Gyula Horn – anioł z Angyalföldu?

Anioł nie człowiek – tak wspominają niektórzy byłego premiera Węgier Gyulę Horna. Dlaczego wracam do tej postaci. Otóż kilka dni temu w XIII dzielnicy Budapesztu, zwanej Angyalföld (Ziemia Aniołów), najsilniejszym bastionie lewicy na całych Węgrzech (w poprzednich wyborach był to jedyny okręg wyborczy na Węgrzech gdzie zwyciężyli postkomuniści, nawet tzw. „czerwony Csepel” zagłosował wtedy za Fideszem) odsłonięto pomnik zmarłego w 2013 roku Horna. Nie był to jego pierwszy pomnik, ale wcześniejsze miały charakter tablic lub popiersi i nie były umieszczone w przestrzeni czysto publicznej tylko np. w siedzibie MSZP, czyli partii której był twórcą. Tym razem odsłonięto „pełnowymiarowy”, co nie oznacza, że jakiś specjalnie wielki bo Horn wzrostem i posturą nie grzeszył.  Miał jednak to czego brakuje dzisiejszym młodym dryblasom stojącym na czele rozdrobnionego środowiska postkomunistycznego. Dużą charyzmę. Horn odegrał ważną rolę w przemianach na przełomie lat 80 i 90. Doceniany i honorowany przez Niemców za przepuszczenie uciekinierów z NRD do Niemiec Zachodnich, stał się prawie symbolem upadku żelaznej kurtyny gdy wraz z ministrem spraw zagranicznych Austrii nożycami do cięcia drutu przecinali zasieki na granicy austriacko-węgierskiej i dali się ładnie sfotografować w tej pozie.

Dla członków lewicy to jednak sternik, który w 1989 założył MSZP przekształconą z Socjalistycznej Partii Robotniczej, a w 1994 wrócił do władzy jako premier. Po latach nie wypomina mu się już nawet przyjęcia liberalnego pakietu współkoalicjanta Bokrosa, wskazując na niego jako tego który troszczył się wtedy o los emerytów. Do tego skromny i mający za sobą tragiczną przeszłość. No właśnie… ta przeszłość to jednak więcej niż łyżka dziegciu w tej beczce miodu.

Komuniści chętnie wspominają o jego dzieciństwie, kiedy to jego ojca w 1944 aresztowało gestapo i młody Horn musiał sam zacząć zarabiać na utrzymanie rodziny. Potem były studia w Rosji i praca w ministerstwie. W dniach wielkiej węgierskiej tragedii 1956 roku pojawiła się rysa. Horn dołączył do antypowstańczych bojówek tzw. kufajkowców (pufajkások). W Budapeszcie mówiono o nich huzarzy Kadara (Kádár-huszárok). Ich oddziały jako pomocnicze dla wojsk sowieckich brały czynny udział w zdławieniu powstania 56 roku, charakteryzując się dużą brutalnością. Po latach wiedział dobrze, że nie była to dobra decyzja z perspektywy cenionego w całej Europie socjaldemokraty. Zbywał pytania w dość  prostacki sposób lub próbował niezbyt przekonująco tłumaczyć, że w 56 roku bronił tylko porządku, gdyż powstańcy uwolnili wielu kryminalistów powodując tym samym zagrożenie dla porządku publicznego. Ciekawym wytłumaczeniem, które znalazłam w artykule poświęconym tej postaci w brytyjskim Guardianie, który znany jest z bezkrytycznego podejścia do lewicy w byłym bloku wschodnim, jest chęć osobistej zemsty na jak to określono „kontrrewolucjonistach” za śmierć brata. „Zemsta” była tak efektywna, że w 1957 roku Horn otrzymał za swoje „zasługi” Munkás-paraszt Hatalomért Emlékérem (Order Zasługi za umacnianie władzy robotniczo-chłopskiej), jedno z najwyższych odznaczeń przyznawanych w Węgierskiej Republice za działalność antypowstańczą. Za tą historią (można by nawet przyjąć te tłumaczenia i nie drążyć kwestii decyzji młodego chłopaka) stoi jednak to czego tak naprawdę symbolem jest Horn. To on swoim aroganckim „tak, to byłem ja i co z tego?” wprowadza „grubą kreskę”, która tym się różni od polskiej, że jest znacznie grubsza i przede wszystkim wprowadza ją nie przedstawiciel opozycji ale sam zainteresowany.

I pewnie tylko jak zwykle pieniądze na pomnik nie trafiły z rąk prywatnych fundatorów, a z kieszeni emerytów, którzy głównie zamieszkują XIII dzielnicę, a także tych mieszkańców, którzy akurat pana Horna nie cenią. No ale właśnie tak działał system, który reprezentował. Fidesz i Orban  mają teraz argument, że nie można dzisiaj mówić o wprowadzaniu prawicowej dyktatury, bo co to za dyktatura kiedy opozycja Hornowi pomnik stawia.

Nowy pomnik stanął na placu Gyermek tér. Na odsłonięcie zaproszono wszystkich urzędujących od zmiany systemu premierów, ale żaden się nie pojawił. Na uroczystości obecni byli natomiast czołowi socjalistyczni politycy węgierscy, Hannes Swoboda – austriacki polityk pełniący w PE funkcję wiceprzewodniczącego Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów oraz burmistrz XIII dzielnicy József Tóth, który bolał nad tym, że w kraju Horna się nie docenia (otrzymał on liczne odznaczenia np. w Austrii podczas gdy na Węgrzech dwóch prezydentów odmówiło mu przyznania najwyższego odznaczenia państwowego jakim jest Wielki Krzyż Zasługi o który wnioskowała MSZP). Oprócz polityków lewicy wśród zgromadzonych widać było głównie starsze osoby. Wytłumaczeniem może być położony w sąsiedztwie parku dom spokojnej starości. Oprócz tego pomnika i tablicy w XIII dzielnicy (Újpest rakpart 11.) w 2013 roku działacze MSZP ufundowali popiersie Horna w miejscowości Marcali w komitacie Somogy, kolejne ustawiono w auli siedziby partii na Jókai utca.