Urząd z Wieży Babel

Węgierska biurokracja potrafi być bardzo uciążliwa, ale nie ma co się dziwić, bo wyrasta na gruncie legendarnej biurokracji austro-węgierskiej, jakże pięknie opisywanej przez Haška i Kafkę. Porzućcie więc nadzieję ci, co wierzycie w Unię Europejską i jej udogodnienia. Po chwilowej niepewności zaraz po akcesji, aparat urzędniczy okrzepł i śmiało daje odpór próbom unijnych ataków na własne kompetencje. Kiedy ktoś wyjeżdża z Polski, najczęściej na drogę zabiera międzynarodowe wersje wszelkich istotnych dokumentów jak dyplomy, akty urodzenia czy ślubu itd. Urzędnicy wydający je w Polsce zachęcają do odbierania ich w wersjach międzynarodowych, bo przecież wszędzie w Europie taka wersja będzie honorowana. Może i wszędzie indziej, ale na pewno nie na Węgrzech. Kraj ten dorobił się centralnego biura tłumaczeń (Országos Fordító és Fordításhitelesítő Iroda, w skrócie OFFI), które działa jakby na przekór sensowi całej Unii tłumacząc typowe, anglojęzyczne dokumenty na węgierski. Niech żadna matka z krajów obcych nie próbuje nawet zacząć rodzić, jeśli jej akt ślubu nie został przetłumaczony na węgierski. I niech żaden filolog, tłumacz przysięgły czy inny łobuz nie myśli przechwalać się swoją znajomością języków obcych. Tłumaczenie wykonywane jest wyłącznie przez współpracujących z urzędem specjalistów. Oczywiście według urzędowych stawek. Praca wykonana, płacić trzeba. Nie myślcie sobie jednak, że przyjeżdżając na Węgry przetłumaczycie te swoje papierzyska i hulaj dusza. Urzędy doszły do wniosku, że do każdej czynności potrzeba tłumaczenia aktualnego, no bo przecież może się okazać że wy to się jednak urodziliście gdzieś indziej, albo ten wasz ślub to był z kimś innym. Oczywiście za kolejną wykonaną pracę płacić trzeba. Oczywiście tyle samo. No chyba, że więcej, bo w końcu inflacja jest.

Niestety ten dzielny urząd zaliczył ostatnio wpadkę wizerunkową. Wspominałam już o kontrowersyjnym projekcie pomnika ofiar niemieckiej okupacji (tu link). Na pomniku widnieje napis „Pamięci ofiar” w językach niemieckim, angielskim, hebrajskim i rosyjskim. Media nagłośniły sprawę błędu wychwyconego w wersji hebrajskiej. Rząd pokazał więc opieczętowane oficjalne tłumaczenie wykonane przez Krajowe Biuro Tłumaczeń. W końcu głos w sprawie zabrał sam urząd przyznając, że błąd powstał na etapie przeniesienia napisu na pomnik: wykonawca rozdzielił tekst na dwie linie zapominając o tym, że w hebrajskim czyta się od prawej do lewej, a tym samym czyniąc napis niezrozumiałym. Wcześniej jakiś rabin wskazywał, że nieprawidłowo użyto słowo ofiara, które odnosiłoby się tu raczej do kontekstu obrzędowego i ofiar składanych ze zwierząt. Biuro tłumaczy się jednak, że słowo to w powszechnym użyciu ma obecnie szersze znaczenie i można je odnieść również do ofiar holokaustu. Jakby tego było mało, ktoś zauważył błąd na samochodzie reklamującym usługi biura, na którym w różnych językach umieszczono słowo „samochód”. Znów problem był z hebrajskim gdzie litery zostały umieszczone w odwrotnym kierunku. Przy okazji pomnika głos w sprawie zabrało także stowarzyszenie tłumaczy profesjonalnych, podnosząc, że czas skończyć z monopolem jednego biura.

Oczywiście istnienie takiego urzędu jest na rękę całej rzeszy węgierskich biurokratów nie znających angielskiego i przerzucających swój brak kompetencji na obywateli innych krajów. I nie chodzi przecież o jakieś nietypowe dokumenty, ale o pewne szablony. Ich to nic nie kosztuje, a ja tuż przed porodem musiałam tłumaczyć coś, co już raz było przetłumaczone. Oczywiście nie mogłam tego zrobić wcześniej, bo dokument byłby nieaktualny. Ciekawa jestem jak sytuacja wygląda w innych krajach UE. Dlaczego istnieje rozbieżność między zapewnieniami polskich urzędników i ich węgierskich kolegów i co robić w sytuacji, gdy strona węgierska upiera się przy swoim nie mając racji? Co można zrobić, żeby obywatele Unii w innych jej krajach nie musieli spotykać się z takimi utrudnieniami? Czy ktoś ma jakiś pomysł?

Reklamy