Podróż do przeszłości

Nowa atrakcja na Wzgórzu Zamkowym. W kaplicy św. Michała pod Basztą Rybacką zaczęło działać mini-kino 3D, gdzie można obejrzeć świetną animację 3D o historii Węgier. Film trwa 14 minut. W tym czasie zobaczymy m.in. budowę Mostu Łańcuchowego i kościoła Macieja, zamek z czasów króla Macieja, zajrzymy na chwilę do słynnej biblioteki Corviniany, zobaczymy oblężenie Egeru, Horthyego na białym koniu,  obrazy z rewolucji węgierskiej 1848 czy z czasów bardziej współczesnych – powstanie z 1956 r, otwarcie granicy w 1989 roku.

Film wyświetlany jest co pół godziny, codziennie między 9.00 a 18.00. Do wyboru 8 wersji językowych (niestety nie ma polskiego) – węg, ang, niem, ros, fr, hisz, wł, chin. Bilety w cenie 1400 Ft można kupić na miejscu lub przez Internet. Dla grup szkolnych bilety kosztują 600 Ft (min. 10 osób). Zorganizowane grupy turystyczne – cenę można uzgodnić wcześniej telefonicznie. Szczegóły na stronie 3D Past. Uwaga: schodząc na film, pamiętajcie że w podziemiach jest dość chłodno, warto więc włożyć dodatkową warstwę ubrania.

Poniższy zwiastun robi całkiem dobre wrażenie. To naprawdę świetny sposób na ujrzenie kształtu zamku w formie, jaką miał gdy królował na nim Maciej Korwin i tego co z niego zostało do dziś (choć oczywiście nie w oryginale :)

Reklamy

100 lat temu w Budapeszcie

1 marca 1915 roku o godzinie siódmej rano Stołeczne Przedsiębiorstwo Transportu uruchomiło pierwszą w Budapeszcie i na Węgrzech linię autobusową. Autobusy kursowały po alei Andrássyego, od Aréna út (dziś ul. Dózsa György) do Vilmos császár út (dzisiejsza Bajcsy-Zsilinszky).

Na zdjęciach: pętla na Széll Kálmán tér w 1941 r., Astoria w 1941 r. oraz przystanek na Andrássy – rok 1938 (w tle widać Plac Bohaterów). Więcej o historii transportu publicznego w Budapeszcie na blogu bkvfigyelo.blog.hu

Jako uzupełnienie dorzucam jeszcze poniższe zdjęcia. Sto lat temu po Andrássy kursowały dwa autobusy jednopokładowe – jeden z napędem elektrycznym, a drugi zasilany benzyną. Oba służyły w czasie I wojny światowej do przewozu rannych. Wkrótce jednak przekazano je na powrót do transportu cywilnego.

Po kilku miesiącach dołączyły do nich kolejne dwa, tym razem piętrowe pojazdy produkcji MARTA. W związku z tym, że jeden z tych pierwszych jednopokładowych pojazdów (zasilany benzyną) nie wytrzymywał obciążenia, szybko wycofano go z ruchu i tak do 1917 roku w transporcie publicznym stolicy wykorzystywano tylko trzy autobusy (źródło: facebook.com/mienkahaz).

Węgierski sposób na franki

Premier Kopacz powinna zastanowić się czy warto zadzierać z Węgrami. Jak im nadepnąć na odcisk, to potrafią wykazać się naprawdę dużą inwencją planując zemstę.

W 1925 roku wybuchł międzynarodowy skandal, gdy w Hadze zatrzymano węgierskiego oficera, który próbował wymienić w banku fałszywe pieniądze. Znaleziono przy nim walizkę pełną fałszywych franków. Wkrótce odkryto, że nie był jedynym węgierskim oficerem podróżującym z taką zwartością walizki.

Tajny węgierski projekt ruszył w 1922. Zgodnie z planem, duża ilość fałszywych pieniędzy miała osłabić gospodarkę Francji i jej rządu, a zysk z operacji miał być przeznaczony na wspieranie ruchów rewizjonistyczno-irredentystycznych. Ponieważ po wybuchu skandalu zniszczono wszelką dokumentację i obciążające dowody, nie można dziś bezspornie wskazać winnych i podać szczegółów planu. Wiadomo tylko, że ministerstwo finansów zamówiło dla Państwowych Zakładów Kartograficznych specjalne maszyny drukarskie z Niemiec, które mogły posłużyć do tego procederu.

Premier hrabia Pál Teleki o ile nie brał udziału w tym procederze to uważa się, że musiał o nim wiedzieć. To samo tyczy się kolejnego premiera Istvána Bethlena, za czasów którego akcja weszła w główną fazę i w końcu się wydała. Chociaż historycy podają, że głównym dowodem był wspomniany wyżej zakup maszyny drukarskiej czy zaangażowanie Państwowego Instytutu Kartografii, to należy pamiętać również o fakcie, że holenderscy i francuscy śledczy musieli działać praktycznie na własną rękę, a często wręcz wbrew węgierskim organom ścigania, które robiły wszystko by ukręcić sprawie łeb.

Kulminacją był wyrok sądu, w którym główny oskarżony książę Lajos Windischgraetz został skazany za popełnienie zbrodni, bo tak przecież klasyfikuje się w europejskich systemach karnych fałszowanie pieniędzy, na bagatela 4 lata pozbawienia wolności, które nie dość tego spędził w sanatorium. Łagodne wyroki sąd umotywował afektem w jakim działali sprawcy, spowodowanym… ograbieniem Węgier z ziem na mocy traktatu z Trianon.

O ile historycy węgierscy zgodnie dzisiaj przyznają, że obaj wyżej wymienieni premierzy musieli wiedzieć o akcji, to raczej nie wspominają nazwiska Horthyego, który przecież jako naczelnik państwa kontrolował wojsko. Inna sprawa, że postaci oficerów węgierskich w tej historii zachowują się jakby byli bohaterami operetki. Złapany w Hadze Jankovich zamiast zgodnie z planem przekazać fałszywki lokalnym kontaktom, nie wiedzieć czemu udał się do banku, gdzie próbował wymienić banknot tysiącfrankowy, a gdy rozpoznano fałszywkę, wszczyna awanturę, w wyniku której policja znajduje w jego bagażu resztę banknotów. Co ciekawe, kolejne partie pieniędzy zostają znalezione przy kolejnych oficerach, którzy próbują je dostarczyć. Dlaczego nikt ich nie zawrócił?

Bardzo ciekawie o motywach Węgrów pisał w stylu właściwym dla dziennikarstwa II Rzeczypospolitej łódzki dziennik Ilustrowana Republika z 1926 roku, na którego artykuł natrafiłam poszukując materiałów w tej sprawie. Co ciekawe, redakcja polskiej gazety z tamtych czasów wydawała się równie dobrze (o ile nie lepiej :) poinformowana o szczegółach afery od węgierskich historyków publikujących dzisiaj na ten temat.

Podobną metodę zastosowali w czasie II wojny światowej Niemcy. Tę fascynującą historię opowiada nagrodzony Oskarem austriacki film „Fałszerze”. Uważa się, że udało się Niemcom i pracującym dla nich fałszerzom podrobić w doskonały sposób angielskie funty sterlingi, co doprowadziło do finansowego upadku Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej i krachu imperium. Zgodnie z fabułą Amerykanie i ich dolar mieli po prostu szczęście. Ale już wcześniej państwa stosowały takie metody rywalizując politycznie, czego przykładem było fałszowanie polskiej monety przez władców Prus w okresie poprzedzającym rozbiory – w tamtych czasach chodziło głównie o produkcję fałszywek o gorszej zawartości metalu szlachetnego od oryginału.

Poniżej zamieszczam link do archiwalnego numeru Ilustrowanej Republiki, udostępnionego w sieci przez łódzką Bibliotekę Cyfrową. Artykuł o węgierskim fałszerstwie znajdziecie na stronach 1 i 4 dziennika.

Dla znających węgierski podaję jeszcze link do artykułu historyka Balázsa Ablonczyego z pisma Múltunk nr 2008/1.

Ile lat ma kościół Macieja?

Ile lat ma kościół Macieja? Wpadka czy może przebiegły marketingowy plan wydawcy pamiątkowych medali? Podobnie jak w Polsce, na Węgrzech też mnożą się tacy co by to wszystko chcieli stosownie upamiętnić, za drobną opłatą oczywiście. Spółka Instytut Węgierskich Medali Sp. z o.o. wydała 20 tysięcy egzemplarzy medalu upamiętniającego historię kościoła Macieja. Postać wielkiego króla świetnie się kojarzy, a i kościół niezgorzej. I nie byłoby nic w tym ciekawego gdyby nie fakt, że medale mają upamiętniać 1000 lat tego kościoła. Tyle lat nie ma jednak ani kościół ani nawet styl gotycki w jakim kościół pierwotnie zbudowano. Datuje się go na panowanie Beli IV, kiedy to po najeździe tatarskim na Wzgórzu Zamkowym pojawia się większe osadnictwo. Za czas budowy świątyni przyjmuje się lata 1250-1275. Natomiast obecny wygląd i motywy które eksponuje wydawca monety (rozeta, ozdobna brama kościoła) to efekt przebudowy dokonanej przez Frigyesa Schulka pod koniec XIX w, której kościół zawdzięcza swój obecny wygląd.

Rozgorzała dyskusja czy można w tym wypadku brać pod uwagę rok 1015, który figuruje na stronie samego kościoła – tym zasugerował się wydawca monety nie zasięgając opinii ekspertów. Jak przyznaje Balázs Mátéffy, dyrektor kościelnego muzeum, daty tej nie potwierdza ani historia ani odkrycia archeologiczne i jest ona nawiązaniem do tradycji kościelnej sięgającej średniowiecza czy legendy, która rozpowszechniła się w epoce baroku. W czasach po odbiciu Budy z rąk Turków istniało fałszywe przekonanie (utrzymujące się do pocz. XX w.), że kościół ufundował Św. Stefan w 1015 roku i tę datę uwiecznił graf Esterhazy w ołtarzu z XVIII w. Faktem jest, że Św. Stefan ufundował w tym roku świątynię, ale w innym miejscu – był to kościół na terenie dzisiejszej Óbudy. I to najwidoczniej z nim musiano pomylić kiedyś kościół Macieja.

Warto pamiętać, że oficjalnie świątynia jest pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, jest też znana jako Kościół Koronacyjny, a powszechnie używana nazwa kościół Macieja pochodzi od króla Macieja Korwina (a nie św. Macieja! – niestety na takie kwiatki można czasem natknąć się w Internecie).

Osobliwy medal można nabyć za 5990 Ft.

medal z Kosciołem Macieja, fot.eremkibocsato.hu

Archeologiczne odkrycie

W czasie modernizacji linii kolejowej Budapeszt – Esztergom znalezione zostały dwa rzymskie sarkofagi.

Niestety nie zachowały się żadne przedmioty należące do zmarłych, bo pięknie zdobione sarkofagi z III wieku już w starożytności skusiły rabusiów, którzy pozostawili jedynie kości zmarłych. Sarkofagi stanowią część znanego już wcześniej archeologom cmentarza, który ciągnął się po obu stronach drogi na zachód za rzymskim miastem Aquincum.

fot. regeszet.aquincum.hu

Dziś Aquincum to część Budapesztu nazywana Óbudą (Stara Buda). Znajduje się tu muzeum, gdzie można obejrzeć pozostałości z czasów rzymskich (ale nie tylko tu, bo rzymskie pamiątki są rozproszone na dość dużym terenie i często znajdują się w stosunkowo mało znanych turystom miejscach). Sarkofagi prawdopodobnie trafią do tego muzeum. Wiele wspaniałych pozostałości rzymskich na tym terenie odkryto w latach 70 XX wieku, kiedy budowano drogi szybkiego ruchu. Teraz, kiedy ruszyła inwestycja związana z koleją można spodziewać się kolejnych rzymskich artefaktów.  Mam nadzieję, że będę mogła o takich znaleziskach informować częściej.

fot. fb Nemzeti Infrastruktúra Fejlesztő Zrt.

W całej sprawie zastanawia mnie tylko jeden fakt. Płyta sarkofagu ważyła tonę, ale tak na pierwszy rzut oka sposób w jaki robotnicy podnosili ją koparką przedstawia archeologię węgierską jako dość barbarzyńską.  Z drugiej jednak strony nie znam się na pracach archeologicznych więc może to jest standard. Co o tym sądzicie?

Żydowskie opowieści

Wbrew pierwszemu skojarzeniu tytułowe opowieści to wyznania nie samych Żydów, ale 54 osób w większości nie będących Żydami, nie mających żydowskich korzeni lub pochodzących z rodzin mieszanych. Bardziej i mniej znane z życia publicznego osoby (wśród nich m.in. artyści, publicyści, naukowcy) zdecydowały się opowiedzieć o swoich doświadczeniach i kontaktach z Żydami, o stereotypach, wychowaniu, wykluczeniu, o historii, o przyjaźniach i o przypadkach niechęci.

Niektórzy przywołują wspomnienia z dzieciństwa, mówią o domowym „żydowaniu” (węg. zsidózás – takie „żarciki”, nadawanie wszystkim „podejrzanym” miana Żyda). To trochę spowiedź z „małych” (ale w końcu nie aż takich małych jak się uzbiera) rodzinnych grzeszków.

Seria Zsidó mesék jest próbą odpowiedzi na pytanie jak węgierskie społeczeństwo postrzega dziś Żydów. Filmy, będące zapisem rozmów nakręcono na dziedzińcach tzw. domów z gwiazdą, do których przymusowo przesiedlano Żydów w czasie II wojny. Reżyser Péter Gárdos porusza temat, który wciąż jeszcze jest dla niektórych Węgrów niewygodny, często spychany do kategorii tabu. Filmiki do obejrzenia tutaj ( jęz. węg., niestety angielskich napisów brak).

Filmy powstały na zlecenie gminy żydowskiej, która postanowiła dać się wypowiedzieć też innym. Może jednak brak tu skrajniejszych przykładów, ale od czegoś trzeba zacząć. Szkoda, że nie ma tu osób które deklarują się jako niechętne Żydom, a które mogłyby opowiedzieć z czego wynikają ich przekonania. Czy są to własne doświadczenia, czy historie typu „bo dla mojego dziadka to Żydzi byli niemili. Dziadka nie pamiętam ale mama i tata mówili.”

Poniżej jeden z filmów, opowiadający rodzinną historię miłości żydowskiego chłopca do dziewczyny pochodzącej z reformackiej rodziny, nie akceptującej Żydów. Po latach pozostaje wstyd za wypowiedziane wtedy krzywdzące słowa.

Stühmer – historia dwóch sukcesów

Stühmer Frigyes – twórca sławnej marki, a w zasadzie Friedrich Stühmer pochodził z północnych Niemiec. Urodził się w 1843 w Meklemburgii. Swe umiejętności zdobywał najpierw w Ludwigslustban, a później w Hamburgu i Pradze. W końcu w 1866 dotarł na Węgry. Do Budapesztu ściągnął go znany lokalny cukiernik Ferenc Nagy, który miał swoją cukiernię na ulicy Jesiennej (Ősz u., obecna Király u.). Friedrich przybył na miejsce w 1868, a po dwóch latach uznał, że jest ono godne jego talentu i w 1870 odkupił zakład pana Nagya. W swym zakładzie wprowadził nowoczesne technologie – sprowadzone z Drezna maszyny parowe.

Franciszek Józef był pod takim wrażeniem tej technologii, że zezwolił na wykorzystanie na produkcie godła węgierskiego! W 1879 jego wyroby otrzymały złoty medal na Wystawie Krajowej w Székesfehérvár, a niedługo później za wysoką jakość produkowanych wyrobów został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi dla Korony. Od 1885 rozpoczyna produkcję czekolady. W 1888 rejestruje nazwę Stühmer jako znak towarowy w Budapeszteńskiej Izbie Handlowo – Przemysłowej.

Tę wspaniałą karierą przerywa przedwczesna śmierć przemysłowca w 1890 roku (miał tylko 47 lat), ale firma rozwija się dalej prowadzona przez wdowę Etelke i szwagra – Gézę Kooba, a od 1906 roku drugiego syna Stühmera – Gézę. W 1928 rodzinna firma staje się spółką akcyjną, a z pozyskanych tą drogą pieniędzy wybudowany zostaje nowy zakład w miejsce dotychczasowego jednopiętrowego domku.

W latach 30 firma staje się rozpoznawalna nie tylko dzięki jakości swych wyrobów ale również dzięki dużej uwadze przykładanej do opakowań – projektują je najznamienitsi węgierscy artyści (Lukáts Kató, Jeges Ernő, Szirmai Ili) oraz do rozwoju eleganckiej sieci handlowej. Salony firmy znajdują się nie tylko na Węgrzech ale również w Paryżu i Wiedniu. W tych latach firmie udało się wypromować kilka znanych marek produktów. Znanych często do dziś. Przykładowo były to: czekolada Tibi, karmelki Frutti, draże Zizi, wafelki Ropp, cukierki Negró, Bronhy i Gripp czy też kakao E (nie mylić ze znanym w Polsce proszkiem do prania :)). Wielką chlubą firmy z tamtych lat stały się figurki z „porcelanowej” czekolady – wyrób unikalny w skali światowej.

Ten rozwój spowodował, że już po kilku latach wzniesiona w 1928 fabryka okazała się za mała – w ciągu 10 lat zamiast 300 pracowników firma zatrudniała wkrótce 800 – i dlatego w 1941 zbudowano największą na Węgrzech i jedną z najnowocześniejszych w Europie fabryk słodyczy. Fabryka powstała w nowej lokalizacji – Vágóhíd u. w IX dzielnicy i znajduje się tam do dziś choć nie należy już do firmy Stühmer.

Spokojna egzystencja rodzinnej firmy kończy się, kiedy w 1948 komuniści nacjonalizują fabrykę włączając ją do Węgierskiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Cukierniczego. Nazwisko założyciela zastępuje na szyldzie banalna nazwa Budapeszteńska Fabryka Czekolady. Lata 60 przyniosły znaczny rozwój zakładu poprzez jego znaczącą mechanizację, choć jak łatwo się domyślić te lata nie miały wiele wspólnego z jakością kojarzącą się z nazwiskiem Stühmer.

I choć rodzina Stühmerów nie powróciła już do produkcji słodkości, to ich nazwisko i związana z nim tradycja jakości po 1989 znowu nabrały realnej wartości.

Fabryka i niektóre marki produktów (czekolada Tibi) trafiły po kilku zmianach właścicieli w ręce firmy Bonbonetti należącej do ukraińskiego koncernu, którego właścicielem był jeszcze niedawno obecny prezydent Ukrainy Petro Poroszenka. W logo firmy Bonbonetti znajdziemy informację, że firma szczyci się tradycja sięgającą 1868. Jak podałam wyżej w tym roku w Budapeszcie pojawił się Friedrich Stühmer. Firma eksponuje również piękny mural w swojej fabryce przypominający o starych właścicielach. Problem w tym, że nawiązanie do rodziny jest dość naciągane, bo słynny znak towarowy Stuhmer przypadł komu innemu, a jak pamiętamy fabryka w IX dzielnicy istnieje od 1941 roku.

I tu rozpoczyna się historia drugiej kariery, związanej z nazwiskiem Stühmer.

Parę lat temu nikt nie odgadłby, że Péter Csóll z Novaj będzie miał cokolwiek wspólnego z szacowną marką z wielkiego Budapesztu. Csóll ukończył studia o profilu turystycznym, przez 5 lat był aktorem w egerskim teatrze, przez jakiś czas zajmował się nawet nieruchomościami. Z aktorskiej pensji mógł pozwolić sobie tylko na to by związać koniec z końcem więc oprócz występowania na scenie zdarzało mu się prowadzić w Egerze kilka knajp. Od jakiegoś czasu miał też na oku sklep ze słodyczami w centrum miasta. Wiedząc, że właściciel chce się go pozbyć, kiedy nadarzyła się odpowiednia okazja kupił go i tak w 2005 roku rozpoczęła się jego kariera w świecie czekolady.

Szybko jednak zauważył, że ludzie słodycze kupują najczęściej w dużych marketach, zaczął się więc zastanawiać jak sprawić by jego sklepik stał się wyjątkowy, a tym samym przyciągnąć klientów. Potrzebował własnej czekolady, rozpoznawalnego produktu. Wkrótce udało mu się nabyć prawa do znaku firmowego Stühmer i zaczął rozglądać się za jakimś specjalistą od czekolady, który zechciałby dla niego pracować. Tak zatrudnił u siebie Bélę Borbélya, czekoladowego guru, który w przemyśle cukierniczym pracował od dziesięcioleci i fabrykę Stühmera znał na wylot jeszcze z czasów kiedy był dzieckiem.

Jeden ze znajomych Csólla wspomniał mu kiedyś, że dobrze byłoby przywrócić produkcję ulubionego z czasów jego dzieciństwa batonika Korfu. Okazało się, że Borbély pamiętał oryginalną recepturę i bez problemu potrafił wymienić wszystkie składniki. W tamtym czasie nie mieli jeszcze własnej fabryki więc produkcja odbywała się w partnerskiej fabryce Szamos Marcipán w Pilisvörösvár. To tam powstały pierwsze produkty wskrzeszonej marki Stühmer. Z Szamosami nigdy nie konkurował, wręcz przeciwnie, dużo mu w tamtych czasach pomagali i do dziś pozostają w przyjacielskich stosunkach.

Batonik Korfu trafił w końcu do dużej sieci handlowej, co znacznie zwiększyło zapotrzebowanie na produkt. Okazało się, że wynajmowana linia produkcyjna nie wystarczy i trzeba pomyśleć o nowej fabryce. Obok własnego kapitału zaciągnął na ten cel 10-letni kredyt we frankach szwajcarskich i pomimo przejściowych trudności w końcu firmie udało się wyjść na prostą i osiągnąć finansową stabilizację. Csóll uważa, że to filozofia małych kroków jest w jego przypadku kluczem do osiągnięcia sukcesu. Kredyt zaciągnął tylko na najpotrzebniejsze wyposażenie i w sumie dzięki temu udało się go spłacić, choć w tamtych czasach banki nie miały problemów z przyznawaniem ogromnych kredytów, co dla niektórych stało się pułapką i doprowadziło do wielu bankructw.

Csóll jak sam przyznaje jeszcze kilka lat temu rozważałby sprzedanie firmy gdyby otrzymał odpowiednią ofertę. Dziś nie przyszłoby mu to raczej z łatwością. To jego dziecko, w firmę włożył serce, a czekoladowy biznes pochłonął go bez reszty. Ceni sobie to, że jest niezależny i sam może podejmować decyzje, co nie byłoby możliwe przy udziale inwestorów z zewnątrz. Nie myśli o giga-biznesie, nie ma zamiaru przekształcać firmy w olbrzymie przedsiębiorstwo. Stawia raczej na jakość, przy zachowaniu dotychczasowego charakteru produkcji, która odbywa się de facto na zasadzie manufaktury. W myśl wyznawanej filozofii zrównoważonego rozwoju po latach obok zakładu z Novaj, również pod Egerem w miejscowości Maklár otwarto drugi zakład produkcyjny Stühmera, zatrudniający 40 osób, do którego kilka miesięcy temu przeniesiono produkcję (a otwarcia dokonał nie kto inny jak premier Orbán).

W chwili obecnej w Egerze działają dwa sklepy firmowe oraz po jednym w Maklár, Gyöngyös i w Budapeszcie. I właśnie ten w Budapeszcie, przy ul. Pozsonyi út 9. (Újlipótváros, XIII dzielnica) odwiedziłam ostatnio w ramach przedświątecznych zakupów.

Na niewielkiej powierzchni zgromadzono dużą ilość najlepszych produktów firmy i innych wyrobów dobrej jakości. Wzrok przyciągają stylowe opakowania czekolad (tabliczka czekolady kosztuje tu 550 Ft), nostalgiczne obrazki z bombonierek, a wreszcie stojak z chyba 20 rodzajami szaloncukor (świąteczne cukierki) – o niebo lepszymi od tych marketowych, choć cena to ponad 5 tys. Ft/kg. Warto zwrócić uwagę, że firma przygotowała też słodkości dla diabetyków, co rzadko spotykane – w dużym wyborze, szczególnie czekolady. Aktualną ofertę i ceny możecie sprawdzić w sklepie internetowym.

Niestety sama część kawiarniana nie jest zbyt przytulna; widać że działalność koncentruje się głównie na sklepie. Dużo przyjemniejsze wnętrza pod szyldem Stuhmer znalazłam w Internecie, np. w Kecskemét, gdzie działa Stühmer Kávé- és Csokiház albo jeszcze piękniejsza kawiarnia w Kaposvár  z oryginalnymi zabytkowymi meblami (zdjęcia poniżej). Pozostaje mieć nadzieję, że projekt rozwoju sieci kawiarni, o których myśli właściciel marki będzie dorównywał klasą smakowi czekoladek.

Pisząc o Stühmerze nie sposób pominąć Klubu Degustatorów, do którego może zapisać się każdy kto ceni dobrą czekoladę i miałby ochotę zgłębić tajniki powstawania słodyczy. Członkowie klubu mogą bowiem zajrzeć za kulisy produkcji, swoją opinią wpłynąć na smak nowych produktów, a ich sugestie często są brane pod uwagę przy projektowaniu nowych opakowań.

Stühmer to moja propozycja na atrakcyjny upominek z Węgier, to jakość zamknięta w eleganckim opakowaniu (ostatnio firma wraca do zwyczaju współpracy z młodymi interesującymi grafikami – czego przykładem jest niezwykle stylowy Szilvás Betyár), coś czego szuka niewątpliwie wielu ludzi chcąc obdarować najbliższych czymś wyjątkowym po powrocie znad Dunaju. Mnie szczególnie zainteresowały czekolady w retro-opakowaniach, bombonierki Kalocsa z dodatkiem ostrej papryki, czekoladki z winem czy też z palinką – gruszkową lub brzoskwiniową oraz te z kremem śliwkowym – Budapest lub Magyarország. Śmiało możecie dodać te słodkości do listy węgierskich specjałów.