Tragiczny efekt ataku szaleńca

Tematem dnia w węgierskich mediach stało się doniesienie o tragedii jaka rozegrała się nieopodal miejsca w którym mieszkam. Ta szokująca historia została oczywiście w pierwszej kolejności poddana wiwisekcji przez prasę bulwarową i nie znalazłaby się na moim blogu gdyby nie jej drugie dno, które ma znacznie szerszy kontekst, wychodzący poza tę tragedię.

Mający problemy psychiczne mężczyzna wepchnął starszą kobietę pod tramwaj, w wyniku czego ta zmarła. Choć mężczyzna przez ostatnie lata był bezdomny, to okazuje się że pochodził z zamożnej i znanej rodziny, należącej do elity Budy. Kilka lat temu nakręcono o nim nawet dokument. Chciał zostać prawnikiem (studiów jednak nie skończył), znał angielski, francuski. Po śmierci ojca odziedziczył kilkanaście milionów forintów, potem pracował w Anglii odnosząc sukcesy, skąd wrócił jednak bez grosza, bo ponoć okradł go wspólnik. Po powrocie problemy psychiczne zaczęły narastać (zaczęły się już w czasach kiedy był dzieckiem i ciężko zniósł rozwód rodziców), rodzina nie potrafiła nakłonić go do leczenia, odziedziczone mieszkanie zostało wynajęte, a następnie sprzedane, a on sam trafił na ulicę, gdzie żył od kilku lat. Osiem dni przed morderstwem został zatrzymany z uwagi na zaburzenia psychiczne: spacerował po mieście z wiadrem na głowie. Mężczyzna znany był stróżom prawa i mieszkańcom okolicy (kobieta zginęła na trasie tramwaju 4 i 6, na przystanku przy moście Małgorzaty po stronie Budy) – zaczepiał ludzi żebrząc o pieniądze, a gdy ich nie otrzymywał to wyzywał, groził i opluwał. Sam mężczyzna nie był świadomy swych problemów, nie uważał się za alkoholika i był oburzony, gdy poddawano go badaniom psychiatrycznym. W momencie popełnienia czynu prawdopodobnie był pod wpływem alkoholu, dzień wcześniej wypuszczono go z obserwacji psychiatrycznej, na której przebywał w szpitalu Św. Jana. Na razie został zatrzymany przez policję na 30 dni.

Magyar Nemzet w swym artykule podniósł problem leczenia schizofreników wywołany zamknięciem w 2007 roku Krajowego Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Decyzja spowodowała pozostawienie kilkuset chorych bez odpowiedniej opieki lekarskiej. Placówkę zamknięto za lewicowego rządu Gyurcsánya, jak powiedział były jej dyrektor – pomimo tego że rocznie udzielała pomocy 10 tys. chorych. Następstwem było potrojenie się liczby pacjentów innych szpitali, a co za tym idzie krótszy czas poświęcany przez lekarzy na kontakt z poszczególnymi pacjentami, nie wspominając już o jakości tej opieki. Wg. danych Węgierskiego Towarzystwa Psychiatrii, upublicznionych również przez ministerstwo po roku od zamknięcia instytutu, aż 87 chorych na schizofrenię nie otrzymywało przez ten czas leków i nie było poddawanych żadnemu leczeniu. Nie ma danych dotyczących byłych pacjentów z innymi chorobami psychicznymi, tak więc ogólna liczba nieleczonych osób może wynosić nawet kilkaset.

Problem istnieje i jest zauważalny nawet dla osób nie mieszkających na stałe w Budapeszcie. Wiele razy odwiedzający mnie znajomi zwracali uwagę na widoczną na ulicach dużą liczbę ludzi zachowujących się aspołecznie i nieobyczajnie, z zaburzeniami psychicznymi, bezdomnych, narkomanów. Bo problem nie dotyczy tylko leczenia chorych psychicznie ale i opieki nad nimi. Po zamknięciu instytutu (co było tłumaczone względami ekonomicznymi, ale miało też podłoże ideologiczne) automatycznie stali się oni bezdomni i to na taką skalę, że stanowi to jeden z większych problemów Budapesztu. System opieki zdrowotnej „wypluł” tych ludzi, oni sami o taką opiekę się nie upomną. Wystarczy przejść się w okolice dworca Nyugati, dawnego placu Moszkva czy stacji metra Kőbánya by zobaczyć skalę zjawiska i jego złożoność. Od nieszkodliwych bezdomnych dokarmianych przez lokalnych mieszkańców (bo istnieje jednak większa niż np. w Polsce akceptacja ich obecności na ulicach), po agresywnych narkomanów, alkoholików, prostytucję. Tragedia sprzed kilku dni jest konsekwencją braku systemu, który kompleksowo zajmowałby się leczeniem osób chorych i opieką nad nimi czy zapobieganiem uzależnieniom. Rozwiązując kilka lat temu instytut, można się było spodziewać, że ta decyzja to bomba z opóźnionym zapłonem.

Z drugiej jednak strony należy pamiętać, że tworzenie placówek, które izolowałyby chorych jest utrudnione, szczególnie w takich krajach, które borykają się z dziedzictwem systemów, które nadużywały placówek opieki psychiatrycznej do celów czysto politycznych. Próbujący rozwiązać ten problem miotają się między koniecznością zapewnienia skutecznej ochrony społeczeństwu i samym potrzebującym tego chorym a koniecznością zachowania praw jednostki, co wydłuża procedury i czyni je nieefektywnymi tak jak to było w tym przypadku. Również obecny szef Węgierskiego Towarzystwa Psychiatrycznego problemu nie upatruje w zamknięciu instytutu, a raczej w utrudniających leczenie procedurach. Często ustawodawcy i rządzący uciekają od tego tematu i szkoda tylko, że aby do niego powrócili potrzeba takich tragedii.