Samorządność

“Potrzebne są zmiany!
Konieczne są zmiany!
Bo jeśli nic się nie zmieni
Może nadejść dzień rebelii”

DEZERTER

Przyznaję się bez bicia – jak większość moich znajomych olałam sprawę wyborów do lokalnego samorządu mniejszości narodowych, które działają w poszczególnych dzielnicach Budapesztu. Ale nie było to zaniedbanie z mojej strony, ale rezultat moich doświadczeń z przedstawicielami tego samorządu w mojej dzielnicy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że to osoby zajęte w najlepszym razie organizacją spotkań przy kawie i ciastku, a gdy są potrzebni przy interwencji w jakiejś sprawie obywatelskiej to okazują się bezużyteczni.

A jednak myślałam, że wyjdę z siebie, gdy przeczytałam list, który dostaliśmy wczoraj z polskiego samorządu naszej dzielnicy. Zbliżają się wybory, więc Państwo z samorządu zachęcają do głosowania na swoich kandydatów, pisząc, że prężnie działają na rzecz Polonii, organizują kulturę, i takie tam, żadnych konkretów. I jeszcze, że pewnie mieliśmy już okazję ich poznać (a nie mieliśmy, bo choć mieszkamy tu od 10 lat uaktywnili się dopiero z 2 tyg. temu przysyłając nam zaproszenie na jakieś spotkanie o II wojnie, no chyba, że na myśli mają spotkanie, o którym poniżej – ale to by zakrawało na bezgraniczną bezczelność). Tym razem trochę oklepanych sloganów typu sumienność w pracy społecznej, że się zasłużyli i że zawsze można na nich liczyć. I właśnie tu mnie krew zalała. Akurat liczyć to na samorząd polski w naszej dzielnicy nie można.

W zeszłym roku w maju złożyliśmy wniosek o przyznanie węgierskiego przedszkola dla starszego dziecka, ale brakowało miejsc, więc go nie przyjęli. Nasze zwyczajne, rejonowe, państwowe przedszkole. Niby wszyscy rozumieli, że dziecko nie chodząc do przedszkola nie ma w naszej rodzinie specjalnych możliwości nauczenia się węgierskiego, ale każdy uspokajał, że dzieci to od razu się uczą języków obcych i jak pójdzie rok później to nic się nie stanie. W tym roku w maju należało zgłosić się ponownie (choć w przedszkolu wszystkie papiery mieli i wiedzieli, że czekamy na miejsce). Wyznaczono konkretny termin zgłoszeń, ale że akurat byliśmy w tym czasie w Polsce, zamiast pójść w piątek (ostateczny termin przyjmowania wniosków w przedszkolu) poszłam w poniedziałek rano (wróciliśmy z Polski w niedzielę wieczorem). Pani w przedszkolu rozłożyła tylko ręce i powiedziała, że jest za późno i że za miesiąc będą rozpatrywać odwołania, choć przyznała, że samorząd, który rozpatruje wnioski jeszcze ich nawet nie dostał. I tu nastąpił ten jeden jedyny raz, kiedy zwróciłam się do polskiego samorządu z prośbą o pomoc, o jakąś interwencję u Węgrów, żeby tego młodego jeszcze szybko wciągnęli na listę (na której w zasadzie oczekiwał już rok – absurdy węgierskiej biurokracji!), bo to już ostatni moment żeby tego węgierskiego jakoś się nauczył i nie skończył w szkole specjalnej. I tu okazało się, że przedstawicielka polskiego samorządu przy radzie naszej dzielnicy, kategorycznie stwierdziła, że ona nikogo w administracji tej dzielnicy nie zna i w ogóle jak ja mogę prosić o protekcję.

W pierwszej chwili rzeczywiście głupio mi się zrobiło, bo może ja rzeczywiście coś złego powiedziałam? Ale do diabła, przecież samorząd jest od protekcji!!! Protekcja = opieka, czyż nie? Czym innym jest płatna protekcja, ale nikt tej kobiecie nie proponował żadnych korzyści, ani nie sugerował, aby komuś takowe obiecywała, tylko prosiłam o wykonanie jej obowiązków: zaprezentowanie problemu osób narodowości polskiej komuś, kto tego może nie rozumieć. Liczyłam na jakieś zainteresowanie, sama nie wiem na co, na jakąś pomoc z ich strony, zwyczajnie, tak po ludzku, bo jestem Polką, bo to polski samorząd. Ale nie, bo nie da się. Pozostało mi więc dobijać się gdzie indziej. W związku z tym, że zdążyłam jeszcze przed posiedzeniem komisji, zgłoszenie bez większych ceregieli zostało przyjęte, a młody dołączył do przedszkolaków – nie idzie mu tam łatwo, bo oni często już się znają z zeszłego roku, a on jeszcze nawet języka nie zna.

Jaki wniosek z całej historii? Jak nie masz na kogo liczyć, licz na siebie? Tak ma działać cała ta samorządność? Po historii z przedszkolem odpuściłam i w zasadzie zapomniałam o sprawie, bo nigdy innych kontaktów z naszym dzielnicowym polskim samorządem nie miałam (gwoli ścisłości – młody chodzi na takie 3 godzinne sobotnie zajęcia do polskiego przedszkola przy stowarzyszeniu Bema, to organizuje ogólnokrajowy samorząd polski, opłacamy coroczne składki, dzieciak jest zachwycony. Opisana sprawa dotyczy natomiast samorządu dzielnicy). Tak, już miałam sobie dać spokój, bo raczej nie jestem pamiętliwa, ale ten ostatni list samopochwalny tak mi podniósł ciśnienie, że w związku z wyborami postanowiłam przyjrzeć się bliżej pracy naszych rodaków samorządowców. Skoro już mnie tak zachęcają do głosowania, muszę wiedzieć czy warto.

Po tym wspaniałym liście postanowiłam najpierw zapoznać się z zasadami, na jakich wybiera się przedstawicieli mniejszości oraz w ogóle, w jakim celu. Materiały dostępne w języku polskim skupiają się w zasadzie na informacjach, które mają zapewnić jak największe i najbardziej efektywne uczestnictwo Polaków w tych wyborach (wiadomo: im więcej głosujących tym większe znaczenie danej mniejszości). Co ciekawe nie znalazłam tam żadnych informacji o biernym prawie wyborczym, jakie mają Polacy, ale może nie szukałam zbyt dobrze. Oczywiście można też przyjąć założenie, że jak koś chce być przedstawicielem Polaków to powinien wiedzieć jak się dać wybrać. Ja jednak postanowiłam podzielić się z Wami garścią informacji na ten temat, bo są one wręcz zaskakujące. Mianowicie bierne prawo wyborcze nabywa się poprzez samookreślenie i nie trzeba się nawet deklarować jako osoba o choćby polskich korzeniach, pozostająca w związku z daną kulturą, czy znającą język danej mniejszości – wystarczy szczera sympatia do reprezentowanej narodowości. I tak ostatnio w VIII dzielnicy obrodziło w kandydatów na przedstawicieli mniejszości ormiańskiej, którzy jak się okazało w większości są na co dzień budapeszteńskimi bezdomnymi. Z pewnością jednak przez cały dzień nucą sobie utwory Arama Chaczaturiana lub w ostateczności Aznavoura.

Do rady mniejszości wybiera się pięciu przedstawicieli, którzy ze swego grona wybierają przewodniczącego i wiceprzewodniczącego samorządu. Tak więc funkcje te mogą objąć osoby które otrzymały mniej głosów jeśli tak zadecyduje samorząd. Co ciekawe samorząd może tworzyć komisje właściwe w konkretnych sprawach (czyli np. komisja ds. kawy i komisja ds. ciastek albo może gdzieś indziej komisja ds. edukacji). W komisjach nie muszą brać udziału wyłącznie przedstawiciele samorządu, ale jedynie oni mogą im przewodniczyć. Samorządy mniejszości mogą podejmować współpracę z samorządami w innych miastach czy dzielnicach, a nawet cedować na inne samorządy swoje obowiązki czy uprawnienia, czy zrzeszać się. Samorządy mniejszości pełnią przy władzach lokalnych rolę doradczą. W sprawach publicznych mniejszości mogą „inicjować podjęcie niezbędnych działań, prosić o podanie informacji i składać propozycje organom państwowym i miejskim, władzom lokalnym wyposażonym w odpowiednie uprawnienia i kompetencje. Odpowiedź musi być udzielona w terminie do 30 dni. W sprawach wykraczających poza powyższe przewodniczący samorządu jest uprawniony do konsultowania na sesjach lokalnej rady.

Pełniąc funkcje przedstawicielskie samorządy lokalne są zobligowane do przeprowadzenia publicznego wysłuchania przynajmniej raz do roku. Zgodnie z poprawkami z 2005 sesje samorządów mniejszości są otwarte dla publiczności a ich porządek musi być przekazany do organów węgierskiej administracji w ciągu 5 dni. Protokół sporządza się w języku węgierskim, ale też w razie potrzeby w języku mniejszości. Sesje zamknięte przewidziane są tylko w konkretnych, wymienionych z nazwy przypadkach. Oczywiście członkowie samorządu, jeżeli podejrzewają wystąpienie konfliktu interesów (przez co należy rozumieć ich osobisty związek ze sprawą) zobligowani są do poinformowania rady o tym a ta powinna zagłosować za ewentualnym wyłączeniem takiej osoby.

Zgodnie z regulacjami dotyczącymi tej materii z 1993 kiedy stworzono system samorządów mniejszości 13 tzw. rozpoznanych mniejszości jest upoważnionych do tworzenia lokalnych, regionalnych i narodowych samorządów. Są to wybieralne organy, które równolegle do instytucji głównego nurtu, mają prawo do podejmowania decyzji dotyczących lokalnej edukacji (sic!) używania języka (obcego) w publicznych instytucjach, mediów drukowanych i elektronicznych, oraz ochrony własnych tradycji i kultury.

Czy te uprawnienia to dużo? Trudno powiedzieć, bo nie mam dobrego porównania z innymi krajami Europy, ale wydaje mi się, że całkiem sporo. Niestety, jeśli nie pomyślimy poważnie o możliwościach, jakie dają nam samorządy to odpowiedź będzie brzmiała: nic.

Przyznaję, nie znam dotychczasowych dokonań naszego samorządu, ale po tych pismach nabrałam właśnie ochoty aby zobaczyć ile z powyższych możliwości wykorzystują na co dzień. Zadanie nie jest łatwe, bo chcąc zapoznać się z osobami kandydatów, nie byłam w stanie nic o nich wygooglać, co jednak nie powinno dziwić bo sami się określają jako „zasłużeni emeryci”. Trzeba się będzie popytać wśród znajomych. A czy Wy znacie swoich przedstawicieli?