia wywołała ponowną dyskusję o konieczności istnienia samych sklepów, która od początku była wielokrotnie kwestionowana, podobnie jak oczywiste było, że trafiki w takiej formie będą łatwym celem dla złodziei.

Z kolei w Szegedzie sąd rejonowy skazał na osiem lat więzienia mężczyznę, który kilka miesięcy temu z nożem kuchennym zrabował 164 tysiące forintów ze sklepu tytoniowego. Mężczyzna dodatkowo oskarżony był o posiadanie narkotyków. Wyrok sądu pierwszej instancji nie jest prawomocny.

Sklepy tytoniowe (nemzeti dohánybolt) w ostatnim czasie stają się najczęstszymi ofiarami rabusiów. Ich właściciele i pracownicy zgodnie twierdzą, że winę ponoszą regulacje jakie w zakresie handlu podjął rząd. Ponieważ sklepy, w których pracują najemni pracownicy a nie właściciel bądź jego rodzina nie mogą pracować dłużej niż do dziesiątej wieczorem, wiadomym jest dla kryminalistów, że sklep otwarty całodobowo będzie słabo chroniony. Ponadto sklepy tytoniowe zmuszone zostały do zasłaniania okien i drzwi, co najczęściej robi się używając folii półprzepuszczalnych.

Zarzuty właścicieli sklepów, którzy powołując się na przeprowadzone badania mówią, że stosowanie folii okiennych nie wpłynęło w żaden sposób na popularność wyrobów tytoniowych wśród nieletnich, a jedynie doprowadziło do ułatwienia napadów na ich sklepy, ponieważ bandyci pozostają niewidoczni z ulicy, przedstawiciele rządu zbyli stwierdzeniem, że przepisy przecież nic nie mówią o stosowaniu folii a jedynie o zasłanianiu sklepów. Czyli ich zdaniem użycie kotar, żaluzji albo innych zasłon rozwiąże problem bezpieczeństwa? I to jest właśnie próbka jakości błyskawicznie stanowionego prawa. Szkoda, że za takie prawne buble przyszło zapłacić życiem młodej dziewczynie pracującej nocą w ofoliowanej trafice.

Reklamy

Węgierski skok na kasę

Nagle rzucone przez dziennikarza pytanie w stronę premiera Orbana, doprowadziło do gorącej dyskusji, w której ścierają się skrajnie przeciwne poglądy: czy premier Orban to bohater który wyrwał pieniądze publiczne z rąk malwersantów czy też osoba odpowiedzialna za utratę majątku przez wielu Węgrów i osób prawnych, które powierzyły swoje pieniądze funduszowi Quaestor.

Węgrami od mniej więcej miesiąca wstrząsają skandale związane z funduszami brokerskimi, które w końcu okazały się zwyczajnymi piramidami finansowymi. Cała sprawa w dużym stopniu przypomina sprawę polskiego Amber Gold czy SKOKów.

Zaczęło się od upadku funduszu Buda-Cash, który najpierw zadziwił wszystkich skalą zdefraudowanych środków. 100 miliardów forintów, które zniknęło z funduszu, jak to określił wiceprezes MNB (Magyar Nemzeti Bank) Laszló Windisch, zrobiło wrażenie i zaciekawiło media. Od początku śledczy zachowywali się dość tajemniczo: cały zespół policyjny zajął siedzibę firmy w nocy 22 lutego, nie udzielając żadnych konkretnych informacji, które potem bardzo skąpo przeciekały do mediów.

W końcu gruchnęła wiadomość jeszcze bardziej szokująca od powyższej kwoty. W funduszu pieniądze lokowały podmioty zarządzające środkami publicznymi – do mediów wyciekły informacje o miastach i województwach, które straciły pokaźne kwoty.

Rząd przeznaczył kwotę 245 milionów na doraźną pomoc dla 67 lokalnych samorządów poszkodowanych przez brokera, co wobec skali defraudacji jest kroplą w morzu, ale dziesiątki tysięcy klientów indywidualnych (proszę pamiętać, że Węgry mają tylko 10 mln mieszkańców!), tysiące biznesmenów i 80 lokalnych samorządów musiało zadowolić się informacją, że przedstawiciele funduszu obiecali współpracować z rządem w celu rozwiązania problemu. Na to czekała opozycja i przedstawiciele partii PM i LMP ogłosili, że zawnioskują o rozwiązanie parlamentu. Nie przyłączyli się do nich jednak posłowie, którzy byli związani z wcześniejszą władzą (MSZP i DK) bo Buda-Cash istnieje od 1995 roku, choć ostatnio jej szefowie byli w dobrych kontaktach z obecną władzą. Mając ten problem na sumieniu na równi z Fidesz,  MSZP nawoływało do pokrycia przez państwo strat poszkodowanym. Pojawiły się też głosy, że należałoby odwołać szefa MNB, Matolcsyego. Widać, że ten wziął sobie krytykę do serca i zabrał się za kontrolowanie tego typu funduszy.

Warto tu dodać, że Buda-Cash to podmiot dość podobny do polskich SKOK. Choć była to sieć 11 firm brokerskich zatrudniających 200 pracowników, to w jej posiadaniu były również cztery niewielkie banki, które wcześniej funkcjonowały, jako kasy kredytowe w rodzaju SKOK. W przeciwieństwie do innych kas nie zostały jednak one znacjonalizowane przez rząd w 2013-14 roku i przekształciły się w niezależne banki.

Zaostrzone kontrole nadzoru finansowego wywołały efekt domina. Następny w kolejce był Hungaria Értékpapír (Hungaria Securities), a 9 marca pojawiły się doniesienia o upadku Quaestor Group.

Ta sprawa była już znacznie niebezpieczniejsza dla rządu. W sprawie Buda-Cash próbowali oni wmawiać, że dzisiejsze problemy to wyłączna wina przekrętów z czasów rządów postkomunistów – argument mocno naciągany, ale wierny lud nie takie cuda kupi. Quaestor to jednak dziecko czasów Fidesz. Jego prezes-nie prezes, o czym za chwilę, Csaba Tarsoly, był osobą związaną z politykami Fidesz dość blisko i to politykami dość bliskimi premierowi. Uważa się, że odegrał on istotną rolę w tzw. „wschodnim otwarciu” ministra spraw zagranicznych Pétera Szijjártó i ma wiedzę na temat korupcji, która może za tym stać.

Quaestor jeżeli poszukamy polskiej analogii , to twór bliższy Amber Goldowi niż SKOK-om, bo tworzyło go 68 połączonych podmiotów transferujących między sobą pieniądze, będących w istocie piramidą finansową. Pikanterii dodał fakt, że spółka 16 marca wybrała nowego prezesa – niejakiego Belę Orgovana. Ten mieszkaniec małej, prowincjonalnej miejscowości, bez wykształcenia a za to z kartoteką kryminalną, w której znalazło się podejrzenie o morderstwo, chwalił się swoim sąsiadom, że ma w końcu porządną pracę (wcześniej brał udział w pracach społecznych, których organizacją chwali się premier – stało się to przyczyną złośliwych żartów, że w ramach tych prac można zrobić świetną karierę), w której może jeździć służbowym oplem!

Kariera Orgovana nie trwała jednak długo, po kilku dniach prezes Tarsoly powrócił na stanowisko. Jak mówił, skłoniła go do tego presja ze strony prasy, coraz bardziej drążącej sprawę absurdalnej zmiany w kierownictwie firmy, o przeszłości swego następcy rzekomo nic nie wiedział, a do tego ruchu namówił go jakiś tajemniczy doradca ds. reorganizacji. Słup w postaci Orgovana najwidoczniej miał dać szefostwu Quaestora więcej czasu na majstrowanie w dokumentach firmy i uniknięcie odpowiedzialności.

Przedziwny jest ten splot różnych zabiegów, zdarzeń i rozciągnięcie w czasie działań policji, która zazwyczaj w podobnych sprawach reaguje natychmiast, zatrzymując podejrzanych czy przesłuchując świadków w ciągu paru godzin od ujawnienia informacji o podejrzeniu oszustwa. Tu pan prezes grzecznie przeprasza i nadal cieszy się wolnością (aktualizacja: Tarsoly wraz z 2 innymi osobami zostali zatrzymani w końcu w czwartek 26 marca) choć wiadomość o ogłoszeniu upadłości podano 9 marca (do dziś upadłość nie została jednak zarejestrowana przez sąd). Na nadzwyczajnym kryzysowym posiedzeniu kierownictwa Tarsoly miał zapewniać, że pomoc przyjdzie od zaprzyjaźnionego ministra Szijjarto, za pośrednictwem którego do premiera miał dotrzeć adresowany bezpośrednio do niego list z prośbą o pomoc, traktujący o sytuacji firmy.

Jak się okazało w Quaestor i innych zaprzyjaźnionych firmach brokerskich publiczne pieniądze ulokowały ministerstwa i różne instytucje państwowe. Pieniądze te szczęśliwie zostały wycofane  i uratowane po aferze z Buda-Cash. Zastanawiające jest jednak, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych dziwnym trafem wycofało pieniądze tuż przed ogłoszeniem upadłości Quaestor, dokładnie tego samego dnia. Było to 3.8 mld forintów powierzone brokerowi przez podlegającą ministerstwu Magyar Nemzeti Kereskedőház (brokera wybrano bo oferował bezpłatną obsługę konta i odsetki dające zysk 19-38 mln forintów).

Na pytanie dziennikarza, Orban otwarcie przyznał, że to on sam wydał ministerstwom polecenie wycofania pieniędzy z funduszy. Oburzenie opinii publicznej wywołał fakt, że rząd ratując ulokowane wcześniej przez siebie pieniądze nie podzielił się swoimi obawami z tysiącami obywateli, którzy również zaufali firmom brokerskim, ale niestety nie mieli świadomości problemów funduszu.

Minister Lazar, tłumaczy, że premier nic nie wiedział o sytuacji Quaestora i fakt, że nakazał wycofanie publicznych pieniędzy z firm brokerskich był raczej wynikiem intuicyjnych działań. To intuicja podpowiedziała premierowi, że ostatnie wydarzenia mogą doprowadzić do efektu domina i kolejnych upadków funduszy. Opozycja domaga się natychmiastowego ustąpienia rządu, a DK i Jobbik zgłaszają właśnie doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa o charakterze insider trading.Wszyscy zadają sobie teraz dwa pytania: o czym wiedział rząd oraz gdzie są pieniądze. A chodzi o zniknięcie 150 mld Ft. W tle mamy jeszcze tajemniczą śmierć Andrasa Szilagyiego odpowiedzialnego za inwestycje ministerstwa (w dzień po upadłości Quaestor). Mnie zastanawia zaś, na co wydawane były kwoty, jakie na umieszczaniu w instytucjach o podwyższonym ryzyku zarabiali rząd i inne organy władzy, także tej samorządowej. Czy były one wydawane w ramach wydatków budżetowych? Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

Węgrzy w kosmosie

Węgry zostały właśnie pełnoprawnym członkiem Europejskiej Agencji Kosmicznej, choć jako pierwsze spośród krajów byłego bloku wschodniego nawiązały kontakt z ESA, bo już w kwietniu 1991 roku. Pomimo to przez 25 lat ograniczali się do współpracy z agencją, gdy tymczasem kraje takie jak Czechy, Polska i Rumunia stały się już jej pełnoprawnymi członkami. Można by odnieść wrażenie, że przeszkodą była roczna składka członkowska, której wysokość to 8 mln Euro.

Po pierwsze, wszyscy którzy znają temat przekonują, że nawet taka minimalna składka zwraca się prawie w całości, a wręcz obowiązuje zasada, że im więcej włożysz tym więcej wyciągniesz – ESA znacznie wcześniej niż NASA czy Rosjanie, oparła swą działalność na założeniach biznesowych, nie bawiąc się w kosztowne wyścigi kosmiczne imperiów. Rakiety Ariane nie miały na celu wozić w kosmos kosmonautów tylko dochodowe satelity lub urządzenia służące nauce. Jest to przy okazji odpowiedź na pytanie zadawane przez węgierskich dziennikarzy, którzy chcieliby wiedzieć czy mogą liczyć na drugiego węgierskiego kosmonautę po Bertalanie Farkasu.

Po drugie, Węgry nigdy nie kryły swych aspiracji do stania się centrum naukowo-technicznym, co najmniej w regionie Europy Środkowej. Głośny był spór między Budapesztem i Wrocławiem o ulokowanie Europejskiego Instytutu Technologicznego w Budapeszcie – który zakończył się tym, że powstało centrum znajdujące się… w kilku miejscach, co przeczy samej idei centrum. Niemniej jednak to Budapesztowi przypadła siedziba rady zarządzającej EIT – przy takich aspiracjach nawet bez wysokiej stopy zwrotu kwota 8 mln EUR wydaje się niewielka. Choć rząd węgierski nie stara się jakoś szkodzić naukom ścisłym i technicznym tak jak to robił z ekonomiczną Corviną, to nie widać też takich nakładów z jego strony jak otrzymuje Ludovika, potencjalna kuźnia kadr politycznych. A przecież dobrze wykształcone kadry techniczne są głównym magnesem dla inwestycji na Węgrzech.

Wracając do kwestii dopięcia procesu przystąpienia do ESA, to ja stawiałabym w tej sytuacji na przyczyny polityczne. Wydaje się, że nawet dla Węgrów współpraca z Rosjanami w branży kosmicznej na dotychczasowych zasadach jest nie do zaakceptowania i skorzystali z możliwości do zademonstrowania swego proeuropejskiego nastawienia. Ot, coś na drugą nóżkę. Rosjanie nie powinni jednak odbierać tego jak jakiś akt wrogości, bo ESA dotychczas nawet kupowała od nich rakiety, a poza tym członkostwo w ESA jest niejako konsekwencją członkostwa w Unii Europejskiej. Z drugiej jednak strony, choć agencja ma w nazwie słowo Europejska to jej członkiem stowarzyszonym jest Kanada, a współpracuje z nią Izrael i Turcja, a takie grono wskazywałoby raczej na NATO niż UE. Nie ma co ukrywać również, że wiele projektów ma charakter militarny bo nikt nie tworzy systemu geolokacyjnego tylko dla radości kierowców, choć ESA i rządy państw europejskich zapewniają, że ich Galileo w przeciwieństwie do GPS i rosyjskiego Glonass kontrolowany będzie przez instytucje cywilne (np. cywilnego ministra obrony :)

Na razie wydaje się jednak, że jak w starym dowcipie Węgrzy zaczynają od złego pytania i na wieść o interesie do zrobienia pytają się zaraz: A ile na tym można stracić?

Nieoczekiwany wynik wyborów w Veszprém

Wybory uzupełniające do parlamentu w tradycyjnie prawicowym Veszprém wygrał w niedzielę niezależny kandydat Zoltán Kész popierany przez lewicę. Kész otrzymując 43% głosów zwyciężył z przewagą 10% nad kandydatem Fideszu Lajosem Némedi. Fidesz–KDNP traci tym samym konstytucyjną większość 2/3 głosów w parlamencie.

Wyborcy mają rację – powiedział Tibor Navracsics, były minister w rządzie Fidesz, a obecnie komisarz w UE, po którym mandat obejmie Kész. Navracsics wygrał w wyborach w tym okręgu wiosną 2014 z przewagą 20% nad kandydatem lewicy. W Fidesz spodziewano się, że tym razem różnica między kandydatami będzie mniejsza, ale liczono jednak na wygraną. Fidesz musi wypracować nową strategię – dodał Navracsics, który ostatnio nie szczędzi gorzkich słów swojej byłej partii. Viktor Orbán komentując wynik wyborów powiedział, że należy uszanować decyzję wyborców i jednocześnie wyciągnąć z tej porażki wnioski: nie można spocząć na laurach.

Posiadanie 2/3 większości parlamentarnej oznaczało możliwość zmiany nie tylko konstytucji ale i ordynacji wyborczej, z czego Fidesz korzystał.

2/3 głosów jest poza tym niezbędne do obsadzania wielu ważnych stanowisk w państwie i choć zostały one już w większości przez Fidesz obsadzone, to bez tego jednego głosu fideszowscy nominaci nie będą przez kilka następnych lat do wyborów szachowani możliwością ich swobodnego odwołania. Może to ich zachęcić do wzniesienia się ponad partyjne interesy, tak aby w przyszłości pozostać wiarygodnymi w środowiskach prawniczych czy akademickich, z których najczęściej się wywodzą.

Pogłębiać się może teraz również wewnętrzna erozja w samym Fideszie, w którym trwa konflikt zainicjowany przez Lajosa Simicskę (Simicska story I, Simicska story II), choć wydawało się, że w ostatnich dniach ten spasował, widząc jak słabe ma karty w ręku. Oligarcha doszedł chyba jednak do wniosku, że warto pozostać w grze, widząc jak drugiej stronie nie idzie karta.

I tak państwowa telewizja wiadomość o przegranych wyborach podała na 17 miejscu, a tymczasem główna gazeta Simicski nie odpuszcza tematu, co nie oznacza jednak, że cieszy się z tego zwycięstwa, nazywając zwycięskiego kandydata koniem Kaliguli. Magyar Nemzet neguje pozytywne cechy zwycięzcy, podkreślając, że wyborcy głosowali w sposób negatywny, przeciwko (w domyśle: nie mogąc głosować na lepszego kandydata jakim przecież mógł być Simicska). Nie głosowano na kandydata lecz przeciw rządowi.

W jednym z redakcyjnych komentarzy znajdujemy ewidentne odwołania do działań rządu i jego otoczenia i jak za komuny wezwanie do samokrytyki, do naprawienia błędów i wypaczeń oraz pozbycia się niekompetentnych doradców. Główny doradca premiera, Árpád Habony, do którego bez wątpienia odnoszą się te zarzuty, od pewnego czasu stał się przedmiotem śledztwa dziennikarskiego, kiedy okazało się, że wskazane przez niego w CV uczelnie nie są w stanie potwierdzić jego wykształcenia. Jeszcze niedawno jeden z polityków Fideszu rozpływał się nad wrodzonym talentem strategicznym Habonya, który pokazał Fideszowi jak prostym zajęciem jest polityka. Dziś natomiast, po przegranych wyborach w Veszprém wróży się koniec ery tego typu PR-owców. Jak widać polityka ich przerosła.

Putin w mieście

Czerwone metro nie zatrzymuje się na stacji Kossuth ter, zamknięte ulice wokół Parlamentu, wczesnym popołudniem zamknięte ulice w okolicach Placu Bohaterów i cmentarza Kerepesi (Fiumei sírkert), od 16.00 okolice pałacu prezydenckiego (Sandor Palota) na Wzgórzu Zamkowym. Od południa do 21.00 należy liczyć się z utrudnieniami na drodze dojazdowej na lotnisko, na samym lotnisku, mostach Elżbiety, Łańcuchowym, Małgorzaty oraz na niektórych odcinkach nabrzeża Dunaju, na obwodnicy M0, na dojazdowych odcinkach M3 i M5, utrudnienia w okolicach Szechenyi ter, na Ulloi ut, Andrassy ut, Bajcsy-Zsilinszky, Vaci ut. Utrudnienia wystąpią dziś w dzielnicach: I., II., V., VI., VII., VIII., IX., XI., XIII., XIV., XV., XX., XXII., XXIII, więcej szczegółów na stronie policji.

Samolot z pancerną limuzyną wylądował już wczoraj, w mieście na trasie przejazdu Putina przyspawano włazy do studzienek kanalizacyjnych w obawie przed atakiem terrorystycznym, a tymczasem w oczekiwaniu na gościa portal hvg proponuje sprawdzić czytelnikom swoją wiedzę o Rosji prostym testem (j. ang).

Program wizyty: Putin ląduje o 14.00, na początek wieńce na Placu Bohaterów, o 15.00 cmentarz Fiumei uti sirkert i wieńce na parceli żołnierzy radzieckich. Tu warto wspomnieć, że w latach 2012-14 miejsce to zostało odnowione dzięki zabiegom i pieniądzom rosyjskiego miliardera przy pomocy rządów Rosji i Węgier – oprócz odnowionych grobów żołnierzy poległych w 1944-45, na miejsce wróciły odnowione obeliski z czerwoną gwiazdą upamiętniające tych którzy zginęli tłumiąc węgierskie powstanie w 56 (napis na pomniku poniżej głosi, że zginęli bohaterską śmiercią w 1956 w walce z kontrrewolucją skierowaną przeciwko WRL i władzy ludowej).

16.45 podpisanie porozumień z Orbanem, 17.00 – wspólna konferencja prasowa (wcześniej o 16.00 przed ambasadą rosyjską ma się odbyć manifestacja poparcia dla Putina. Z kolei wczoraj wieczorem od dworca Keleti do Nyugati przez miasto przemaszerowali jego przeciwnicy). O 18.30 – spotkanie z prezydentem Aderem.

HVG podaje, że jednym z celów Putina może być umowa na odbudowę 3 linii metra oraz wykup przez państwo węgierskie Sbierbanku. Pozostałe punkty to gaz, sankcje ze szczególnym uwzględnieniem uchylenia ich wobec produktów rolnych z Węgier i elektrownia atomowa w Paks. Sprawa udziału Rosjan w odbudowie 3 linii metra jest o tyle dyskusyjna, że BKK samo się chwali na swej stronie, że projekt ten będzie w znacznej części realizowany ze środków Unii Europejskiej. W czasie wizyty omawiane będą również kwestie dotyczące współpracy regionalnej, szkolnictwa wyższego, służby zdrowia. (za index.hu)

Simicska story cz.I

Medialna wojna

W piątek węgierska prasa zajmowała się głównie konfliktem na linii Orbán-Simicska. Ten właściciel imperium medialnego (sprzyjającej rządowi stacji newsowej Hír TV, dziennika Magyar Nemzet, tygodnika Heti Válasz oraz 3 stacji radiowych) do niedawna uważany był za podporę finansową Fideszu i wielkiego przyjaciela Orbána (panowie znają się jeszcze z czasów studenckich – byli kolegami z akademika i z wojska – a wiadomo, że wojsko łączy na całe życie :). Od paru miesięcy coś jednak w tym związku zaczęło zgrzytać, a ostatnie wydarzenia to już otwarta wojna.

W piątek bez wcześniejszych zapowiedzi wymówienia złożyli naczelni i zastępcy szefów mediów należących do Simicski, jak podali w komunikacie „z powodów sumienia”. Simicska nazwał ten ruch wbiciem noża w plecy i zapowiedział, że zwolni z redakcji wszystkich zwolenników Orbána, co wywołało prawdziwą burzę w środowisku dziennikarskim. Przy okazji udzielił prasie szeregu wywiadów, w jednym z nich używając w stosunku do Orbána wulgarnego określenia „geci” i odgrażając się, że jest w posiadaniu wystarczających informacji by pogrążyć Fidesz, Orbána i cały jego rząd.

Wg. niektórych mediów odejście szefów redakcji wiąże się z poleceniem częstszego atakowania Orbána wydanym przez Simicskę (on sam oczywiście zaprzecza) w odwecie za ostatni pomysł rządu by radykalnie obniżyć wysoki podatek reklamowy, nałożony wcześniej na konkurencyjną stację RTL (mówi się, że zmianę stanowiska spowodowały naciski ze strony Berlina). Rząd będzie próbował uzupełnić zaplanowane z podatku reklamowego wpływy kosztem innych, w tym należących do Simicski mediów, co wzbudziło jego gniew i zapowiedź medialnej wojny, na którą nie godzili się naczelni. Jeśli to był powód odejścia, to dziennikarze okazali się jednak być wierni Orbánowi. Simicska od razu mianował nowego naczelnego Magyar Nemzet, sam zaś stanął na czele Hír TV. Po wywołaniu piątkowej burzy poprosił o ochronę, bo jak twierdzi ma powody by obawiać się o swoje życie.

Przez ostatnie lata wpływy Simicski wzrosły na tyle, że zaczęły zagrażać wpływom samego Orbána, tak więc z największego przyjaciela stał się on teraz wrogiem nr 1. Próby marginalizowania Simicski trwają już od kilku miesięcy, jego ludzie są usuwani z ważnych stanowisk w administracji i z rządowych firm. Informacja o tym, że Simicska zastanawia się nad kandydowaniem w wyborach uzupełniających w okręgu wyborczym Veszprém wywołała popłoch w szeregach Fideszu (w Veszprém trwa walka o mandat poselski po Tiborze Navracsicsu, który musiał z niego zrezygnować po tym gdy został wybrany na Komisarza Europejskiego). Simicska swojej kandydatury jednak nie zgłosił więc spekulowano, że dogadał się ze swoimi kolegami. Wybory uzupełniające w Veszprém, które mają odbyć się 22 lutego są szalenie ważne dla rządzącej partii gdyż brak tego mandatu może ją pozbawić większości parlamentarnej i możliwości samodzielnej zmiany konstytucji.

Kosowscy imigranci zalewają Węgry

W ostatnich dniach węgierska policja odnotowuje coraz więcej przypadków nielegalnego przekraczania granicy serbsko-węgierskiej przez imigrantów z Kosowa chcących przedostać się przez Węgry do Niemiec, Austrii lub Szwajcarii. W samym styczniu było to 10 tys. osób, choć nieoficjalnie mówi się, że to tylko 20% uciekinierów z Kosowa, a reszcie udało się przedostać na Zachód bez zatrzymania na Węgrzech. 1 stycznia policja zatrzymała 118, 2 stycznia 134 osoby, 30 stycznia było to już 1400 osób. W ciągu kilku ostatnich dni dziennie kilkuset nielegalnych imigrantów przekracza zieloną granicę w okolicach Röszke, Mórahalom i Ásotthalom. Dla porównania, w całym 2013 roku było to 6000 osób. Kosowscy Albańczycy masowo uciekają z kraju, w którym rządzi korupcja, bezrobocie i zorganizowana przestępczość.

W wioskach i na bocznych drogach na południe od Szegedu każdego dnia pojawiają się nowe, większe bądź mniejsze grupy, które pokonały pieszo zieloną granicę, pod osłoną nocy przechodząc przez rowy z wodą i kontynuując swą drogę przez okoliczne lasy. Ich droga z Kosowa prowadzi przez Belgrad (Kosowo opuszczają ponoć dziennie dziesiątki autobusów) gdzie przesiadają się na autobus do Suboticy (węg. Szabadka). Na terytorium Węgier przedostają się np. w miejscu gdzie autostrada Szabadka-Horgos zbliża się na odległość kilkuset metrów do granicy.

W piątek policja donosiła o łącznej liczbie 1269 osób zatrzymanych tego dnia w południowej części komitatu Csongrad; wśród nich 1222 osób to Kosowianie, 6 Syryjczyków, 14 Pakistańczyków i 16 Afgańczyków – wszyscy poprosili o status uchodźcy. Ale zanim wydana zostanie decyzja wielu z nich pewnie zdąży znaleźć się w Niemczech. Wieczorem o 17.30 w Ásotthalom w południowych Węgrzech zatrzymano największą grupę – 153 Kosowian. W sobotę rano znów pomiędzy miejscowościami Mórahalom i Ásotthalom widziano wiele grup 5-10 osobowych, są wśród nich małe dzieci (w sobotę łącznie zatrzymano 1022 osoby, z czego 991 to Kosowianie, 18 Afgańczycy, 7 Irakijczycy, 3 Kubańczycy, 2 Syryjczycy i 1 Somalijczyk (dane ze strony police.hu).

Ludzie ci decydują się na podróż całymi rodzinami pomimo zimna i pogarszającej się pogody. Przewagę stanowią mężczyźni w wieku 20-30 lat, ale jest też dużo kobiet z małymi, często kilkumiesięcznymi dziećmi. Portal Origo przytacza historię rodziny z ośmiorgiem dzieci koczującej na dworcu Kelenfold w Budapeszcie. Ojciec rodziny, Ahmed nie posiadający żadnego fachu i nie znający żadnego obcego języka (tylko nieliczni potrafią powiedzieć parę słów po angielsku) z pomocą tłumacza mówi dziennikarzom, że wolałby znaleźć się choćby z powrotem w Kosowie, byleby skończyła się już ta udręka. Kilka dni temu na dworcu kolejowym w Gyor zatrzymano grupę 250 osób, wszyscy mieli ważne bilety kolejowe do Wiednia, ale nie posiadali przy sobie żadnych dokumentów.

Sytuacja w miejscowości Ásotthalom na południu Węgier staje się dramatyczna. Niektórzy mieszkańcy pomagają, szczególnie rodzinom z dziećmi, np. zapewniając jedzenie. Jednak większość zaczyna się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Imigranci pukają w nocy do drzwi, koczują w ogrodach rozpalając ogniska, pozostawiając po sobie góry śmieci, zużyte, przemoczone ubrania, podarte dokumenty. Granica nie jest w ogóle kontrolowana, w zasadzie każdy, nawet terrorysta, może się przez nią przedostać czy przemycić broń. Exodus kosowskich Albańczyków trwa już od kilku miesięcy, jednak teraz zjawisko nasiliło się na niespotykaną dotąd na Węgrzech skalę.

Od czasu ataków na redakcję satyrycznego pisma w Paryżu, premier Orban dużo i chętnie mówi na temat konieczności zaostrzenia kontroli granicznej w Unii Europejskiej. Węgrzy jednak kilka lat temu zlikwidowali straż graniczną jako taką, a jej obowiązki przejęła policja, choć jako państwo posiadające granice z państwami niebędącymi w Unii Europejskiej zobligowani byli do zapewnienia odpowiedniej kontroli, tak jak to ma miejsce na polskiej granicy. Jest to dla mnie o tyle niezrozumiałe, że o ile mi wiadomo to kraje będące na zewnętrznej rubieży Unii otrzymały środki na cel ochrony wspólnych granic. Przyznać trzeba, że likwidacji straży granicznej oraz włączenia jej w struktury policji dokonał poprzedni premier i pamiętam, że antyrządowe demonstracje w tamtym czasie były „zabezpieczane” także przez sprzęt należący wcześniej do straży granicznej. Jak widać wejście Rumunii i Chorwacji do UE i postępy w akcesji Serbów doprowadziły do tego, że węgierskie władze chyba przedwcześnie uznały granicę z Serbią za kolejną bezpieczną, wewnętrzną granicę Unii. Pytanie kto teraz ma posprzątać cały ten bałagan: Węgrzy czy Serbowie?