Nałóg, który może leczyć

Któregoś dnia wybrałam się ze starszym synkiem w odwiedziny do Katarzyny Karpowicz, polskiej malarki mieszkającej od roku w Budapeszcie. Artystka była tak miła, że zaprosiła nas do swojej pracowni na Wzgórzu Róż (Rózsa Domb). Dowiedziałam się o niej z wywiadu jakiego udzieliła parę miesięcy temu gazecie Magyar Nemzet. Zaciekawiona jej twórczością postanowiłam przybliżyć Wam tę postać, nie tylko dlatego, że tematem prac artystki stał się Budapeszt, ale również dlatego, że to niezwykle serdeczna osoba, o bardzo dojrzałych poglądach na życie, sztukę i na drugiego człowieka. To właśnie człowiek jest najważniejszym motywem jej prac i stoi w centrum zainteresowania artystki. Intrygują ją jego słabości, niedoskonałość, maski jakie przywdziewa w zależności od sytuacji, relacje z innymi ludźmi.

Jest wtorkowy październikowy wieczór, autobus przejeżdża mostem Małgorzaty na drugą stronę miasta i zaczyna wspinać się na obsypane rudymi liśćmi budańske wzgórza, unosząc nas coraz wyżej, aż w okolice gdzie wieczny spokój odnalazł turecki derwisz Gul Baba, poeta sławiący piękno róż, którego grobowiec znajduje się właśnie tutaj. Jest to jedno z ulubionych miejsc malarki, przychodzi tu często, by zatopić się w ciszy i pomyśleć.

Katarzyna Karpowicz pochodzi ze znanej artystycznej rodziny Karpowiczów. Malarzem był jej nieżyjący już ojciec, Sławomir Karpowicz, malarką jest jej mama Anna Karpowicz-Westner, a także  siostra Joanna Karpowicz (polecam jej świetne komiksy!). Wszyscy mocno związani z Krakowem i krakowską Akademią Sztuk Pięknych, gdzie ojciec Katarzyny prowadził pracownię mistrzowską na wydziale malarstwa. Ta silna więź z Krakowem powodowała, że na początku nie było łatwo odnaleźć się w nowym miejscu. W Polsce artystka miała już ugruntowaną pozycję, galerie z którymi stale współpracowała, rodzinę, znajomych. Ciężko było zostawić to tak z dnia na dzień i rozpocząć życie w nowym miejscu. Do Budapesztu przyjechała z powodu męża, który otrzymał tu pracę. Pierwsza wystawa, która odbędzie się niebawem w Budapeszcie, wywiady, zainteresowanie prasy świadczą jednak o tym, że nowe miejsce zostało już oswojone. Wędrówki po mieście, spotkania z ludźmi, z węgierską kulturą, światem legend i baśni zaowocowały serią obrazów o tematyce węgierskiej. Jak sama przyznaje jest już po uszy zakochana w Budapeszcie.

Pytam Katarzynę jak przeprowadzka wpłynęła na jej malarstwo. Pierwszą rzeczą, która odróżnia jej nowe obrazy od tych malowanych wcześniej jest światło, inne niż w Polsce, bardziej południowe, kolory są bardziej nasycone. Osoby, które znają jej prace z okresu krakowskiego mówią, że jest na nich teraz więcej koloru. W obrazach Katarzyny Karpowicz pełno jest ukrytych symboli, nic nie jest tu dosłowne. Na pozór jasne sytuacje po chwili nabierają drugiego dna w miarę jak dostrzega się ukryte w obrazie detale. Sceny z Budapesztu przedstawiają często znane nam dobrze miejsca, widzimy łaźnie, most, cukiernię, ale to ludzie portretowani na tych obrazach sprawiają, że nic nie jest tu oczywiste. W obrazach pojawiają się motywy orientalne, jakaś tajemnica.

Karpowicz nie lubi narzucać odbiorcy swojej interpretacji i choć za każdym obrazem kryje się jakaś historia, to widz ma dopowiedzieć swoją wersję i odważyć się poczuć obraz na swój sposób. „Odbiorcy nie muszą mieć wiedzy z historii sztuki i nie muszą być doświadczeni w dziedzinie artystycznej żeby móc coś wartościowego dla siebie wynieść ze spotkania z obrazem. Nie mam czasem pojęcia czemu coś namalowałam, często obraz pozostaje dla mnie do końca tajemnicą, patrząc na niego mogę prowadzić z nim rozmowę na wielu płaszczyznach. Chcę aby odbiorca miał tę swobodę i odwagę, żeby patrzeć i widzieć i rozumieć po swojemu. Właściwie nie wiem czy słowo rozumieć nie jest błędne, ponieważ zrozumienie nie jest konieczne w sztuce.”

„Zawsze byłam za tym, żeby dowolnie interpretować wiersze, ponieważ ja zawsze rozumiałam wiersze inaczej niż podręcznik szkolny nakazywał. W związku z tym, że kocham poezję nie zraziłam się swoimi z pozoru „błędnymi” interpretacjami – wręcz przeciwnie, odkryłam, że w sztuce odbijamy się my i nasz autoportret odczytujemy ze sztuki. Doszukujemy się w niej tego co my rozumiemy, co lubimy, czego się boimy, co nam się podoba, za czym tęsknimy i do czego dążymy w danym momencie naszego życia. Ta sama książka przeczytana na różnych etapach życia może być rozumiana inaczej. Tak samo jest z obrazem, obraz jest obrazem wewnętrznym człowieka, wystarczy się tylko w nim przejrzeć. Jest czasem bardziej szczery niż lustro, bo zagląda się koniec końców poprzez ten obraz w głąb siebie. Ponieważ interesuje mnie człowiek, jego kondycja, jego słabość i siła, jego lęki i jego szczęście, oczywiście, ja sama malując przenoszę własne uczucia, problemy, nurtujące mnie zagadnienia na obrazy, w ten sposób tłumaczę sobie otaczający mnie świat i poszukuję siebie samej, jest to więc malarstwo w pewien sposób terapeutyczne. Niejednokrotnie w najcięższych momentach mojego życia malarstwo było dla mnie ratunkiem, wielką pociechą, ostoją, wielkim skarbem.”

Rozmawiałyśmy przy kawie, gdy tymczasem Starszy myszkował po zakamarkach pracowni wypełnionej po brzegi obrazami, farbami i innymi tajemniczymi przedmiotami. W pewnym momencie dobrał się do zanurzonych w terpentynie pędzli. Zerwałam się od razu na równe nogi, na pewno za chwilę coś zniszczy. Spokojnie – zatrzymała mnie Katarzyna – daj dziecku spróbować. Kiedy byłam mała też wszystko mnie ciekawiło i miałam to szczęście, że dużą część dzieciństwa mogłam spędzać w pracowni i w otoczeniu sztuki. Zachęcony tymi słowami maluch zajął się mieszaniem farb na palecie, my natomiast mogłyśmy już teraz na dłużej wrócić do rozmowy.

B: Skoro mowa o dzieciach czy możesz opisać jak wyglądało dzieciństwo w tak artystycznym domu?

KK: Byłam takim dzieckiem, które aktywnie uczestniczyło w życiu artystycznym. W latach 80, 90 w Krakowie widziałam dużo wspaniałych wydarzeń kulturalnych. Do tej pory uważam, że najlepszą wystawę jaką w życiu widziałam zobaczyłam jako pięciolatka w 1990 w Muzeum Narodowym, retrospektywna wystawa Tadeusza Kantora – dla mnie wstrząsające i zapamiętane na zawsze doświadczenie, które powraca w moich obrazach, nie dosłownie, ale na pewno stanowi motywację do własnych poszukiwań. Bardzo lubię dzieci – może dlatego, że artyści jako dorośli pozostają dziećmi, mam do nich wielki szacunek i traktuję je jak kolegów i koleżanki, doceniam bardzo rozum i spojrzenie dziecięce. Oczywiście dla mnie z punktu widzenia malarza dzieci są idealnie piękne.

Tu warto przytoczyć apel artystki skierowany do rodziców: „Muzeum, galeria i filharmonia to są miejsca również dla dzieci, nie trzeba dawkować dzieciom kultury, ograniczać do porcji dziecięcej lub co gorsze zdziecinniać. Warto pokazać dziecku album z malarstwem zamiast odblaskowej, krzykliwej bajki, najprawdopodobniej, w czasie wspólnego oglądania sztuki można się czegoś mądrego dowiedzieć od dziecka. Dziecko jest wrażliwe na detale i bezpośrednie w swojej szczerości, uważne, ma tą przewagę nad przeciętnym dorosłym.”

Katarzyna maluje od dziecka – było to nieuniknione kiedy dorastało się w rodzinie Karpowiczów – ale malowała również dla dzieci. W 2004 roku, będąc jeszcze w szkole zilustrowała książeczkę dla dzieci.

Artystka ma na swoim koncie również szereg ilustracji, np. dla wydawnictwa, w którym ukazała się seria książek „Europa odnaleziona” – na okładce włoskiego autora znalazł się obraz Katarzyny, namalowany specjalnie z myślą o tym, żeby stanowił ostatecznie okładkę. Kolejne dwa obrazy znalazły się w magazynie o włoskiej kulturze. Karpowicz zaznacza jednak, że: „Z wykształcenia jestem malarzem, dlatego ilustracje są dla mnie kolejnym pretekstem do namalowania obrazu, zajmuję się wyłącznie malowaniem, co za tym idzie wystawiam swoje obrazy w galeriach w kilku miastach Polski, realizuję wystawy, codziennie zamykam się w pracowni gdzie całymi godzinami maluję w oparach farb olejnych, które najprawdopodobniej przesączyły się już do mojej krwi i ciężko mnie wyleczyć z organicznej wręcz miłości do samego w sobie malowania. Czasami, jak dostanę jakąś propozycję użyczam swoich obrazów jako ilustracji lub też maluję po to, żeby coś zilustrować, ale zwykle nie mam na to czasu – cały czas zachłannie rezerwuję na malowanie. Być może moje obrazy mają w sobie coś z ilustracji, w końcu poprzez malarstwo opowiadam nieustannie jakąś historię, zasłyszaną, podglądniętą, przyśnioną – ostatecznie moją własną.”

Zapytana o mistrzów: „Oczywiście mam mistrzów i korzystam z mądrości dawnych, minionych wielkich i współczesnych, ale moimi mistrzami nie są jedynie artyści ale czasem zwykli ludzie, jestem otwarta na wszelką ludzką mądrość i doświadczenie. Lubię podróżować – czasem spotkam kogoś w podróży, przypadkiem, na chwilę, przelotnie, być może nie wymienimy nawet słów, jedynie spojrzenia – takie spotkania też inspirują, odmieniają, dają coś co przybiera realny kształt w moich późniejszych obrazach. Jestem obserwatorem rzeczywistości, ale też często odpływam daleko w wyobraźnię i bardzo blisko mi do jungowskiej wiary w podświadomość i w sen.

Co roku wymieniłabym innych mistrzów, żeby nie zdradzać ich innym artystom ;), żeby byli tylko moi i schowani głęboko w sercu i pamięci, ale również dlatego, że co jakiś czas kto inny u mnie odgrywa najważniejszą rolę, co jakiś czas inny mistrz wskazuje mi kierunek lub opiekuje się moją styraną duszą malarki – styraną bo dużo pracuję, nie imprezuję i nie prowadzę życia artystycznego, jestem bardzo normalnym malarzem. Mój zawód niczym się nie różni od innych, nie lubię przybierać póz artystycznych, udawać kogoś kim nie jestem, za to lubię mieć głęboki sen, uwielbiam pływać, oglądać filmy, słuchać muzyki, podróżować i spotykać ludzi. Lubię też taki specyficzny rodzaj spotkania z drugim człowiekiem, kiedy naprawdę się jest, naprawdę się słucha i szczerze się rozmawia.

Być może tego wszystkiego o życiu – że jest krótkie, jedno i kruche nauczyłam się z powodu choroby i śmierci ukochanego Ojca i kilku innych ukochanych bliskich. Mam takie poczucie, że trzeba być przy drugim człowieku, że każde spotkanie się liczy, że każdy moment jest ważny, żeby lubić, kochać, być, co za tym idzie, wykorzystuję każdą chwilę na malowanie – bo jest to dla mnie chyba najważniejsze zaraz po miłości. Nie jestem nawiedzona – umiem odpoczywać, robię sobie czasem przerwy od malowania, żeby nabrać dystansu, żeby móc realnie ocenić co u mnie słychać. Mój Ojciec, prof. ASP w Krakowie Sławomir Karpowicz nazywał to „twórczym lenistwem” i zabraniał kiedykolwiek żałować, że się na coś traci czas, widocznie taka jest potrzeba, żeby w danym momencie czegoś nie robić, albo robić coś zupełnie innego. Moja mama, malarka Anna Karpowicz-Westner nauczyła mnie żeby robić wszystko na raz, to Ona jest dla mnie niedoścignionym wzorem pracowitości i to dzięki niej mam wdrukowane w genach, że bycie malarzem to ciężka ale ciekawa praca.

Obecnie u mnie w rankingach króluje (lista na dzień dzisiejszy, jutro może być inna): malarstwo Giorgio de Chirico, muzyka King Krule, film  Ingmar Bergman, literatura Istvan Orkeny, poezja T.S Eliot, teatr Pina Bausch.”

B: Czy jest coś co zainteresowało Cię szczególnie w kulturze węgierskiej?

KK: Mój kontakt z kulturą węgierską rozpoczął się na długo zanim w moim umyśle pojawiła się jakakolwiek myśl o Budapeszcie. Malowałam w mojej krakowskiej pracowni słuchając polskiego radia drugiego, powoli uzależniając się od muzyki Beli Bartoka, zupełnie niepostrzeżenie stał się on moim ulubionym kompozytorem. Z dwójkowej audycji „Źródła” dowiedziałam się, że węgierska muzyka folkowa jest szalenie bogata, pielęgnowana i kultywowana. Niejednokrotnie, będąc w Krakowie słuchałam w radiu tradycyjnej muzyki węgierskiej malując swoje obrazy.

Potem mój przyjaciel namawiał mnie na odwiedziny w Budapeszcie, bo wrócił stamtąd zachwycony, widział piękną wystawę w budapesztańskim muzeum – ja za jego namową na tę wystawę pojechałam w lutym 2011. Wystawa była w Muzeum Sztuk Pięknych, El Greco powalił mnie na kolana, a muzeum i wystawa wzbudziły moją zazdrość – bo była zorganizowana na światowym poziomie. To była wystawa kolekcji węgierskiego kolekcjonera sztuki – Marcella Jánoshalmi Nemesa: El Greco to Rippl-Rónai. Mieszkam w Budapeszcie i aż sobie zazdroszczę, że w moim mieście jest teraz wystawa Rembrandta – to wielkie szczęście dla malarza mieć bezpośredni kontakt z takimi dziełami.

Jeśli chodzi o malarstwo to zachwycił mnie ostatnio Czóbel, którego retrospektywną, bogatą wystawę widziałam w Szentendre w Muveszet Malom. To malarstwo jest mi bardzo bliskie, prawdę mówiąc to dla mnie ideał malarstwa, taka szkoła paryska, ekspresjonizm z węgierskim temperamentem. Poza tym dowiedziałam się, że ojciec Fridy Kahlo był Węgrem i wtedy zauważyłam w jej malarstwie te węgierskie geny, tę pokręconą i wzruszającą poetykę, pełną bólu, smutku, melancholii oraz równocześnie soczystej miłości do życia, piękno oraz bardzo wyrazista moc temperamentu, charakteru. Frida Kahlo była dla mnie od dzieciństwa bardzo ważna – to jedna z moich pierwszych bajek – jej album z malarstwem.

Co do literatury to niestety dopiero zaczynam z nią przygodę, na razie jestem w trakcie czytania „one minute stories” Istvana Orkeny, jest to wstrząsająca lektura, nawet zastanawiałam się, po każdym z opowiadań, czy nie chwycić za cienkopis i nie wykonać pod wrażeniem ilustracji. Mam listę kolejnych lektur do przeczytania – mam dobrych węgierskich mentorów, którzy są oczytani :) Poza tym do Budapesztu przyjechałam z Krzysztofem Vargą pod pachą i uważam, że jego „Czardasz z Mangalicą” bardzo pomógł mi w aklimatyzacji, zawsze podzielałam poglądy Vargi na sztukę, lubiłam jego teksty, a sposób w jaki opisuje swoje węgierskie spotkania jest bardzo mi bliski, szczery i naturalny, bez zbędnego lukrowania, ale z czułością i inteligentną złośliwością, lubię jego obserwacje.

Zastanawiam się co jeszcze, ponieważ na pewno to nie wszystko i zapomniałam o kilku ważnych sprawach. Kultura węgierska to coś co mam przyjemność teraz doświadczać codziennie, idąc ulicą, oglądając architekturę miasta, przyglądając się ludziom, poznając innych artystów, chodząc na ciekawe koncerty. Ostatnio byłam na koncercie Miklósa Botha, który uświadomił mi jak pięknie wpisują się azjatyckie duchy węgierskich pradziejów we współczesne brzmienie. Wszystko to dla mnie bardzo ciekawe, jeszcze prawie ledwo odkryte, kopalnia inspiracji.

zdjęcia: z archiwum artystki

Otwarcie wystawy Katarzyny Karpowicz „Życie w obrazie” odbędzie się 5 listopada o godz. 19.00. w Galerii Szép Műhely (Szép u. 5). Wystawa potrwa do 2 grudnia.

Reklamy

5 thoughts on “Nałóg, który może leczyć

  1. Prof. Stanisław Tabisz
    Rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie

    – Kawałek mojej węgierskiej krwi rozpala się…
    Budapeszt czeka na wieczorny, samotny spacer i poetycki slang
    w hotelowym pokoju…
    Malarstwo Pani Katarzyny Karpowicz – to pięknie przetworzona w poszczególnych obrazach jej poetycka dusza i wyobraźnia…
    Budapeszt zyskał młodą,wspaniałą artystkę!!!

  2. Kasiu, jestem wzruszona i zachwycona bogactwem Twojego talentu i Twojej duszy : ) Jestes piekna w kazdym wyrazie swojego artystycznego istnienia… w Krakowie czy w Budapeszcie… Ciesze sie Twoim sukcesem xo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s