Eger po sezonie – dzień pierwszy

Węgrzy nie tylko postanowili dorównać Polakom w sztuce kreowania długich weekendów, ale i chyba zaczynają w niej brać górę. Z racji przypadającej 23 października rocznicy wydarzeń węgierskich z 1956 oficjalnie ogłoszono, że następujący po tym dniu piątek będzie dniem wolnym od pracy. Teoretycznie trzeba go było odpracować w ostatnią sobotę, ale konia z rzędem temu kto załatwi coś w taki dzień w jakimkolwiek urzędzie. Jedynym namacalnym efektem pracującej soboty jest konieczność opłacania miejsca parkingowego na ulicy tak jak w dzień powszedni, co często stanowi pułapkę na tych, którzy nie śledzą uważnie zmian w oficjalnym roboczym kalendarzu i na zagranicznych turystów. Skoro więc w celu uniknięcia zmarnowania soboty trzeba było wziąć urlop, to można było pokombinować tak czy inaczej i z jednego świątecznego dnia wyciągnąć nawet tydzień wolnego. Tak więc mimo że formalnie długi weekend przypada właśnie teraz, to już ten miniony wyczekiwany był przez branżę turystyczną z nadzieją.

Polacy z dumą mówią o polskiej złotej jesieni i babim lecie, ale to bardziej pobożne życzenia na temat tego o jakiej jesieni marzą, bo rzeczywistość bywa najczęściej szara, zimna i mokra. Dopiero gdy przyjechałam na Węgry zobaczyłam, że jesień potrafi być długo ciepła i całkiem słoneczna. A do złotych kolorów dołącza się jeszcze sporo zieleni i niesamowitej czerwieni winorośli. To właśnie ta winorośl stanowi ten niesamowity element nieobecny w polskim krajobrazie, dla którego warto pomyśleć o szybkim wypadzie na południe z naszej północnej krainy. Do końca października możemy bowiem nie tylko napić się starego wina, ale i przyjrzeć się winnej przyszłości.

Węgry mają wiele regionów winnych, chociaż często mówi się, że niektóre z nich wyodrębniono na wyrost i tylko kilka zasługuje na uwagę czy też w ogóle istnieje. Chcąc jednak dotrzeć na krótki jesienny wypad na Węgry powinniście pomyśleć o dobrze znanym Polakom rejonie Egeru, bo można znaleźć tam to co słusznie pozytywnie z Węgrami do tej pory kojarzyliście, ale i mniej oczywiste pomysły na spędzenie wolnego czasu.

W ostatni weekend pogoda dopisała więc postanowiliśmy wybrać się właśnie do Egeru, który razem z mężem znaliśmy już z czasów studenckich i spróbować nie tylko przypomnieć sobie to urocze miasto lecz odkryć coś nowego nie tylko dla nas, ale i dla naszych dzieciaków. Z początku byliśmy dość sceptyczni, bo kierując się głównie własnymi wspomnieniami, kojarzyliśmy Eger z dużą ilością dobrego i całkiem niedrogiego wina oraz ciepłymi źródłami termalnymi w prostej, rustykalnej oprawie. Eger oczywiście ma wspaniałe ruiny zamku górujące nad miastem więc jedna atrakcja już była. A jakie inne?

Eger to główne miasto komitatu (województwa) Heves. Już tu znajdziemy pierwszy sympatycznie znajomy element, bo w godle tego województwa widnieje swojski bocian trzymający w dziobie węża a w łapce winne grona (czy co tam bocian ma, bo łapa, pazur, szpon – wszystko to jakoś nie pasuje do bociana). To województwo szczęśliwie nie stało się obszarem działań szalonych industrializatorów w minionej epoce jak sąsiednie Borsod-Abauj-Zemplen, może z wyjątkiem zapory na jeziorze Tisza, ale i ten element znalazł swoją harmonię z naturą, o czym jeszcze napiszę. Praktycznie cały przemysł ciężki tego województwa ulokowany jest bardziej na zachód od Egeru w Visonta (elektrownia na węgiel brunatny) oraz w Sirok (produkcja amunicji i rur).

Eger to miasto przemysłu rolnego (drobne wyjątki to przemysł lekki – produkcja skrzyń biegów i narzędzi pneumatycznych oraz centra logistyczne np. polskiej firmy Bella z Torunia) i kiedy dojeżdżamy do niego z dowolnej strony nic nie mąci charakteru tego miasta jako całkiem sporego ogrodu. Nawet autostrada M3, którą można dostać się z Budapesztu do Egeru przebiega w oddaleniu ok. 30 kilometrów od miasta, które trzeba pokonać po lokalnej drodze, mając wtedy okazję do podziwiania malowniczych terenów Egri borvidék (Egerskiego Regionu Winnego), o czym informują tablice ustawione na jego granicach. Tam gdzie nie sadzi się winorośli w województwie Heves czernią się pola dobrze uprawianych pól na rozległych równinach. Uprawia się tu głównie słoneczniki (rzepak – główna roślina oleista na Węgrzech, jakoś nie trafia do butelek i trudno w sklepie znaleźć olej o wysokiej temperaturze palenia) i kukurydzę, ale są też sady owocowe. Jednak tereny wokół samego Egeru to kraina wina, o czym decyduje nie tylko dobre wulkaniczne podłoże, ale też ukształtowanie terenu.

Eger to długa dolina o łagodnych zboczach wciśnięta między największe węgierskie góry: Matra i Bukowe. Góry Matra, choć najwyższe na Węgrzech, nijak się mają do Karpat czy Tatr, o które opierały się dawne przedtrianońskie Węgry, ale ponoć nieźle nadają się dla początkujących narciarzy i to właśnie tu można najszybciej dojechać z Budapesztu, jeśli nie liczyć wyciągu na Janos hegy w samym Budapeszcie. Nie mieliśmy jeszcze okazji tego sprawdzić, ale myślę, że może w tym roku wypróbujemy to razem z chłopcami. Po drugiej stronie zaczynają się malownicze, szczególnie jesienią Góry Bukowe – te z kolei świetne są dla miłośników trekkingu i podjeżdżania rowerem na rekreacyjne wysokości. Oba pasma górskie mamy wyraźnie przed oczami, gdy zbliżamy się do miejscowości od południa.

Niestety początek weekendu nie wyglądał zbyt ciekawie, bo siąpił deszcz, ale sprawdziłam pogodę na niezawodnym Időkép i spodziewałam się przejaśnienia po południu (rzeczywiście przyszło, choć nieco później niż tego oczekiwałam). Główny plac miasta, przy którym umówiłam się z naszą przewodniczką był jeszcze mokry – sprawdziłam na bardzo dobrej jakości live kamerze (jak się później dowiedziałam świeżo zamontowanej na głównym placu w ramach jego remontu) – ale ludzi na nim nie brakowało.

Udało nam się znaleźć strzeżone miejsce parkingowe przy pobliskim placu targowym (wjazd od Zalár József utca). Miałam zresztą ochotę obejrzeć targowisko dokładniej, aby porównać je z ofertą Budapesztu, ale chłopcy raczej nie są miłośnikami takich miejsc i czasami potrafią zachowywać się tam niczym kompani Kmicica. Obawiając się, że miasto ze swą historią może ich wprawić w sarmackie nastroje i będąc jak zwykle spóźniona pognałam całe towarzystwo na plac Dobó. Nie można powiedzieć o nim rynek, bo ten to historycznie oprócz tego placu jeszcze plac Gezy Gardonyego – oba place rozdziela niezbyt urodziwy budynek Skali – osobom znającym Węgry sprzed lat dobrze znajomej – odpowiednika polskich Domów Towarowych Centrum. Mimo, że cała okolica została w bardzo łady sposób odrestaurowana, to ten element z uwagi na prywatnego właściciela stoi jak stał. I pewnie będzie tak tam tkwił, aż sam stanie się ciekawym zabytkiem – może to nawet dobrze, że coś po tych latach 60 i 70 XX wieku zostanie?

Na północ od obu placów miasto przecina Eger patak, co słusznie Polacy skojarzą z potokiem. Jego koryto zostało mocno zabezpieczone – pobliskie Góry Bukowe potrafią nagle wyrzucić z siebie niespodziewane ilości wody, co w efekcie zawsze czyniło zbijającą te wody Cisę dziką węgierską rzeką jakże inną od statecznego Dunaju. Tuż za potokiem, przy małym placyku (Kis-Dobó ter), w uroczej barokowej kamieniczce, jakich w tej okolicy mnóstwo, mieści się hotel i restauracja Dom Senatora. Oferowane tam ciasto to kwintesencja lokalnego smaku: rolada winna – dobrze wyrośnięte ciasto biszkoptowe przełożone niesamowitym kremem przyrządzonym z dodatkiem białego wina. O tym jaki to specjał świadczyć może fakt, że regularnie zwykł przychodzić tu miejscowy burmistrz, poczytać gazetę, wypić kawę – znacznie to lepsza relacja z mieszkańcami niż z kanapy służbowej limuzyny. Pełna bibelotów recepcja jest dopełnieniem tego przywodzącego na myśl XIX wiek obrazu.

Znajdujemy się u podnóża zamku na turystycznej, ale bardzo urokliwej uliczce. Wiele tu sklepów i winiarni gdzie dostaniemy pełen wybór lokalnych win (co ciekawe nie tylko gronowe ale i np. truskawkowe!). Znajdzie się i coś godnego uwagi dla osób, które mają ochotę uraczyć się czymś bez alkoholu. Oto kolejny argument, który przemawia za wizytą właśnie w tym okresie – możliwość spróbowania świeżego moszczu winnego. Schłodzony, mętnawy biały napój nie ma nic wspólnego z tym co potem sprzedaje się jako 100% soki winogronowe. Świetnie czuć w nim delikatny aromat Muskotaly i zapowiedź wspaniałego, deserowego wina, które z niego powstanie. Szczęście, że oprócz spoglądania w refraktometr (urządzenie do pomiaru zawartości cukru) w produkcji wina są też nadal stosowane metody organoleptyczne i można popijać ten wspaniały sok. Trzeba jednak uważać! Po kilku dniach ten lekko musujący napój zawiera już taką ilość drożdży, że może przyprawić pijącego o sensacje żołądkowe. Pijcie tylko świeży!

Czas na spacer po mieście. Zaczynamy od głównego placu miasta imienia Dobó, na którym stoi oczywiście pomnik Istvana Dobó (ponieważ ktoś uznał, że może jednak to mało nieopodal znajduje się ulica Istvana Dobó). To postać historyczna a zarazem bohater książki z najważniejszego historycznego epizodu jaki miał miejsce w Egerze, czyli dowódca obrony twierdzy egerskiej podczas pierwszego oblężenia tureckiego w 1552 roku. Kapitan Dobó dziarsko wymachuje szablą, obok niego czujnie rozgląda się jego wierny żołnierz Mekcsey, po drugiej stronie egerska kobieta ciskająca w Turków kamieniem. Całość przywodzi na myśl pomniki z budapeszteńskiego Placu Bohaterów, bo twórcą pomnika jest autor kilku z nich Alajos Strobl. Cały plac jak już wspomniałam był ostatnio odrestaurowywany (jak wiele rzeczy na całych Węgrzech w ostatnim czasie :) i zniknął z niego inny konny pomnik, który stał kiedyś przed ratuszem,  przedstawiający pełną dynamiki scenę bitewną. Jak się dowiedzieliśmy pomnik jednak powróci po renowacji, ale w innej lokalizacji. Wchodzimy jeszcze na chwilę do franciszkańskiego kościoła Minorytów, jednego z najpiękniejszych przykładów węgierskiego baroku. W kościele znajdują się relikwie św. Jadwigi, św. Kingi i bł. Jolanty. Od naszej przewodniczki dowiadujemy się, że latem są tu odprawiane msze w języku polskim.

Wąskimi uliczkami miasta ruszamy dalej, w stronę pałacu biskupiego. Od samego początku swej historii Eger był przede wszystkim biskupstwem i tej roli nie zmienił aż do XX wieku, z wyjątkiem oczywiście czasów okupacji tureckiej. Śladem tej funkcji jest nie tylko neoklasycystyczna katedra (drugi co do wielkości kościół na Węgrzech, od którego większy jest tylko ten w Esztergomie, ale już bazylika Św. Stefana jest mniejsza) ale też wielki pałac biskupi. Jego olbrzymia budowla niestety robi wrażenie jedynie od zewnątrz i to też raczej ograniczone, bo trwają prace rekonstrukcyjne. Co ciekawe Węgrzy mając tak olbrzymi obiekt, z największymi piwnicami w mieście, nie bardzo wiedzą co w nim zrobić (może Wy macie jakiś pomysł :)) Nawet górujący nad miastem zamek to w zasadzie umocniona katedra. To właśnie gotycka katedra na wzgórzu stanowiła centralny element twierdzy i jak mówią historycy swą wspaniałością dorównywała katedrze w Kolonii. Biskupami Egeru były znamienite postaci historyczne wielkich nazwisk (biskupem Egeru przez 3 lata był późniejszy papież Klemens VII, choć trudno powiedzieć czy kiedykolwiek przebywał tu osobiście).

Udając się w kierunku południowym mijamy neoklasycystyczną katedrę a przed nią grupę posągów – św. Stefana, św. Władysława oraz apostołów Piotra i Pawła; sam fronton świątyni do której prowadzą długie schody zdobią alegoryczne przedstawienia Wiary, Nadziei i Miłości. A naprzeciw katedry znajduje się budynek dawnego Liceum ufundowanego przez kolejnego znanego biskupa Egeru, Karola ze słynnego rodu Eszterhazych. Zamiarem pomysłodawców (bo było ich kilku) było utworzenie w Egerze Uniwersytetu, ale podjudzona przez oponenta Eszterhazyego cesarzowa Maria Teresa nie zezwoliła na to i w efekcie powstało największe i najokazalsze liceum na Węgrzech. W dniu dzisiejszym zamysł fundatorów spełnił się, ale tylko częściowo – w budynku znalazła swą siedzibę Wyższa Szkoła Pedagogiczna. Pomimo wymarzonych wprost warunków dla życia akademickiego (bo czego więcej zarówno pedagogom jak i żakom potrzeba by móc toczyć wielkie dysputy oprócz wina – w nim bowiem prawda ;)) jest to jedyna szkoła wyższa w mieście, którym wieczorami rządzą nie studenci ale raczej właśnie licealiści. Ich roześmiane grupy zwykły przesiadywać wieczorami w okolicach placu Istvana Dobó. Imponujący budynek Liceum mieści obserwatorium astronomiczne i bogatą bibliotekę, w której wśród starych kodeksów i rękopisów znajduje się jedyny napisany na Węgrzech list Mozarta. Będąc w okolicy zajrzyjcie też koniecznie na dziedziniec siedziby województwa, gdzie zobaczycie arcydzieło sztuki kowalskiej – misternie wykutą bramę w stylu rokoko, bogato zdobioną w liście winorośli, wykonaną przez Henryka Fazolę (Kossuth u. 9).

Idąc dalej trafiamy do kompleksu można rzec rekreacyjnego miasta. Po jednej stronie potoku Eger znajduje się piękny park, ze stadionem miejskim i halą widowiskową, a po drugiej stronie potoku wybudowany na bazie otomańskich łaźni, kompleks basenów. Nieopodal znajduje się nowoczesny budynek o bardzo ciekawym kształcie. To miejski basen, w którym trenuje sportowa duma Egeru – najlepszy na Węgrzech zespół piłki wodnej, stanowiący główną podporę kadry narodowej Węgier w tym jakże ważnym dla nich sporcie. Jak już wspomniałam budynek ma ciekawy kształt, który zawdzięcza bodaj najsłynniejszemu współczesnemu węgierskiemu architektowi Imre Makoveczowi. Co jest dość niezwykłe dla basenu, w dodatku tak dużego, głównym materiałem użytym do budowy obiektu jest drewno. Architekt znany był z tego, że bezkompromisowo realizował swoje wizje nie bardzo zwracając uwagę na stronę praktyczną.

Ponieważ po południu wypogodziło się skorzystaliśmy z okazji i załadowaliśmy się z chłopcami do turystycznej kolejki, którą można objechać Eger, a także dostać się do znanej Doliny Pięknej Pani. Jeśli ktoś ma więcej czasu i lubi piesze wycieczki to można wybrać się tam pieszo. Kolejka nieco trzęsie, ale to tylko zrobiło dodatkowe wrażenie na chłopcach. Po drodze naszą uwagę zwróciło graffiti z motywami tureckimi.

Dolina Pięknej Pani to chyba najbardziej znane miejsce w Egerze. W niewysokich wzgórzach powstałych z wulkanicznego tufu łatwo było egerskim winiarzom stworzyć piwnice, gdzie mogli produkować swoje wino. O skali i możliwościach danego winiarza świadczyła i nadal świadczy głębokość piwnicy – im więcej było wina do przechowania, tym głębiej jego piwnica sięgała we wzgórze. Oczywiście dzisiaj te piwnice to w znacznym stopniu atrakcja turystyczna –  produkcja największych winiarzy regionu znajduje się poza doliną, bo jej skala przekracza wielkość tych piwniczek.  Zazwyczaj ich przednia część to sala z ławami, gdzie nawet duże grupy gości mogą raczyć się winami z dalszej części piwnicy.

O tej porze roku gości nie ma jednak zbyt wielu i winiarze koncentrują się na produkcji wina, co mnie wydało się nader ciekawe. I choć do burzliwej fermentacji wykorzystuje się obecnie stalowe zbiorniki (chodzi głównie o uniknięcie groźnych dla wina bakterii czy grzybów na etapie produkcji, kiedy nie ma jeszcze chroniącego go alkoholu) to dalsze dojrzewanie następuje w tradycyjnych dębowych beczkach. Piwnice wypełnia cierpki aromat wina, a ściany pokrywa rodzaj pleśni właściwy dla wszystkich piwnic z winem. W wykuszach pod ścianami leżakuje już wino zabutelkowane, ale jeszcze bez etykiet. Na beczkach złożonych pośrodku kredą wypisano rodzaje szczepów oraz rocznik wina. Jest to informacja o tym z jakich szczepów dane wino zmieszano. Tutaj ważna wskazówka – niech nikt nie próbuje szukać na krzakach winogron szczepu Bikaver, bo taki nie istnieje. Słynna Egerska Bycza Krew to kupaż, czyli odpowiednio zestawiona mieszanina win.

Oczywiście pierwsze pytanie Starszego skierowane do naszej przewodniczki brzmiało: „Ale dlaczego bycza krew?”. Jak nam powiedziała, po pierwszym oblężeniu Egeru, które nie było dla Turków zwycięskie, ci ponoć tłumacząc się przed sułtanem twierdzili, że obrońcy pili na murach byczą krew, która ściekała im po brodach (mając na myśli wino, którym Węgrzy raczyli się dla kurażu), co dawało im niespotykaną siłę i stanowiło przerażający dla najeźdźców widok. Spotkałam się też z inną wersją, która mówiła, że jak to bywa w trakcie oblężeń, „po godzinach” Turcy handlowali z obleganymi i zasmakowali w ich czerwonym winie, którego picia zabraniał im Koran. Tłumaczyli więc swoim zwierzchnikom, że to nie wino tylko bycza krew, do dodania siły w walce. Obie legendy jednak prawdopodobnie nie są zbyt prawdziwe, bo historycy uważają, że będąca istotnym elementem kupaży Kadarka (ten szczep został w Polsce przez lata komuny i po nich następujące pozbawiony czci, a kadarka z dobrej winnicy to naprawdę dobre i co ważne endemiczne wino) została do regionu sprowadzona przez Serbów po ucieczce Turków. Skład kupażu musiał także ulec zmianie po zarazie filoksery z końca XIX wieku. Choć szczepy zachowały po ich odtworzeniu swe nazwy, to często nie miały już poprzedniego charakteru.

Pod koniec pierwszej dekady XXI wieku właściwe ministerstwo ustaliło w drodze rozporządzenia, że do tworzenia chronionej odmiany wina Egri Bikaver można używać następujących szczepów winnych: kékfrankos, portugieser, kadarka, blauburger, zweigelt, cabernet franc, cabernet sauvignon, merlot, pinot noir, menoire, turán, bíborkadarka i syrah. Odrębne przepisy regulują procentowy zakres udziału poszczególnych szczepów w kupażu oraz miejscowości, z których wino może nosić tę zaszczytną nazwę. Warto dodać, że Bikaver może być także wytwarzany w innym węgierskim regionie – w Szekszardzie, ale nie może on zawierać oczywiście w nazwie przedrostka Egri. Nowoczesny Egri Bikaver to wysokiej jakości wino, o średniej głębi rubinowego koloru, dobrej kwasowości, ze średnimi i wysokimi taninami oraz średniowysokiej zawartości alkoholu (zwykle 13,5% do 15%). Można w nim znaleźć nuty przypraw oraz czerwonych i czarnych owoców jagodowych. Wino to jest wspaniałym kompanem typowej kuchni węgierskiej (ale również i polskiej): do dziczyzny i wołowiny, szczególnie przyrządzanej na sposób pikantny, do ciężkich potraw, takich jak steki, pieczenie itp. Serwować należy w temperaturze 16-18° C.

Tym razem jednak nie oddaliśmy się winnym przygodom, bo obecność dzieci zobowiązuje. Trzeba przyznać, że sama dolina dość mocno zmieniła się w ostatnich latach i powstał w niej również obiekt amfiteatru, na którego tyłach istnieje rodzaj domu kultury gdzie dzieci mogą bawić się pod dozorem opiekunów. Tym razem można było tam podziwiać ciekawą wystawę prac artystów, którzy jako podstawowy materiał wykorzystali beczki do wina, a także małą wystawę poświęconą jakże popularnemu w Polsce pisarzowi Sándorowi Máraiemu. W dolinie oprócz skosztowania wina jest możliwość odwiedzenia restauracji z kuchnią węgierską (bo w samych piwnicach do wina dostaniemy jedynie chleb ze smalcem, cebulą i papryką – choć ja ten zestaw uwielbiam i nic mi więcej nie potrzeba :), a jeśli ktoś chce, to może na przygotowanych paleniskach rozpalić kociołek, choć to propozycja raczej na lato, szczególnie dla tych, którzy nie godzą się z największym mankamentem tego miejsca – dość wczesną porą o jakiej zamykane są piwniczki. Biesiadującym, nawet o tej porze roku przygrywają cygańscy muzycy.

Po powrocie do miasta zrobiliśmy sobie jeszcze krótki spacer po ładnie podświetlonym centrum. Zobaczyliśmy całkiem nowy pomnik Gardonyiego, w którego pobliżu na nowiutkim skwerze przysiadła grupa wesoło rozprawiających o czymś uczniaków. A potem udaliśmy się do naszego hotelu, który znajdował się kilka kilometrów od Egeru, w miejscowości Noszvaj, w pobliżu Narodowego Parku Gór Bukowych. To świetne miejsce na wycieczkę rowerową, co zdawali się potwierdzać liczni mijani rowerzyści, pomimo otaczających nas już ciemności. Pamiętajcie: na Węgrzech oprócz oświetlenia rowerzysta poruszający się po zmroku poza obszarem zabudowanym powinien mieć na sobie odblaskową kamizelkę – to naprawdę działa!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s