Zurich Express

Viktória – a zürichi expressz – film pod tym tytułem wyświetlany jest właśnie w kinach. Ta węgiersko-szwajcarska koprodukcja opowiada o losach węgierskich dziewczyn pracujących w Szwajcarii jako prostytutki. Współautorką scenariusza jest Anna Maros, która jest tłumaczem urzędowym w Zurichu, film wyreżyserował jej mąż Men Lareida. Anna w rozmowie z hvg przyznaje, że po raz pierwszy zetknęła się z tematem, kiedy mieszkała w pobliżu cieszącej się złą sławą dzielnicy uciech, zdominowanej głównie przez Węgrów. W pewnym momencie zwróciła uwagę na to, że w pociągach do Zurichu od jakiegoś czasu można spotkać coraz więcej węgierskich dziewcząt.

Dziewczyny mogą pracować w Szwajcarii legalnie najwyżej 90 dni w roku. Swój pobyt rozbijają więc na kilka krótszych, zarobione pieniądze zawożąc do domu. Często są jedynymi żywicielami rodziny nie żyjącymi z zasiłku. Są to w większości przypadków dziewczyny z rodzin żyjących w skrajnym ubóstwie gdzieś na węgierskiej prowincji. Za każdym razem po przyjeździe do Szwajcarii muszą zarejestrować się w urzędzie i wyrejestrować przy wyjeździe. Dzięki takiej kontroli mają na miejscu względną ochronę. Mimo tego przypadki wykorzystywania i oszustw zdarzają się nader często, np. przyjeżdżają tam wabione obietnicą pracy jako kelnerki czy tancerki, na miejscu okazuje się jednak że czeka na nie praca zupełnie innej natury i lądują na Strichplatz (miejsce z boxami dla prostytutek). Jak mówi urzędniczka odpowiedzialna za monitorowanie przepływu dziewcząt do tego rodzaju pracy, spośród wszystkich dziewcząt przybywających do Zurichu z Europy Wschodniej Węgierki od 2007 roku stanowią najliczniejszą grupę. Podczas gdy dziewczyny z Bułgarii czy Rumunii to często studentki próbujące sobie w ten sposób sfinansować dalszą naukę i celujące w grupę klientów z wyższej klasy społecznej, większość dziewczyn z Węgier próbuje wyrwać się z głębokiej nędzy i pracuje by przeżyć, nie wyznaczając sobie dalekosiężnych celów i w wielu przypadkach bez szans na porzucenie tej profesji. Wiele sięga po narkotyki. Jak mówi jedna z nich, bez narkotyków ta praca byłaby nie do zniesienia.

W Zurichu działa pięć organizacji, zajmujących się doradztwem i ochroną praw pracowników sex biznesu. Na Strichplatz zorganizowano mobilną przychodnię, w której dziewczyny raz w tygodniu mogą skorzystać z pomocy lekarskiej i wykonać testy. Poważniejsze badania są przeprowadzane z szpitalach, dziewczyny mają zapewnione zniżki. Zimą mogą korzystać ze schroniska. Sex boxy, w których przyjmują klientów są wyposażone w przyciski alarmowe, na wypadek niebezpiecznych sytuacji. Ofiarom przemocy seksualnej pomoc zapewnia organizacja Flora Dora, to oni informują policję i pomagają zorganizować badania lekarskie. Dla organizacji pracują osoby mówiące po węgiersku, jako że dziewczyny często znają tylko kilka słów po niemiecku. Autorka scenariusza przytacza sytuację, kiedy towarzysząc dziewczynom wracającym do domu jednym z małych busów kursujących regularnie na trasie Zurich-Budapeszt, była świadkiem jak w przydrożnym barze dziewczyny nie potrafiły nawet zamówić sobie jedzenia po niemiecku. Busy przyjeżdżają w okolice dworca Keleti, gdzie dziewczyny od razu u ulicznych handlarzy walutą (jest wśród nich wielu Turków) mogą wymienić zarobione pieniądze na forinty. Następnie spędzają w stolicy kilka godzin na zakupach, po czym udają się do swoich rodzin na prowincję. Tak to działa.

Sceny z filmu traktujące np. o nieludzkich warunkach i wykorzystywaniu są w większości oparte na autentycznych wydarzeniach i przedstawiają historie prawdziwych bohaterek.

A jak wygląda sytuacja w kraju? Na Węgrzech prostytucja jest do pewnego stopnia legalna, ale przepisy w poszczególnych gminach mogą być inne. Tu, w odróżnieniu od Szwajcarii prostytucja nie jest traktowana jako gałąź gospodarki. Dziewczyny mogą pracować, nie należą im się jednak żadne świadczenia socjalne. Istnieje przepis, który mówi o wyznaczeniu specjalnych stref tolerancji (türelmi zóna) dla tego rodzaju działalności w miastach powyżej 50 tys. mieszkańców. Jest to węgierski odpowiednik dzielnicy czerwonych latarni. Przepis został wprowadzony przez pierwszy rząd Orbana w 1999 roku. Decyzja była podyktowana znacznym wzrostem obecności prostytutek na ulicach, co wiązało się z ustaniem aktywnego ścigania prostytucji po zmianie systemu w 1990 roku. By zapobiec konfliktom związanym z obecnością dziewczyn w pobliżu takich instytucji jak szkoły, kościoły, cmentarze zdecydowano o wyznaczeniu stref tolerancji. Samorządy raczej nie spieszyły się z  wprowadzeniem przepisu w życie i pracujące na ulicy dziewczyny złapane na prostytucji są karane grzywnami od 300 do 400 tys. Ft. Lokalne władze tłumaczyły się tym, że prostytucja i tak będzie wylewać się poza wyznaczone strefy i obawiały się, że wymagania prostytutek co do zapewnienia różnego rodzaju udogodnień będą rosły. W roku 2000 samorząd Mogyoród zdecydował się na wyznaczenie pierwszej strefy na czas trwania Formuły 1. Krok ten wywołał liczne ataki ze strony mieszkańców i choć strefa była wyznaczana w kolejnych latach, miejscowe władze nie nagłaśniały tego faktu. Próby utworzenia podobnych miejsc w innych gminach kończyły się niepowodzeniem i były silnie oprotestowywane przez miejscową ludność. Pierwszą stałą strefę wyznaczono w Tiszavasvári po ponad 10 latach od wejście w życie przepisu.

Cofnijmy się jeszcze do czasów sprzed zmiany systemu. W 1950 roku komunistyczne władze zlikwidowały instytucję prostytucji, pozamykano domy publiczne a dziewczyny skierowano do innych zajęć. Węgry podpisały wtedy konwencję nowojorską o zwalczaniu handlu ludźmi i eksploatacji prostytucji. Nawet jeśli formalnie prostytucję zniesiono, dziewczyny mogły pracować pod silnym nadzorem policji. W latach 70 w związku ze znacznym zwiększeniem się ruchu turystycznego ich liczba gwałtownie wzrosła. Ani rząd, ani społeczeństwo nie  byli już w stanie zapobiec zjawisku, dlatego pojawiła się myśl o przywróceniu domów uciech. Obchodząc warunki zawarte w konwencji nowojorskiej, która nie dopuszcza istnienia domów publicznych, na Węgrzech zaczęły powstawać masowo salony masażu, gdzie pod pretekstem „masażu zdrowotnego” (tak oficjalnie rejestrowano działalność w urzędzie), dziewczyny świadczyły usługi wiadomego rodzaju, co dla nikogo w sumie nie było tajemnicą. Lata 90 to z kolei wysyp prostytutek na przydrożnych parkingach i przy autostradach.

Według statystyk policyjnych na początku 2004 roku w Budapeszcie pomimo zakazu działało ok. 1000 domów publicznych. W dobie internetu zaczęto wykorzystywać nowe możliwości reklamowania usług seksualnych. Oficjalnie tego typu reklama otwarcie odnosząca się do usług seksualnych jest na Węgrzech zakazana, ale ogłoszenia formułowane są na zasadzie poszukiwania partnerów w celach towarzyskich. Liczba dziewczyn pracujących w ten sposób indywidualnie lub w grupach wg. danych z 2009 roku szacowana była w samym Budapeszcie na kilka tysięcy.

Zmiany w kodeksie karnym z 2007 roku uznają za czyn przestępczy utrzymywanie płatnych stosunków seksualnych z osobami poniżej 18 roku życia,  grozi za to kara pozbawienia wolności do lat 3. Od czasu wprowadzenia przepisu, przez kilka ostatnich lat liczba toczących się postępowań w sprawach dotyczących prostytucji nieletnich była jednak znikoma. Zadziwiający to fakt, biorąc pod uwagę obrazy jakie oglądają codziennie pasażerowie spieszący do metra lub na pociąg w przejściu podziemnym przy dworcu Nyugati. Miasto wydało olbrzymie pieniądze na monitoring tego miejsca, parę lat temu zamontowano nowy system kamer. Wydaje się jednak, że więcej efektu przyniosłaby stała obecność policjantów, bo pomimo kamer nieletnie prostytutki w biały dzień nagabują tam przechodniów, a wszystkiemu spokojnie przyglądają się spod ściany ich „opiekunowie”.

Reklamy