Chrupiąca bułeczka

Na hvg.hu wielki test rogalików. Tylko czy miarodajny dla Polaków? – pomyślałam od razu. Indagowani Węgrzy twierdzą często, że świeżość pieczywa równoznaczna jest z tym, że jest ono miękkie i nie bardzo rozumieją ideę polskiej „chrupiącej bułeczki”. Często byłam w sytuacji, że o tej samej godzinie w sklepie wyprzedane były bułki z wypieku, który w Polsce uznany był za nieudany, bo zwyczajnie niedopieczony, ale gdy piekarz wypiekł ładne rumiane bułki to starsze panie marudziły, że partacz spalił wypiek. Sprzedawcy patrzyli na mnie wtedy z mieszanką zaskoczenia i wdzięczności, bo ja oczywiście wykorzystywałam sytuację i rzucałam się na nieschodzący produkt.

Ostatnie lata to przynajmniej w mojej dzielnicy (ale chyba nie tylko) prawdziwy wykwit wszelkich małych piekarni, oferujących „prawdziwe” pieczywo. Moim zdaniem niestety nie oferują one niczego, co wybijałoby się ponad marną jakość powszechnej oferty. Teoretycznie smaki pieczywa takiego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce powinny zapewnić nam wszelkie piekarnie ze słowem bajor czy svab (czyli bawarskie czy szwabskie, bo z tymi dwoma narodami niemieckimi łączą się tradycje piekarnicze, ale nie tylko). I od strony wizualnej nie ma się tu do czego przyczepić: piękny, ciemny chleb w dużym wyborze, z grubo mielonej mąki. Niestety smak zdradza, że te piekarnie nie mają czasu na długie wypieki i podpierają się polepszaczami.  Ich wypiekom brakuje po prostu tej słodyczy, którą daje odpowiednio wypieczonemu pieczywu naturalnie skarmelizowany cukier. Tej słodyczy, która powoduje, że skórka tego chleba to wyrób niemal cukierniczy. Cały czas jednak wierzę, że kiedyś trafię na taki chleb, który mnie zadziwi i chętnie Wam go polecę. A może Wy już go znaleźliście w Budapeszcie?